Wojna domowa w USA – na ile jest realna?

Wydarzenia w Minnesocie to kolejna w ostatnich miesiącach próba sił między władzami stanowymi a rządem federalnym. Kto zwycięży, jaki to ma wpływ na amerykański ustrój i dlaczego narasta ryzyko wojny domowej?
27-01-2026
Na początek skupmy się na analizie wydarzeń.
Jedną z głównych obietnic wyborczych Donalda Trumpa była walka z nielegalną imigracją. Do jej realizacji przystąpił z pełną mocą już w pierwszych godzinach od rozpoczęcia drugiej kadencji. Uszczelnieniu granicy z użyciem wojska, towarzyszyła presja celno-dyplomatyczna wywierana na Meksyk i Kanadę. Działania te w bardzo krótkim czasie doprowadziły do spadku liczby nielegalnych przekroczeń, co z kolei pozwoliło przejść do fazy drugiej, masowych deportacji osób przebywających na terenie Stanów Zjednoczonych bez wymaganego zezwolenia.
Realizację tego zadania powierzono funkcjonariuszom ICE (Urząd Celno-Imigracyjny) oraz DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego), w tym przede wszystkim Border Patrol (Straż Graniczna). Agenci od początku stosowali uproszczoną procedurę administracyjną, dlatego zatrzymań i deportacji dokonywano w trybie uproszczonym, nawet bez nakazów lub decyzji sądu. Najpierw skupiono się na osobach z wyrokami, o których wielokrotnie wspominał Donald Trump w kontekście walki z migracją. Gangi nielegalnych imigrantów miały przyczyniać się do wzrostu liczby ciężkich przestępstw, w tym zabójstw i handlu narkotykami.
Dynamika działań oraz polityka instytucji federalnych spowodowała gwałtowny wzrost zatrzymań oraz liczby deportacji. Pożądanym efektem ubocznym było też zniechęcenie potencjalnych chętnych do nielegalnego przekraczania granicy oraz dobrowolne opuszczenie kraju przez osoby obawiające się zatrzymań (taką decyzję podjęło ok. 2 mln osób). Warto zauważyć, że ICE był małą służbą (ok. 10 000 ludzi) przed którą postawiono ambitne zadanie deportacji 1 mln zatrzymanych w ciągu zaledwie roku (ostatecznie udało się deportować ponad 600 tys. osób). Przeszacowanie wydolności administracyjnej miało poważne konsekwencje. Jeszcze w czerwcu 56% Amerykanów popierało politykę rządu federalnego, jednakże potem sprawy zaczęły się komplikować.
Aby wypełnić wyznaczone kwoty deportacyjne, do pracy przyjęto aż 12 000 nowych funkcjonariuszy (wzrost o 120% w ciągu roku). Z braku czasu ich szkolenie ograniczono do minimum, a samych kandydatów weryfikowano jedynie pobieżnie (wśród nich znaleźli się członkowie prawicowych milicji w rodzaju Proud Boys). Dodatkowo, zakres zatrzymań został maksymalnie poszerzony, m. in. o imigrantów bez wyroków (wzrost zatrzymań o 2500% w rok), przebywających w kraju od wielu dekad, azylantów, osób z małżeństw mieszanych itp. Usunięto też dyrektywę zakazującą prowadzenia działań w szkołach, szpitalach czy sądach, a sami agenci coraz częściej ignorowali procedury i prawne ograniczenia. Przede wszystkim, nie posiadając uprawnień kontrolnych wobec obywateli USA, nie mogli ich legitymować, ani zatrzymywać (wyjątek stanowi sytuacja „uzasadnionego podejrzenia”).
Powyższe okoliczności wraz z naciskiem władz federalnych na wypełnienie założeń kwotowych, już w połowie 2025 roku doprowadziły do pierwszych sytuacji kryzysowych. Uwagę mediów przykuły wydarzenia w słonecznej Kalifornii, gdzie doszło do trwających kilka tygodni zamieszek ulicznych. Była to odpowiedź na masowo prowadzone rajdy, w których jednorazowo aresztowano nawet kilkaset osób. Brutalność i chaotyczność wykonywanych zatrzymań eskalowała napięcie, nakładając się na lokalną specyfikę, dużą diasporę pochodzenia latynoamerykańskiego oraz konflikt z demokratycznymi władzami stanu. Do efektywnej pracy agentów ICE potrzebna jest asysta policji lub innych służb, posiadających odpowiednie uprawnienia w stosunku do obywateli USA, co nie zawsze miało miejsce.
Duży wpływ na negatywny odbiór społeczny miał fakt, że agenci ICE byli zamaskowani, bez widocznych dystynkcji, poruszający się nieoznakowanymi pojazdami. Coraz częściej dochodziło do naruszeń prawa, w rodzaju wejścia do pomieszczeń bez nakazu, nieuzasadnionego zatrzymywania obywateli lub posiadaczy zielonych kart na podstawie profilowania rasowego. Odnotowano przypadki, w których zatrzymani byli bici i przetrzymywani od kilku dni do nawet kilku tygodni zanim nie potwierdzono ich tożsamości. Uwagę mediów przykuwał los osób starszych (deportacje po 30-40 latach pobytu) oraz dzieci (separowanie od rodzin). Sporadyczne przypadki zgonu zatrzymanych w ośrodkach (przyczyny medyczne wzmacniane brakiem opieki) dolewały oliwy do ognia.
Ostatecznie Donald Trump zdecydował się na federalizację kalifornijskiej Gwardii Narodowej i wysłanie jej na ulice Los Angeles w celu ochrony budynków rządowych (głównie biur ICE i ośrodków z zatrzymanymi) oraz asystowania agentom ICE w działaniach. Do miasta przybyło łącznie ponad 4000 gwardzistów, do których dołączyło jeszcze 700 żołnierzy piechoty morskiej. Decyzja ta powzięta została przy sprzeciwie gubernatora Gavina Newsoma oraz z naruszeniem prawa. Przede wszystkim „Posse Comitatus Act” zakazującego użycia wojska do egzekwowania prawa cywilnego bez zgody Kongresu. Taką ocenę potwierdził sąd federalny we wrześniu i grudniu 2025 roku. Niemniej, obecność gwardzistów tonowała zachowanie nie tyko protestujących, ale także samych funkcjonariuszy ICE.
Zanim sądy zakwestionowały działania rządu, Donald Trump sfederalizował lub wysłał gwardzistów do kolejnych miast, w tym stołecznego Waszyngtonu, w którym przywrócić mieli porządek poprzez asystowanie lokalnej policji. Wyjątkowy status dystryktu dawał prezydentowi swobodę w tym zakresie. W przypadku Chicago, Nowego Orleanu, Portland, decyzja o aktywowaniu GN została zablokowana przez sądy. Donald Trump nie krył złości. W ostatnim dniu roku zapowiedział wycofanie wojsk, ale zastrzegł, że w razie wzrostu przestępczości żołnierze powrócą w znacznie większej liczbie. W jego narracji, niepopularne i niezgodne z prawem używanie wojska do pomocy agentom ICE, zastąpione zostało potrzebą walki z przestępczością, rewoltami i powstaniami.
Zmiana ta została wymuszona przez wyroki sądów. Jedynym wyjątkiem od „Posse Comitatus”, jest ustawa o powstaniu z 1807 r. (Insurrection Act) pozwalająca na federalizację gwardii w celu stłumienia wewnętrznej rewolty. Donald Trump wielokrotnie groził gubernatorom, że gotów jest się na nią powołać, jeśli będą występować przeciwko działaniom służb antyimigracyjnych. Jak dotąd groźby tej nie zrealizował. Nic dziwnego, wyprowadzenie wojska byłoby szalenie ryzykowne politycznie i wymagało bardzo mocnej argumentacji po stronie Białego Domu. Na razie więc prezydent zdecydował się zintensyfikować działania służb podległych DHS, tak aby pokaz siły przełamał opór władz stanowych. Interwencję wojskową zostawił sobie na wypadek, gdyby doszło do zorganizowanego, a najlepiej zbrojnego oporu wobec działań ICE/DHS.
Na miejsce pokazowej demonstracji wybrano miasto Minneapolis w Minnesocie. Rządzone przez demokratów, relatywnie niewielkie (ponad 400 tys. mieszkańców), za to mające status „miasta azylu”, w którym dane imigrantów nie są udostępnianie władzom federalnym, a osoby o tym statusie korzystają z usług publicznych. Co szczególnie ważne, rządzący stanem od lat gubernator Tim Walz (kandydat na wiceprezydenta w kampanii Kamali Harris) oskarżony został o niekompetencję i ignorowanie doniesień o defraudacji środków publicznych. Chodzi o fikcyjne programy socjalne (np. finansowanie posiłków dla dzieci), które wyprowadziły ze stanowej kasy od kilkuset milionów do nawet 9 mld USD. Jak dotąd służby zatrzymały blisko setkę osób tworzących sieć wyłudzeń, z których większość to Somalijczycy. W obszarze aglomeracji Minneapolis i St. Paul mieszka ich ok. 100 tys.
Teoretycznie, wszystko było na swoim miejscu. Skompromitowany gubernator, miasto azylanckie, defraudacje na dużą skalę, zaangażowani w nią migranci. Gdy operacja „Metro Surge” ruszała w grudniu 2025 roku, Trump mówił o mniejszości somalijskiej per „śmieci” (garbage), które należy wyrzucić z kraju. Nawiązywał przy tym do kontrowersyjnej kongresmenki pochodzenia somalijskiego – Ilhan Omar, łącząc politykę Demokratów z przestępczością migrantów. Z początku do akcji wysłano kilkuset funkcjonariuszy, którzy wykonywali po kilkadziesiąt zatrzymań dziennie, głównie przestępców z wyrokami. Jednakże wbrew oficjalnej narracji, wśród Somalijczyków nielegalni imigranci stanowili nikły odsetek (kilkaset osób). Od połowy grudnia agenci ICE zaczęli więc działać na ślepo, wyrywkowo aresztując ludzi na ulicach, skrzyżowaniach, wchodząc do przypadkowych domów itd. Bardzo szybko doprowadzili tym samym do napięć społecznych.
Z początkiem roku sytuacja w stanie Minnesota ulega dalszemu pogorszeniu. W dniach 5-6 stycznia do miasta przybyło ponad 2000 dodatkowych funkcjonariuszy, co uczyniło operację „Metro Surge” największą w historii agencji. Wspomniany wcześniej brak profesjonalizmu agentów i nacisk na wypełnianie kwot niezależnie od faktycznych okoliczności, bardzo szybko doprowadza do tragedii. Już 7 stycznia dochodzi do zabójstwa Renée Nicole Good (37-letniej białej Amerykanki) przez jednego z funkcjonariuszy ICE. Mimo kilkunastostopniowych mrozów mieszkańcy wylegli na ulice w proteście przeciwko brutalności i bezprawiu służb. Lokalne władze wezwały ICE do opuszczenia stanu (burmistrz Minneapolis Jacob Frey użył nieparlamentarnego zwrotu), a obywatele zaapelowali do policji o pomoc. Policjantów było jednak zbyt mało, zaledwie 600 wobec kilku tysięcy agentów federalnych.
Narasta chaos. Trump wydaje rozkaz 1500 żołnierzom 11 Dywizji Powietrznodesantowej z Alaski aby przygotowali się do działań w mieście. W dniu 24 stycznia dochodzi do kolejnego zabójstwa białego obywatela USA. Ofiarą jest Alex Pretti (pielęgniarza lokalnego szpitala), który zostaje zastrzelony przez funkcjonariusza Straży Granicznej. Gubernator Tim Walz wydaje Gwardii Narodowej rozkaz interwencji, pilnowania budynków federalnych (w tym biura ICE) oraz asystowania biuru szeryfa/policji w zapewnieniu porządku publicznego. Pośrednio chodzi także o ochronę mieszkańców przed bezprawnymi działaniami funkcjonariuszy podległych DHS. By deeskalować sytuację, żołnierze rozdają mieszkańcom gorące napoje i pączki. To sprytny ruch wyprzedzający możliwą federalizację ze strony Trumpa.
Tymczasem w Kongresie rośnie coraz większy sprzeciw wobec działań służb, zaczynając łączyć Demokratów i Republikanów. Powszechne są wezwania do przeprowadzenia rzetelnych śledztw ws. zabójstw, a kilkoro prokuratorów rezygnuje ze względu na naciski i próby „skręcenia” postępowań. Demokraci grożą wstrzymaniem głosowania nad finansowaniem Departamentu Sprawiedliwości (w tym zwiększenie funduszy dla ICE), co może doprowadzić do kolejnego „shutdownu” budżetu federalnego. Pojawiają się wezwania do impeachmentu Kristi Noem (szefowej DHS). Władze stanowe składają pozew przeciwko federalnym (naruszenie 10. poprawki – suwerenność stanowa).
Jednocześnie Pam Bondi (prokurator generalna) żąda od gubernatora Walza, by udostępnił rejestr wyborców i zaczął współpracować z ICE zrywając z polityką „miast sanktuarium”. Argumentuje, że bez takiej współpracy, operacja będzie kontynuowana z jeszcze większą mocą. Bagatelizuje oskarżenia wobec funkcjonariuszy federalnych, przekonując że winne były same ofiary (Prettiego w pierwszych godzinach oskarżono o terroryzm i próbę zabójstwa funkcjonariuszy). Podobną narrację absolutnego poparcia dla ICE od początku stycznia wyrażali Noem, Greg Bovino (szef Border Patrol), J.D. Vance czy Donald Trump. Tymczasem materiały z nagrań i zeznania świadków w każdym z przypadków wskazywały na złamanie wszelkich procedur przez funkcjonariuszy, brak profesjonalizmu i zastrzelenie bezbronnych ludzi. W dodatku obywateli USA, a nie imigrantów.
Pod koniec stycznia sytuacja wyglądała więc tak, że w Minnesocie naprzeciw agentów federalnych stali żołnierze Gwardii Narodowej, co w trakcie protestów mogło doprowadzić do konfrontacji. Poparcie dla Donalda Trumpa spadło do rekordowo niskiego poziomu (38% popierających, najniższy wskaźnik w drugiej kadencji), a największy sukces jego administracji pod postacią ograniczenia nielegalnej imigracji zamienił się w katastrofę (średnio 60% Amerykanów było przeciwnych metodom ICE, wobec 40% je popierających) i to na kilka miesięcy przed wyborami połówkowymi. Poparcie dla Republikanów w Minnesocie spadło tak bardzo, że szanse ich kandydatów na elekcję spadły praktycznie do zera (kilkunastoprocentowa przewaga Demokratów).
Dlatego 26 stycznia Donald Trump niespodziewanie zmienił narrację. Najpierw wycofał się z obrony funkcjonariuszy, przychylając się do przeprowadzenia rzetelnych śledztw. Następnie porozmawiał z gubernatorem Timem Walzem oraz burmistrzem Freyem deeskalując napięcie na linii rząd federalny – stan. Do Minnesoty wysłany został „car od granicy” Thomas Homan, wieloletni funkcjonariusz służb granicznych, który dostał zadanie opanowania chaotycznych działań ICE. Z kolei kontrowersyjny szef Straży Granicznej Greg Bovino, odsunięty został od dowodzenia operacją. Część agentów ma zostać wycofana z Minnesoty, w zamian za co lokalna policja ma opanować protesty. Na razie więc wydaje się, że sytuacja zmierza ku uspokojeniu, ale problem pozostaje.
**
Dlaczego na wstępie napisałem o narastającym ryzyku wojny domowej? Odpowiedź nie jest taka prosta.
W całym tym ambarasie nie chodzi tak naprawdę o los imigrantów. Za kadencji Barracka Obamy deportowano ich ok. 3 mln. Problemem nie są też gwałtowne protesty czy śmierć amerykańskich obywateli w wyniku działania służb. To oczywiście bardzo poważna sytuacja, ale przypomnijmy sobie, co się działo w amerykańskich miastach w 2020 roku, gdy w następstwie śmierci Georga Floyda doszło do prawdziwego kryzysu na tle rasowym. Ruch BLM gromadził na protestach miliony, a na terenie całego kraju dochodziło do zamieszek, licznych podpaleń i niszczenia mienia publicznego.
Co ciekawe, w tamtym czasie Tim Walz także użył gwardzistów do przywrócenia porządku, działając w opozycji do protestujących obywateli. Dzisiaj jego postawa jest odwrotna, bowiem gwardziści mają tak naprawdę chronić mieszkańców przed bezprawnymi działaniami służb federalnych. Czy to z jego strony czysty koniunkturalizm? Walz nie zamierza ubiegać się o reelekcję, nie musi więc zdobywać punktów poparcia. Donald Trump także wtedy był prezydentem, chociaż konflikt nie dotyczył go osobiście. Krytyce poddana była policja stanowa, a nie służby federalne. Ważny jest kontekst.
Donald Trump w swojej drugiej kadencji wprost stosuje założenia strategii „Project 2025”, która forsuje teorię tzw. jednolitej władzy wykonawczej, dającej prezydentowi wręcz nieograniczoną władzę. Nieskrępowane działanie służb, ręczne sterowanie postępowaniami prokuratorów, swobodne odwoływanie kierownictwa agencji federalnych, ignorowanie Kongresu, obchodzenie postanowień sądów poprzez poszerzoną interpretację ustaw, to wszystko elementy kompleksowej strategii zmierzającej do rozmontowania systemu konstytucyjnych hamulców i równowagi (checks&balances) mającego chronić obywateli przed opresyjną władzą.
Działania antyimigracyjne jak w soczewce pokazują dlaczego takie ograniczenia są potrzebne. Powtarzające się naruszenia praw obywatelskich, narzucanie decyzji władzom stanowym, a wreszcie brak odpowiedzialności prawnej urzędników federalnych erodują amerykański ustrój doprowadzając do zniesienia rządów reguły prawa. Na razie amerykańska demokracja broniona jest na wokandach sądów, które raz za razem cofają prezydenckie dekrety, ale spór o poszerzenie prezydenckich kompetencji trwa dalej. Kongres wydaje się bezsilny i nie jest powiedziane, że nawet po przegranych przez Republikanów wyborach połówkowych sytuacja ta ulegnie zmianie. Rządy sprawowane są dekretami, a kwestionowanie legalności wyborów może oznaczać, że nie ich wyniki nie będą w przyszłości uznawane przez Biały Dom.
Chciałbym także zwrócić uwagę na istotną okoliczność, o której piszę od dłuższego czasu. Brak profesjonalizmu waszyngtońskiej administracji (preferowanie lojalności wobec prezydenta ponad kompetencjami), prowadzi do chaosu i osłabienia instytucji państwa. W następstwie dochodzi do tragedii takich, jak te odnotowane w Minnesocie. Cykl ten nieustannie się powtarza. W polityce międzynarodowej obserwowaliśmy go podczas negocjacji z Rosją, a ostatnio podczas destrukcyjnego sporu o Grenlandię. To się nie zmieni, ponieważ autorytarny styl sprawowania rządów przez Donalda Trumpa nie zostawia miejsca na korektę.
Gdy istniejące prawo przestanie stanowić ograniczenie dla władzy wykonawczej, o tym czy wykonać rozkaz będący przestępstwem zadecyduje wyłącznie indywidualna postawa człowieka mającego go wykonać. W sytuacji, w której każde odmienne stanowisko jest zajadle tępione, urzędnicy są szantażowani, a obywatele zastraszani bezkarną działalnością służb federalnych coraz trudniej będzie o szlachetne postawy. Znamy ten mechanizm z historii. Któregoś dnia, raczej prędzej niż później, może dojść do krwawego stłumienia protestów na mocy „Insurrection Act”, a wtedy społeczeństwo wysoko ceniące sobie 2. poprawkę do Konstytucji, może chwycić za broń. Taką eskalację bardzo trudno będzie powstrzymać, szczególnie z nieznoszącym sprzeciwu Donaldem Trumpem u steru.
Dlatego na wydarzenia w Minneapolis czy Los Angeles patrzmy przez pryzmat szerszego procesu dotyczącego całego kraju. Żadne z nich, samo z siebie, nie ma potencjału aby doprowadzić do wojny domowej, ale cały ich cykl w połączeniu z brakiem profesjonalizmu, autorytaryzmem władzy i coraz ostrzejszym sporem na linii stany-rząd, już tak. Jeśli wydarzenia nadal iść będą we wskazanym kierunku finał jest wręcz nieuchronny, choć nadal odległy. W mojej ocenie mamy do czynienia jedynie z chwilową deeskalacją, a tymczasem kolejne konflikty wewnętrzne będą się powtarzać w nadchodzących miesiącach. Obserwujmy je bardzo uważnie, szczególnie pod kątem ograniczania praw obywatelskich, ponieważ to ten element stanowić będzie ostateczną iskrę zapalną.
Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.
Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ
Możesz też postawić mi kawę:

0 komentarzy