Uwaga! Nadlatują! Jak powstrzymać rosyjskie drony?

Rośnie liczba incydentów z wtargnięciem dronów uderzeniowych w natowską przestrzeń powietrzną. To narastające zagrożenie, na które musimy się dobrze przygotować. Najlepiej grając w tę samą grę, co przeciwnik.
31-05-2026
W nocy 29 maja rosyjski dron typu Gerań-2 rozbił się o najwyższe, dziesiąte piętro bloku mieszkalnego w rumuńskim Gałaczu. W wyniku eksplozji ładunku wybuchowego ranni zostali mieszkający tam ludzie, kobieta wraz z nastoletnim synem. Wybuch uszkodził klatkę schodową i dach, a odłamki posypały się na stojące pod budynkiem samochody. Był to najpoważniejszy jak dotąd incydent tego typu, w którym oprócz zniszczeń doszło także do ofiar wśród cywilów.
Jak poinformowały rumuńskie władze, bezzałogowiec był śledzony przez systemy radarowe, jednakże ze względu na bliskość granicy, gęstą zabudowę i ryzyko dla mieszkańców, nie podjęto decyzji o zestrzeleniu. O ile pochodzenie drona nie budzi wątpliwości (zbadano szczątki), o tyle przyjęto, że incydent miał charakter przypadkowy. Jeden z kilkudziesięciu rosyjskich dronów biorących udział w ataku na ukraiński obwód odeski, zbłądził w kierunku Rumunii. Jeszcze innego znaleziono później na północnym-zachodzie kraju.
Tego typu zdarzenia mają miejsce od początku pełnoskalowej wojny, przy czym wyraźna intensyfikacja nastąpiła w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Dla porównania, w 2024 roku odnotowano 6 incydentów, w 2025 już 18 różnego typu naruszeń, a w 2026 roku (tylko do końca maja) 8-9 kolejnych. Dane te jednoznacznie wskazują na tendencję zwyżkową, należy więc przyjąć, że kolejne ofiary i straty są wysoce prawdopodobne. Mimo że 85% wszystkich wtargnięć w sojuszniczą przestrzeń dotyczy terytorium Rumunii, jej władze przeważnie reagują w sposób stonowany.
Przed Gałaczem, najpoważniejsza sytuacja miała miejsce 9/10 września 2025 roku, gdy ponad dwadzieścia dronów wtargnęło w polską przestrzeń powietrzną na głębokość ok. 250 km. Trzy lub cztery z nich zostały zestrzelone przez sojusznicze lotnictwo, co było zdarzeniem bez precedensu. Polskie władze zareagowały ostrzej niż Bukareszt. Sprawę postawiono na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, równocześnie przywołując art. 4 NATO (konsultacje sojusznicze). Otwarcie mówiono nie o „incydencie” a „celowej prowokacji”. Krótko później przyspieszono programy obrony przeciwlotniczej i przeciwdronowej (m. in. San, Hawk, SKYCtrl).
Dzięki temu, podczas kolejnego naruszenia w styczniu 2026 roku, część rosyjskich/białoruskich dronów miała zostać sprowadzona na ziemię poprzez neutralizację środkami WRE, co jest nie tylko bezpieczniejsze od zestrzelenia, ale także dużo tańsze. O dostarczenie podobnych zdolności zaapelował do sojuszników prezydent Rumunii Nicușor Dan. Bukareszt zamierza zintensyfikować współpracę z Ukrainą w zakresie pozyskania dronów przechwytujących, które skutecznie chronią ukraińskie niebo. Jednocześnie zanim to nastąpi, rumuński decydenci będą musieli poradzić sobie z kryzysem parlamentarnym i wyłonić nowy rząd.
Wewnętrzna słabość polityczna i podatność na operacje wpływu informacyjnego są jednym z czynników, dla których to Rumunia, a nie Polska, nękana jest przez obce drony. Jednakże Warszawa nie może spać spokojnie. Rosjanie wydają się dążyć do poszerzenia działań kinetycznych, tkwiących nadal poniżej poziomu otwartego konfliktu zbrojnego. Sytuacja z Gałacza czy wysadzenie szyny linii kolejowej w listopadzie 2025 roku pokazują moim zdaniem akceptację ryzyka wystąpienia ofiar cywilnych.
Jak reagować?

**
Działania dyplomatyczne, nakładanie nowych sankcji, czy składanie protestów na forum organizacji międzynarodowych jest ważne, ale charakteryzuje się ograniczoną skutecznością. Mówiąc wprost, Rosjanie są już do nich przyzwyczajeni, a ewentualne koszty pozostają wkalkulowane w cenę prowadzenia operacji hybrydowych. Nie mogą zniechęcić do kontynuowania działania. Przeciwnie, zachowawczość Zachodu udowadnia, że obrana taktyka jest jak najbardziej słuszna i skuteczna. To działanie obliczone na powolną erozję.
W pewnym momencie, gdy w końcu pojawią się ofiary i zniszczenia, NATO będzie musiało odpowiedzieć na pytanie, dokonujemy uderzenia odwetowego, czy jednak po raz kolejny rozmywamy sprawę? Kalkulacje Kremla prawdopodobnie zakładają, że test ten wypadnie dla sojuszników negatywnie, co doprowadzi do ostatecznego upadku natowskich gwarancji, a wobec tego atomizacji Zachodu. O to właśnie chodzi. Pojedyncze państwa będą prostsze do rozegrania szczególnie, że część z nich będzie chciała akomodacji, czyli wyjścia naprzeciw rosyjskim żądaniom. Tak skończy się czas izolacji Rosji, a mur solidarnych sankcji zacznie się rozpadać.
Mamy więc dwa wyjścia. Po pierwsze, możemy wyznaczyć czerwoną linię, a następnie przygotować się do przeprowadzenia kinetycznego odwetu, gdy zostanie ona przekroczona, choćby przez wysłanie równie „zbłąkanego” drona na rosyjskie terytorium. Musielibyśmy przy tym wykazać się gotowością do pełnej konfrontacji w razie gdyby doszło do dalszej eskalacji, choć nie jest ona wcale taka pewna. Pamiętajmy, że Rosjanie grają w swoje „szachy”, bo pozwalają im one na bezkarne zadawanie strat. To łatwe, tanie rozwiązanie, które pozwala na rozmywanie winy. Możemy podjąć tę grę (czego jestem od dawna zwolennikiem), albo wybrać drugą opcję, drogę daleko posuniętej prewencji.
Od dawna postulowanym rozwiązaniem jest ustanowienie strefy zakazu lotów nad częścią ukraińskiego terytorium. Wysunięta obrona sojuszniczego lotnictwa strącałaby wszelkie obiekty jeszcze nad Ukrainą, z dala od własnych granic. Dla Kijowa byłoby to odciążenie części własnych zasobów i bezpośrednie (choć w założeniu defensywne) wsparcie w działaniach wojennych. Problem w tym, że takie rozwiązanie jest wysoce ryzykowne i politycznie trudne do przeprowadzenia. Zachodni politycy obawiają się możliwości wciągnięcia w wojnę, na czym z oczywistych względów mogłoby zależeć ukraińskim władzom.
Państwo, które chciałoby podjąć jakiekolwiek tego typu działania bez zgody całego Sojuszu, ryzykowałoby wystawienie się na cios. Nie byłoby bowiem objęte gwarancjami bezpieczeństwa, szczególnie w aktualnym środowisku geopolitycznym, w którym Donald Trump podważa jedność NATO. Chyba, że doszłoby do faktycznego ataku rosyjskich dronów, zniszczeń w infrastrukturze i ofiar wśród cywili. To nas jednak prowadzi do punktu wyjścia. Strefa zakazu lotów nie jest w tej chwili rozwiązaniem, które pozwoliłoby na uniknięcie dylematu konfliktu zbrojnego.
Swoją drogą, historia najnowsza przekonuje mnie, że ograniczenie konwencjonalnej konfrontacji jest możliwe. Bardziej obawiałbym się czego innego. Mobilizacji w rosyjskim społeczeństwie, któremu Putin nareszcie mógłby udowodnić, że prawdą jest to, co propaganda powtarza od początku wojny. Rosjanie walczą sami przeciwko całemu NATO. Taki obraz mógłby odwrócić bardzo złe nastroje społeczne i wlać nową energię w słabnąca akcję rekrutacyjną.
Jak więc wzmocnić prewencję, poszerzyć zakres działań wysyłając jednoznaczny sygnał odstraszający, pozostając jednocześnie na poziomie zmagań hybrydowych?
**
Głównym problemem w odpowiednio wczesnym przechwytywaniu celów powietrznych zbliżających się do naszego terytorium, jest konieczność czekania aż dojdzie do jej przekroczenia. W przypadku nisko lecących obiektów problemem może też być ich obniżona wykrywalność. Zbieg obydwu czynników składa się na obniżenie czasu reakcji i zawężenie marginesu pozwalającego na bezpieczne przechwycenie. Problem ten z powodzeniem rozwiązałaby strefa zakazu lotów na ukraińskim pograniczu.
Skoro jednak ze względu na brak zgody NATO nie możemy zwalczać dronów odpowiednio wcześnie środkami konwencjonalnymi, spróbujmy zrobić to na innych zasadach. Rozwiązaniem tego problemu byłoby ustanowienie wysuniętej strefy ochronnej w oparciu o sensory i narzędzia WRE (walki radioelektronicznej). Po części, takie rozwiązania są już stosowane na Ukrainie przez prywatne firmy zbrojeniowe. Częścią ukraińskiego systemu obrony powietrznej jest np. polski system SKYCtrl firmy APS, który został zintegrowany z ukraińskimi sensorami i ma opinię narzędzia o wysokiej efektywności.
Nie ma żadnych powodów, dla których prywatna firma nie mogłaby, choćby w ramach testów, umieścić kilkunastu lub kilkudziesięciu kontenerowych zestawów SKYCtrl L (lub innych o podobnych możliwościach) na ukraińskim terytorium, w odległości np. 10-20 km od granicy z Polską, Słowacją czy Rumunią. Ochroną tych obiektów zajmowałyby się prywatne firmy ochroniarskie. Oczywiście wszystko w oparciu o zlecenie z Kijowa. Gdyby dalej firma ta, w ramach osobnych ustaleń, przekazywała dane analityczne do badań podmiotom polskim/słowackim/rumuńskim, choćby poprzez transfer do własnej centrali w czasie rzeczywistym, stanowiłoby to nie budzącą podejrzeń, normalną praktykę w tego rodzaju działalności gospodarczej. Tak samo gdyby dane te natychmiast sprzedawane lokalnym rządom.

Naturalnie, ochrona takich instalacji wymagałaby także posiadania środków WRE, które mogą stanowić jej integralną część. Zwłaszcza jeśli kontrakt przyznany przez Kijów zakładać będzie wykorzystanie systemu do obrony własnej przestrzeni. Zakłócanie czy przechwytywanie sygnału ma tę cechę, że w zasadzie nie pozwala na ustalenie sprawcy. W większości przypadków nie da się ustalić kto dokładnie przejmuje kontrolę nad dronem. Operator widzi kierunek i moc sygnału zakłócającego, ale nie ustali sprawcy. Uniemożliwienie atrybucji to podstawowy sens takiego rozwiązania.
Celowo napisałem o prywatnych firmach ochroniarskich, zamiast ukraińskim wojsku. Jest kilka okoliczności przemawiających za takim rozwiązaniem. Po pierwsze, powinno nam zależeć na utrzymaniu jak największej kontroli nad instalacjami (ich wykorzystaniem), przy jednoczesnym dbaniu o korzyść dla Ukrainy (bez tego Kijów nie będzie chciał współpracować). Po drugie, należy dbać przynajmniej o pozory separacji systemów obronnych NATO i Ukrainy. Niezależnie od faktu, że wymiana informacyjna zachodzi nieustannie od początku wojny.
Po trzecie, prywatny charakter tej działalności pozwala na większą elastyczność. Systemy pozostaną „prywatną” własnością, z ewentualną możliwością dzierżawienia (oszczędność kosztów, możliwość lepszego ukrycia wydatków). Po zakończeniu misji mogą zostać odsprzedane, lub wrócą do kraju. Po czwarte, prywatne firmy ochroniarskie przejęły od ukraińskiej armii odpowiedzialność za obronę przeciwlotniczą infrastruktury krytycznej (np. Carmine Sky). Kilka więcej wśród kilkudziesięciu innych podmiotów, nie powinno wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń.
Powyższy koncept można modyfikować, a konkretne szczegóły mogą różnić się od zaproponowanych, ale jest to w tej chwili najbardziej korzystna ścieżka postępowania, którą można rozciągnąć na całą wschodnią flankę, z wyjątkiem państw bałtyckich (brak możliwości ustanowienia wysuniętego perymetru). W ich przypadku, relatywnie krótka granica pozwala na większe (i tańsze) nasycenie sensorami. Co ważne, takie działanie daje także dużą swobodę polityczną, bez istotnego zwiększenia ryzyka geopolitycznego.
Ze względu na defensywny charakter, rozwiązanie to powinno spotkać się z większą przychylnością sojuszników w NATO niż kinetyczna strefa zakazu lotów. A to przynajmniej w teorii pozwala na rozłożenie ciężaru finansowego na szerszą grupę, a nie tylko budżety państw granicznych (nasycenie polsko-ukraińskiej granicy kosztowałoby minimum 1-2 mld PLN). Jednocześnie, w przypadku braku namacalnego wsparcia tej inicjatywy, jest wystarczająco „niekontrowersyjne” aby spotkać się z milczącą akceptacją partnerów. Wybieg prywatnych podmiotów pozwoli na odseparowanie odpowiedzialności od państwa, które może w tym zakresie działać samodzielnie.
**
Zaproponowane powyżej rozwiązanie nie zastąpi strefy zakazu lotów, jednakże jest realnym do osiągnięcia kompromisem, który pozwoli na istotne poszerzenie możliwości ochrony naszego terytorium, w istotnym stopniu ograniczając swobodę operacyjną Rosjan. Dodatkowo stanowić będzie kolejny element pośredniego wsparcia dla Ukrainy.
Oczywiście, jak każde tego typu rozwiązanie, nie jest pozbawione ryzyka. Proponowane instalacje mogą stać się celem rosyjskich ataków. Należy wobec tego zadbać o odpowiednie bezpieczeństwo personelu. Tam gdzie jest to możliwe, automatyzować obsługę. Ubezpieczyć kontrakty i dywersyfikować dostawców. Pamiętajmy jednocześnie, że przy ograniczonych rosyjskich zasobach, polowanie na takie sensory nie musi być szczególnie wysoko na liście priorytetów.
Jedno jest pewne. Jeśli nie zmienimy schematów postępowania, przeciwnik prędzej czy później doprowadzi do ofiar i strat, których nie będzie można zignorować. Zamiast więc po raz kolejny reagować na fakty dokonane, lepiej samemu je tworzyć.
Do ilustracji użyto pracy „Warszawa w chmurach”, za zgodą autora – Poland On Air (www.polandonair.com).
Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.
Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ
Możesz też postawić mi kawę:

0 komentarzy