USA zaatakuje Iran

Siły jakie w ostatnich dniach przerzucone zostały przez Amerykanów na Bliski Wschód świadczą o przygotowaniach do przeprowadzenia szerokiej operacji lotniczej, która potrwać może długie tygodnie.
19-02-2026
Liczba sprzętu jaki został przerzucony na Bliski Wschód zwiastuje długotrwałą operację lotniczą o ogromnej skali. Tylko w ciągu ostatnich 48 godzin z USA przerzucono dodatkowych 66 maszyn: 18 x F-35A, 36 x F-16, 12 x F-22, 18 x F-15E. Do tego doliczyć należy kilka samolotów wczesnego ostrzegania E-3G, całą flotę latających cystern KC-135R (kilkadziesiąt maszyn) oraz transportowe C-5, C-17, C-130 (latają od dłuższego czasu). W ogólnych rachunkach należy uwzględniać także lotnictwo już obecne w regionalnych bazach (Arabia Saudyjska, Jordania). W tej chwili znajduje się tam łącznie kilkadziesiąt F-15E, F-16, EA-18G, A-10C i F-35A.
Prócz całej tej masy wspomnieć należy również o lotniskowcu USS Abraham Lincoln, z jego ok. 70 samolotami (F-35C, F/A-18E). Do rejonu działań zbliża się także grupa lotniskowca USS Gerald Ford, która ten potencjał podwoi. Każdy z lotniskowców posiada osłonę w postaci trzech niszczycieli, a oprócz tego w regionie obecnych jest nawet osiem podobnych jednostek, z których każda przenosi po kilkadziesiąt pocisków manewrujących Tomahawk. Lotnictwo i marynarka dysponują więc przytłaczającą siłą ognia, której rachityczne irańskie lotnictwo czy przetrzebiona ubiegłorocznym konfliktem obrona powietrzna nie będą w stanie sprostać.
Pojawiły się niepotwierdzone plotki o rozmieszczeniu zespołów CSAR (do odnajdywania i ewakuacji strąconych pilotów), a także o wstępnych przygotowaniach sił izraelskich (m. in. zabezpieczane są bazy, które stały się celem irańskich ataków w ubiegłym roku). Donald Tusk otwarcie wezwał do natychmiastowego opuszczenia Iranu. Według premiera do bezpiecznego wyjazdu pozostały ledwie godziny („kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt”). Mimo że słowa kierował do Polaków, to zostały one odnotowane przez międzynarodowe media. Z powodu geopolitycznych napięć zwyżkowały ceny ropy (ok. 72 USD za baryłkę Brenta). Wszystko wskazuje więc na przygotowania do nieuchronnego amerykańskiego ataku na Iran.
Tymczasem po fiasku rozmów w Genewie, Donald Trump wezwał Iran do jak najszybszego porozumienia. Podczas inauguracyjnego spotkania „Rady Pokoju” jakie w czwartek (19.02.2026) odbyło się w Waszyngtonie zakomunikował zebranym, że albo Iran zgodzi się zawrzeć umowę (czyt. ustąpi we wszystkich punktach spornych), albo czekają go „złe rzeczy”. Kwestia ta ma się rozstrzygnąć w ciągu następnych 10 dni. Podany termin uważam jednak za elastyczny, zależny od skłonności Teheranu do ustępstw. Dotychczas reżim odmawiał dyskusji na dwa z trzech interesujących Amerykanów tematów. Nie chciał się zgodzić na ograniczenie swojego potencjału rakietowego, ani na zatrzymanie wsparcia dla proirańskich grup zbrojnych w regionie. Co więcej, redukcję programu nuklearnego uzależnił od wstępnego zniesienia części sankcji.
Im dłużej obserwuję wydarzenia tym mocniej jestem przekonany, że atak nastąpić może już w najbliższą niedzielę (22.02), a nie dalej niż w następny weekend (01.03). Przesłanki jakimi się kieruje nie dotyczą jedynie ogromu sił i środków jakie zostały przerzucone na Bliski Wschód. Atak na Iran traktuję szerzej, jako ostatni etap wielkiej bliskowschodniej wojny rozpoczętej w październiku 2023 roku, napaścią Hamasu na Izrael. Jej konsekwencje dotknęły nie tylko Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu, ale też Libanu, Syrii i Jemenu.
Zgodnie z wcześniejszą logiką, Benjamin Netanjahu chce doprowadzić do ostatecznego rozstrzygnięcia, a jest to nierozerwalnie związane z rozbiciem reżimu ajatollahów. Waszyngton ma podobną optykę, niezależnie czy uważamy tę sytuację za ilustrację powiedzenia o „ogonie machającym psem”. Rozstrzygniecie tej kwestii pozostawiam Czytelnikowi. Niezależnie od tego czy jest to synergia interesów, czy zawłaszczenie amerykańskiej polityki zagranicznej, naloty na Iran będą trwać dłuższy czas, ale zapewne nie ograniczą się jedynie do terytorium tego kraju. Równie ważne będzie uderzenie w libański Hezbollah czy jemeńskich Hutich.
Przede wszystkim jednak bombardowania skupią się na zniszczeniu irańskich zdolności ofensywnych (wyrzutni pocisków i zakładów zbrojeniowych) oraz maksymalnym osłabieniu IRGC – Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, na którym opiera się władza ajatollahów. Eliminacja „mięśni” (korpusu i milicji) ma obnażyć słaby kręgosłup reżimu, ponownie dając przestrzeń do wybuchu ulicznych protestów. Osłabiony Korpus i basidż (oddziały paramilitarne) to brak możliwości tłumienia protestów. Z kolei wyeliminowanie najtwardszego kręgu z przywódców (w tym Alego Chamenei) to zwolnienie miejsca dla sił liberalnych, wewnątrz reżimu. Nie wierzę bowiem w realne szanse na przejęcie władzy przez wyciągniętego z „kieszeni” Rezę Pahlawiego, o którym głośno było w mediach podczas ulicznych protestów z przełomu roku.
W ostatecznym rozrachunku, Biały Dom będzie chciał doprowadzić do sytuacji nieco podobnej do Wenezueli, w której USA przejmą kontrolę nad irańskimi surowcami, zyskując kolejny żeton w wielkiej grze z Chinami przed kwietniowymi negocjacjami. Im większa kontrola nad rynkiem ropy, tym większa dźwignia wobec Chin, które importują ropę z rynków międzynarodowych (wydobycie krajowe to tylko ok. 30%). Jeśli Teheran ulegnie tej presji, do żadnej wojny nie dojdzie. Tylko czy faktycznie gotów jest do kapitulacji?
To, co Izrael i USA zrobią z Iranem nie musi się podobać w Zatoce Perskiej, ale kości zostały rzucone. Państwa te mają niewiele do powiedzenia, więc mogą jedynie patrzeć na rozwój wydarzeń, mimo że oficjalnie protestowały, a nawet nie zgodziły się na wykorzystywanie swojej przestrzeni powietrznej do ataku. Ten protest jednak nie ma znaczenia w optyce Teheranu. Jeśli goszczą amerykańskie bazy, to najpewniej staną się celem ataków odwetowych. Gdzie dochodzimy do znaczenia prawa międzynarodowego w obecnej geopolityce.
Niestety jest ono w obecnej chwili znikome. Tak jak w 1991 za podstawę interwencji zbrojnej wobec Iraku posłużyła rezolucja ONZ nr 678, tak w 2003 roku inwazja opierała się na dość bałamutnych przesłankach „broni masowego rażenia” i wątpliwych podstawach prawnych. Ubiegłoroczny i potencjalny obecny atak na Iran już takich podstaw mieć nie będą. W każdym razie nie wygląda na to, aby USA w ogóle się o nie starały. Jak to powiedział Marco Rubio, prawa i zasady jedynie krępowały Zachód, podczas gdy inni swobodnie je łamali lub omijali. Ergo, Amerykanie nie zamierzają ich przestrzegać, bo liczy się tylko czysta siła. A siłę tę właśnie nam demonstrują.
Oto więc mamy odpowiedź dlaczego w Europie mówi się o pozyskaniu niezależnych od USA zdolności do odstraszania nuklearnego i dlaczego w ubiegłym roku Arabia Saudyjska weszła w sojusz z Pakistanem, przyjmując wraz z nim parasol atomowy. W ostatnim czasie wpadła w moje ręce książka „Ziemie Jałowe” Roberta Kaplana, wydana przez Prześwity, którą mogę Wam szczerze zareklamować. Autor dokonuje w niej ciekawego porównania przyrównując zachodni świat do Republiki Weimarskiej.
„Republika Weimarska szczyciła się rozkwitem liberalizmu i intelektu. Obfitowała w nadzieję, ale brakowało jej porządku. Zadaniem całego świata jest teraz uniknięcie jej losu”.
Kaplan przytomnie konstatuje, że bez silnych instytucji oraz twardych reguł określających zasady gry, każdy liberalny porządek staczać się będzie ku autorytaryzmowi. A taki proces brutalizacji od kilku lat obserwujemy. Stany Zjednoczone Ameryki za Donalda Trumpa jedynie wpisują się w ten nurt, z siłą i werwą należną niedawnemu hegemonowi.
Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.
Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ
Możesz też postawić mi kawę:

0 komentarzy