Upadek Libanu

W dniu 4 sierpnia 2020 roku, około godziny 19:00 polskiego czasu w bejruckim porcie doszło do potężnej eksplozji, która w ciągu kilku sekund obróciła w ruinę znaczną część miasta. Sierpniowa tragedia Libanu i jego mieszkańców może okazać się jednak tylko preludium do wielkiej rozgrywki o regionalną strefę wpływów.



Najważniejsze tezy:

  • Eksplozja w Bejrucie doprowadzi Liban do ostatecznego upadku.
  • Rewolta społeczna przybierze na sile, ogniskując frustrację na władzach i potężnym Hezbollahu.
  • Destabilizacja Libanu skłoni inne państwa do interwencji. Możliwa prewencyjna inwazja dokonana przez Izrael. Celem m.in. usunięcie Hezbollahu i wpływów irańskich.
  • Pierwszy etap prawdopodobnego wielkiego konfliktu bliskowschodniego.

Według oficjalnych danych dostępnych na dzień publikacji (07.08.2020), eksplozja była tragicznym wypadkiem, spowodowanym przez zaprószenie ognia w magazynie (nr 12), w którym składowana była saletra amonowa w ilości 2750 ton. Środek ten wykorzystywany jest w roli nawozu mineralnego, ale także ze względu na swoje właściwości chemiczne, stał się podstawowym składnikiem materiałów wybuchowych domowej roboty (wykorzystany został np. podczas zamachu na WTC w 1993 r. czy w Norwegii w 2011 r. przez Andreasa Breivika). Pochodzenie chemikaliów ustalono na podstawie dokumentów przewozowych pływającego pod mołdawską banderą frachtowca. Statek ten miał przepływać przez libańskie wody terytorialne w drodze do Mozambiku, gdy przydarzyła mu się awaria. Zawinął do portu w Bejrucie na naprawy, ale ich koszt przewyższał wartość ładunku, toteż został porzucony przez właściciela. Sytuacja ta miała miejsce w 2014 r. Lokalne władze rozładowały jednostkę umieszczając fracht w pobliskim magazynie. Przez kolejnych 6 lat, mimo nakazu sądu oraz wielokrotnych notyfikacji przez kapitanat portu, worki z saletrą amonową nie zostały zutylizowane ani zabezpieczone. Przez lata leżały w wysokich temperaturach i dużej wilgotności powietrza, powoli stapiając się w jedną masę. Sam wybuch miał nastąpić w kilkanaście minut po tym, gdy naprawiający stalowe drzwi do magazynu robotnicy, doprowadzili do pożaru.

Domniemani robotnicy pracujący przy wejściu do magazynu nr 12.

Dość szybko na miejsce przybyło wojsko (port jest ochraniany przez armię) oraz strażacy. Pożar jednak wymknął się spod kontroli, doprowadzając do eksplozji składu fajerwerków (inna wersja mówi o zarekwirowanej podczas wcześniejszych kontroli broni i amunicji), które następnie po kilkunastu sekundach podpaliły saletrę, a ta eksplodowała z siłą małej bomby atomowej. Eksplozja zniszczyła wszystkie zabudowania portu, łącznie z fragmentem nabrzeża, w tym jedyny silos zbożowy (120 tys. ton pojemności), znaczną część położonego w bezpośredniej bliskości historycznego centrum, a także uszkodziła ok. 50% budynków w całym mieście. Setki osób zginęło, a kilka tysięcy zostało rannych, nawet trzysta tysięcy miało stracić dach nad głową, choć dane te będą się jeszcze zmieniać.

Bejrut jest ogromnym (2 mln mieszkańców) i gęsto zaludnionym miastem (24 000 osób / km2). Siła eksplozji wyrzucała ludzi, samochody i statki w powietrze, czasem na odległość wielu kilometrów. Duża liczba budynków uległa zawaleniu. Akcja ratownicza potrwa jeszcze wiele dni, sprzątanie wiele miesięcy, a odbudowa zapewne całe lata.

I. Następstwa dla kraju

Krater bo eksplozji powstały w miejscu, w którym znajdował się magazyn nr 12 oraz betonowe nabrzeże. Obok zburzony silos zbożowy. 05.08.2020

Bejrucki port jest jedynym pełnoprawnym morskim i jednocześnie linią życia łączącą Liban ze światem. Państwo posiada mocno ograniczone zdolności wytwórcze. Importuje znaczną część potrzebnej żywności (zboża i mięso krowie), medykamenty, artykuły pierwszej potrzeby, oraz surowce (ropę). Duża część tych zapasów znajdowała się w porcie i została zniszczona. Co ważne, przez port szła pomoc humanitarna dla Syrii, przy granicy której koczuje 1,5 mln uchodźców. Na jego wodach zakotwiczone były okręty UNIFIL z ratownikami i marynarzami ochraniającymi misję (m.in. bangladeski okręt BNS Bijoy), które uległy uszkodzeniu. W chwili obecnej port w sensie praktycznym nie istnieje. Libańczycy skazani są więc na pomoc z zewnątrz, której dostarczenie będzie czasowo problematyczne. Droga morska możliwa będzie w zasadzie wyłącznie przez port w Trypolisie (pozostałe są zbyt małe), który może przyjmować frachtowce, ale jest mniejszy i nie posiada pewnej infrastruktury (np. magazynów zbożowych). Droga lądowa pozostaje realnie zamknięta. Z jednej strony jest Syria (sama potrzebująca pomocy i w stanie wojny), z drugiej wojujący Izrael. W najbliższych tygodniach konieczne więc będzie przebudowanie łańcuchów dostaw tak, by przerzucić je na Trypolis, jednocześnie uzupełniając niedobory w Bejrucie szybkim transportem lotniczym. W chwili obecnej miasto posiada zapasy zboża mające starczyć na mniej więcej 3 tygodnie. To oznacza, że prawie na pewno uda się uniknąć głodu, ale w krótkim okresie ceny żywności poszybują mocno w górę, tak jak pozostałych artykułów pierwszej potrzeby (zwłaszcza leków) oraz ropy.

Źródło: Worldmeter

Mimo początkowych sukcesów (niskiej liczby zachorowań i zgonów), Liban stał się w ostatnich tygodniach ofiarą drugiej fali pandemii z rosnącą liczbą zakażeń. Od początku lipca do początku sierpnia liczba chorych wzrosła trzykrotnie. Eksplozja zniszczyła pięć lokalnych szpitali (w różnym stopniu), a liczba rannych praktycznie wyłączyła możliwość obsługi zakażonych COVID-19. Nie ma też fizycznej możliwości izolacji jednych pacjentów od drugich ani nawet dostępu do materiałów ochronnych i lekarstw (spłonęły w magazynach). Należy więc spodziewać się kryzysu epidemicznego, choć nie można zapominać także o wszelkich pozostałych pacjentach, którzy stracili możliwość terapii i leczenia (np. nowotworów).

Od października 2019 r. w kraju trwa rewolta społeczna (tzw. saura) związana z fatalnym stanem finansów publicznych i pogarszającymi się warunkami bytowymi obywateli. W jej wyniku doszło do upadku rządu Saada Haririego i chaosu polityczno-gospodarczego. Lokalna waluta (lira) w wyniku hiperinflacji stała się bezwartościowa, a z uwagi na ogromną korupcję wstrzymano międzynarodową pomoc finansową. Gospodarka pogrążyła się w kryzysie. Skutki eksplozji tylko pogorszą sytuację, doprowadzą do wzrostu nastrojów radykalnych. Liban nie ma funduszy na odbudowę. Klasa polityczna jest podzielona i skorumpowana, a społeczne żądanie znalezienia winnych doprowadzi do jej dalszego upadku. Wojsko libańskie jest słabe i niezdolne do zapanowania nad sytuacją. Skomplikowana sytuacja etniczno-religijna kraju bardzo utrudnia znalezienie konsensusu.

Dodatkowo, od lipca na granicy libańsko-izraelsko-syryjskiej (wzgórza Golan) dochodzi do starć wojskowych. Walczy w nim IDF (Siły Obrony Izraela) oraz milicje Hezbollahu, która to organizacja ma swoich przedstawicieli w libańskim parlamencie i znaczne wpływy w administracji państwowej. Do nowej fazy konfliktu doszło po tym, gdy w kolejnych izraelskich bombardowaniach Syrii zginął jeden z dowódców milicji – Ali Kamel Mohsen. Warto przypomnieć, że cywilne władze Libanu mają ograniczoną kontrolę nad swoim terytorium, a Hezbollah (czyt. Partia Boga) stanowi znaczną siłę wojskową – z własnymi obozami szkoleniowymi, magazynami, zaopatrzeniem, dowództwem itd. Organizacja od dawna zaangażowana jest w syryjską wojnę po stronie władz w Damaszku, jest też sojusznicza wobec Iranu, skąd otrzymuje finansowanie, broń i wsparcie szkoleniowe.

Hassan Nasrallah – przywódca Hezbollahu.

W samym Libanie pojawiają się głosy, że za tragedię po części odpowiada właśnie Hezbollah, którego knowania mogły być przyczyną przedłużającego się składowania saletry amonowej w porcie (na co nie ma w tej chwili bezpośrednich dowodów). Inni winę zrzucają na Izrael, który miałby dopuścić się ataku na magazyn biorąc go za skład broni (na co również brak przesłanek). Obie teorie, które są ledwie skromnym wycinkiem całej gamy domysłów, wśród fejkowych zdjęć i przerobionych filmów (np. na których widać uderzającą w budynek rakietę) zdają się mieć w tej chwili niewielki związek z rzeczywistością, służą jedynie dalszej destabilizacji sytuacji w kraju. Faktem bowiem jest, że Liban przynajmniej od dekady pozostaje państwem dysfunkcyjnym, zadłużonym, w którym w ostatnim czasie problemem stało się nawet regularne dostarczanie wody i elektryczności mieszkańcom. Zaniechania z bejruckiego portu nie mogą więc dziwić w kraju, który nie realizuje podstawowych zadań wobec swoich obywateli, a nawet armia musi trzymać się z dala od radykalnych milicji. Niestety, jest bardzo prawdopodobne, że bejrucka eksplozja stanie się ostatecznym gwoździem do libańskiej trumny. Mimo, że kraj ten wielokrotnie przechodził przez wojny i głębokie wewnętrzne kryzysy, wydaje się, że tym razem ich nagromadzenie w jednym czasie ostatecznie przekreśli libańską państwowość.

II. Konsekwencje dla regionu

Skomplikowana struktura etniczno-religijna Libanu, poszczególne wspólnoty dominujące na danym obszarze oznaczono kolorami.

Praktycznie od lat siedemdziesiątych XX wieku w Libanie krzyżowały się interesy wielu państw regionu i światowych mocarstw. Kraj stał się też bezpośrednią ofiarą konfliktu palestyńsko-izraelskiego, gdy duża liczba palestyńskich uchodźców została przesiedlona do jego południowej części. Rozpoczęta wtedy wojna domowa, w której brały też udział Izrael i Syria trwała przez piętnaście lat, aż do roku 1990. Przez następnych piętnaście lat uczyniono wiele na rzecz odbudowy kraju, łącznie z jego zniszczoną stolicą, ale dobra passa skończyła się wraz z zabójstwem premiera Rafika Haririego (ojca Saada) i wielu innych działaczy w lutym 2005 roku. W następstwie doszło do rewolty społecznej (tzw. cedrowej rewolucji), która doprowadziła do przesilenia politycznego i zakończyła syryjską okupację Libanu. Jednocześnie jednak zdestabilizowała układ sił, przez co w następnych latach był to teren wojny z Izraelem (2006), walk pomiędzy milicjami a armią (2007) i samymi milicjami (2008). Osiągnięta w kolejnym roku delikatna równowaga została ponownie zachwiana przez syryjską wojnę domową (od 2011 r.), która nie tylko odbiła się na libańskiej gospodarce, ale też strukturze społecznej (kolejni uchodźcy), doprowadzając do nowych konfliktów. Wśród ponad sześciu milionów obywateli przebywa aż półtora miliona uchodźców.

Piszę o tym, by naszkicować długoletnią historię wojen zastępczych toczonych na terytorium Libanu przez aktorów zewnętrznych. Główne strony konfliktu pozostają niezmienne, choć pojawiają się też nowi gracze. Jedna to Izrael, drug- szyicki Hezbollah. Izrael po cichu wspierany jest przez Arabię Saudyjską i jej sojuszników, ponieważ ta toczy długotrwałą rywalizację o hegemonię w regionie z Iranem. A tak się składa, że Teheran założył i od lat finansuje Hezbollah. Jest zaprzysięgłym wrogiem nie tylko Saudów, ale też Izraela. W ostatnich latach, gdy na mapę regionalnych zmagań nałożony został konflikt globalny, grupa Izrael-Arabia Saudyjska-GCC zyskała wsparcie USA, a Iran et consortes Chińskiej Republiki Ludowej. Sytuacja została dodatkowo skomplikowana przez politykę Turcji, która w ramach regionalnej ekspansji m.in. rości sobie prawa do eksploatacji złóż gazu na Morzu Lewantyńskim i blokuje działania innych w tym zakresie (więcej o tym w artykule „Turcja kontra wszyscy”). Kraj ten jest także obecny w Syrii i Libii, gdzie w lokalnych wojnach domowych odniósł znaczne sukcesy militarne. Agresywna postawa Ankary doprowadziła do konfliktu m.in. z Egiptem, Grecją i Francją. Turcja jest sojusznikiem, przyjaznego Iranowi Kataru, który z kolei także finansuje Hezbollah.

Liban jest więc w istocie terenem zaciekłej rywalizacji między wszystkimi wymienionymi stronami, sam posiadając bardzo złożoną strukturę społeczną. Inne państwa bezpośrednio wpływają na jego politykę wewnętrzną. Dla przykładu, gdy w 2017 r. Iran zdobył przewagę w Syrii i Jemenie, a także znacząco wzmocnił Hezbollah, libański premier Saad Hariri został wezwany do saudyjskiego Rijadu, by wytłumaczył się przed obliczem Mohammeda ibn Salmana ze swojej niekompetencji. Chodziło o wpływy Hezbollahu w rządzie i koalicji parlamentarnej, której Hariri był twarzą. Saudyjskie pieniądze dały mu władzę i wygodne życie, lecz inwestycje te nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Libański polityk miał nawet zostać spoliczkowany przez krewkiego księcia. W zaskakującym, transmitowanym przez saudyjską telewizję orędziu nadal przebywający w Rijadzie Hariri złożył swoją rezygnację z funkcji. Doszło do międzynarodowego skandalu dyplomatycznego, a głowę Saada ocalił nie kto inny jak francuski prezydent Emmanuel Macron, który osobiście wynegocjował jego uwolnienie i odebrał z aresztu domowego.

https://twitter.com/i/status/1291326073330900993

Francja nadal posiada znaczne wpływy w regionie, jej miękka siła jest niezaprzeczalnym faktem. Aż 55% populacji Libanu jest frankofońska, a 70% używa języka francuskiego na co dzień. Dlatego gdy doszło do bejruckiej eksplozji Emmanuel Macron był pierwszym zagranicznym politykiem, który zjawił się na miejscu. Obiecał wsparcie dla ludzi, tak materialne jak i polityczne. Okazał potrzebną empatię i współczucie, zapewnił też, że będzie wymagać od rządzących sanacji życia i reform. Zwiedzając zniszczone ulice bejruckiego centrum, powodował gwałtowne reakcje. Ludzie dziękowali mu i przeklinali libańskie władze. Padały okrzyki z żądaniem dymisji nie tylko premiera Diaba, ale też prezydenta Aouna, który stał się symbolem niekompetencji i nepotyzmu. Żądza odwetu, złość i desperacja społeczna jest powszechnym odczuciem, co zwiastuje w niedalekiej przyszłości wielkie przesilenie i brutalniejszą odsłonę trwającej od wielu miesięcy rewolty. W Bejrucie popularne jest bowiem przekonanie, że winą należy obarczyć nie tylko zbrodniczą niekompetencję władz, ale też Hezbollah, który miał kontrolować część portu i znajdujące się tam magazyny. Takiej logice sprzyjają liczne artykuły i doniesienia o podobnych składach saletry amonowej należącej do organizacji, które mają znajdować się np. na Cyprze czy w Niemczech. Jest jeszcze jednak jeden argument przemawiającym za tym, że w najbliższym czasie to ta organizacja stanie się przedmiotem odwetu. A przynajmniej takie są oczekiwania części regionalnych graczy (ale też USA), którym odium sprawców nałożone na szyickie milicje byłoby bardzo na rękę. Dlatego aktywnie działają na stworzenie odpowiedniej narracji medialnej, która by to uprawdopodobniła (niezależnie od istnienia rzeczywistych przesłanek).

Bejrucka eksplozja nastąpiła na trzy dni przed ogłoszeniem werdyktu przez Trybunał Specjalny dla Libanu (Rezolucja RB ONZ nr 1757 z 30 maja 2007) w sprawie zabójstwa Rafika Haririego i dwudziestu innych osób, w lutym 2005 r. Eksperci spodziewają się wyroku wskazującego na odpowiedzialność Hezbollahu. Z uwagi na wydarzenia, Trybunał postanowił opóźnić wydanie sentencji o dwa tygodnie, do 18 sierpnia. Jej treść będzie uważnie obserwowana tak w kraju, jak i za granicą. Naturalnie, kierownictwo organizacji zdaje sobie sprawę z tych wszystkich zagrożeń. Od początku stanowczo zaprzecza, by miało cokolwiek wspólnego z eksplozją albo by była ona spowodowana izraelskim atakiem wymierzonym w magazyny broni. W dniu 7 sierpnia Hassan Nasrallah, przywódca Partii Boga, w publicznym oświadczeniu wezwał naród do jedności i skupienia się na odbudowie. Obiecał też wszelkie możliwe wsparcie ze strony organizacji. Takie deklaracje mogą podobać się części libańskiego społeczeństwa, ale przeciwników nie przekonają. Jest to wyraźne uprzedzanie wypadków i próba rozładowania emocji. Nasrallah musi rozumieć, że nie przetrwa, jeśli będzie miał przeciw sobie dużą część obywateli oraz izraelską armię na karku. To realna groźba, bo nastroje wyraźnie są mu przeciwne. Libańska telewizja LBCI News odmówiła transmitowania jego przemówienia, podobnie zachowała się w stosunku do orędzia prezydenta Aouna.

Gdzie dochodzimy do bardzo ważnej kwestii. W moim odczuciu, rozwój wypadków w Libanie w ciągu następnych kilku tygodni może z dużą dozą prawdopodobieństwa doprowadzić do kaskady wydarzeń, która wpędzi Bliski Wschód w regionalną wojnę o niespotykanej skali.

III. Wojna na Bliskim Wschodzie

Armia izraelska (IDF) na granicy z Libanem, Wzgórza Golan, 27.07.2020. Foto: David Cohen/Flash90

Powyższy wywód prowadzi mnie do wniosku, że wszelkie siły przeciwne Iranowi (w tym USA), wykorzystają problemy państwa libańskiego do próby zniszczenia Hezbollahu i usunięcia perskich wpływów z kraju. Oczywiście, zamiar ten spotka się na pewno z oporem samej organizacji i jej sojuszników, a także lokalnych szyitów. Trzeba bowiem pamiętać, że jest ona odpowiedzialna nie tylko za doprowadzenie do zakończenia okupacji południowego Libanu przez IDF, ale też za liczne programy socjalne – tanią i dostępną opiekę medyczną (kilka szpitali i klinik) oraz darmową edukacją (kilkanaście szkół). Zanim więc doszłoby do próby fizycznej eliminacji partii i jej milicji, konieczne wydaje się zdobycie wystarczającego poparcia społecznego dla tej idei. Gdyby tak się stało, to podjęcie walki będzie jedynym możliwym wyjściem dla Hezbollahu.

Kto miałby zainicjować całą operację? Prawdopodobna wydaje się interwencja Izraela, który już gromadzi znaczne siły wojskowe na libańskiej granicy. Byłaby to powtórka z historii, zarówno jeśli chodzi o same wkroczenie do Libanu jak i logikę „wojny prewencyjnej” stosowaną przez Tel Awiw. Ekspansja Iranu zmusza IDF do szukania możliwości zwiększenia głębokości strategicznej, stąd zapowiedziana aneksja kolejnych części Palestyny, ale też być może południowego Libanu. Taki ruch sprowokuje Hezbollah do zmasowanego ataku rakietowego na państwo żydowskie (organizacja posiada ogromne zasoby), do którego przyłączą się też pomniejsze milicje.

Stawiam tezę, że taki rozwój wypadków jest w tej chwili bardzo prawdopodobny.

Lokalna wojna łatwo może przekształcić się w konflikt regionalny. Zagrożone będą także np. Arabia Saudyjska i jej sojusznicy (Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie), jak również amerykańskie bazy w regionie. Pamiętajmy bowiem, że Hezbollah nadal nie dokonał odwetu za zabójstwo gen. Solejmaniego, a zaatakowany na pewno szukałby szerokiego poparcia dla sprawy w czym odwet za „męczeńską” śmierć generała na pewno by pomógł. W takiej sytuacji Iran musiałby okazać jakiś rodzaj wsparcia swoim sojusznikom, jeśli chciałby zachować z trudem wypracowane wpływy. Już choćby poprzez odwrócenie uwagi, sił i środków od tego co będzie się dziać na wybrzeżu Morza Lewantyńskiego. Tradycyjnym celem Teheranu jest Arabia Saudyjska, natomiast narzędziem milicje – czy to jemeńscy Huti, iracki Haszd, palestyński Hamas, czy bahrajńskie brygady al-Asztar. Bardzo możliwe są też działania pośrednie, np. czasowa blokada cieśniny Ormuz. W szerszym ujęciu, gra idzie przecież o dominację w regionie.

Początek wojny w Libanie byłby więc tożsamy z nową fazą destabilizacji Bliskiego Wschodu. Takiej, która całkowicie zdewastuje region (od Libii po Arabię Saudyjską i od Izraela po wschodnią Turcję) i zadecyduje o całkowicie nowym podziale politycznym tego rejonu świata.

Gdyby iść w tych przewidywaniach dalej, można podejrzewać, że izraelska interwencja i irańska nań odpowiedź, mogłaby doprowadzić do zapaści państwo Saudów. Stałoby się to w wyniku zablokowania możliwości eksportowych KSA przez zniszczenie infrastruktury rafinerii i rurociągów, a także blokadę wyjścia z Zatoki Perskiej. Upokorzenie i straty finansowe z tym związane mogłyby doprowadzić do przewrotu pałacowego i wyłączenia Saudów z gry. To szczególnie niebezpieczne w kontekście izraelskiego poczucia bezpieczeństwa. Tel Awiw mógłby uznać, że Iran wygrywa wojnę o dominację i w związku z tym kwestią czasu będzie nim zdecyduje się na fizyczną eliminację państwa żydowskiego, co zresztą zapowiadał. W takiej sytuacji, doktryna uderzenia wyprzedzającego nakazywałaby użycie broni nuklearnej w celach demonstracyjnych. To hipoteza, mająca wskazać na złożony obraz bliskowschodnich relacji i mnogość zagrożeń wynikających z braku równowagi sił.

Wracając jednak do wojny w Libanie, byłaby ona niebezpieczna również dla interesów Turcji, która może próbować wmieszać się w konflikt po to, by zabezpieczyć roszczenia na wodach wokół Cypru. W ostatnich miesiącach udowodniła, że nie toleruje żadnej obcej marynarki w swojej strefie wpływów (vide incydent na libijskich wodach z udziałem francuskich okrętów), a z Izraelem od dawna pozostaje skłócona. Turcja, mająca spore trudności gospodarcze (fatalne notowania waluty, rating kredytowy, recesja) wykorzystuje swoje najmocniejsze narzędzie polityki – siłę militarną. Pozostając w regionalnej grze zapewnia sobie miejsce przy stole negocjacyjnym, a co za tym idzie szansę na przyszłe profity przy podziale wpływów i dźwignię negocjacyjną w kontaktach z Europą i USA.

Na takie rozpychanie się nie może pozwolić Grecja, chroniąca nie tylko swoje maleńkie wyspy na Morzu Egejskim, ale też Kretę czy grecki Cypr. Podobnie zmuszona działać będzie Francja, ponieważ całe Morze Śródziemne leży w zakresie jej polityki bezpieczeństwa narodowego. Wizyta prezydenta Macrona w Bejrucie jest zresztą tego wczesnym zwiastunem. Już sam transport i przekazanie pomocy humanitarnej będzie wystarczającym powodem do wysłania francuskiej marynarki i sił wojskowych. Byłby to bardzo trudny test dla spójności NATO (wszystkie te państwa są członkami sojuszu). Jednym słowem, skomplikowana skala powiązań interesów, sojuszy i wpływów czyni sytuację na Bliskim Wschodzie (oraz wschodnim M. Śródziemnym) podobną do tej sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej. W czasach destabilizacji i rywalizacji o wypływy każda kolejna wojna domowa w jednym z bliskowschodnich państw doprowadza do natychmiastowego zaangażowania kilku lub nawet kilkunastu zewnętrznych aktorów. Przykładów mamy aż nadto: Syria, Jemen, Libia, Irak. Stąd zagrożenie panarabskiej batalii, z udziałem państw europejskich i mocarstw pozostaje realnym zagrożeniem.

Po więcej szczegółów dotyczących rywalizacji USA, Chin, Rosji, Iranu i Arabii Saudyjskiej na Bliskim Wschodzie zapraszam Państwa do napisanej przeze mnie długiej analizy – „Upadek Saudów, triumf Persów” (listopad 2019).

Tymczasem uważnie obserwujmy wydarzenia wokół Libanu, ponieważ to ten maleńki kraj może okazać się pierwszą kostką domina, które runie na dobre zmieniając obraz świata. Pierwszym sygnałem realizacji tego scenariusza będzie wystąpienie libańskiego społeczeństwa przeciw wszechwładzy Hezbollahu, drugim-zbrojna interwencja zza granicy.

Data: 07-08-2020


Materiały:

https://en.wikipedia.org/wiki/Ammonium_nitrate_disaster

https://abcnews.go.com/International/perfect-storm-lebanon-1st-country-middle-east-north/story?id=72028194

https://www.dw.com/pl/ekspert-hezbollah-magazynował-w-niemczech-saletrę-amonową/a-54470541?maca=pol-rss-pol-all-1492-xml-mrss

https://www.defence24.pl/katarskie-pieniadze-finansowaly-hezbollah

https://edition.cnn.com/2020/08/05/world/satellite-images-beirut-explosion-before-after-trnd/index.html?fbclid=IwAR3G9TXksL1NRwx53MdZyD-S2vylb1neFiuXQEKu1RuhCToOPUpkpXDBFDw

https://www.timesofisrael.com/nasrallah-categorically-denies-hezbollah-stored-any-weapons-in-beirut-port/

https://www.atlanticcouncil.org/blogs/menasource/ammonium-nitrate-didnt-belong-to-hezbollah-but-they-knew-about-its-dangers/

https://english.alarabiya.net/en/News/gulf/2020/08/07/Bahrain-foils-2-attempts-to-smuggle-explosives-from-Iran-says-Hezbollah-behind-them

https://www.mtv.com.lb/en/News/1086601


Jeśli powyższy artykuł ci się podobał, proszę rozważ czy nie warto mnie wesprzeć.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

PayPal

PayPal



https://patronite.pl/globalnagra

4 Komentarze

OczyBW · 2020-08-09 o 14:48

„Izrael po cichu wspierany jest przez Arabię Saudyjską i jej sojuszników, ponieważ ta toczy długotrwałą rywalizację o hegemonię w regionie z Iranem.”

Czy w tym przypadku można użyć słowa „wsparcie”? Na czym miałoby ono dokładnie polegać oprócz, i tak pewnie ograniczonej, kooperacji wywiadowczej i wymiany informacji? Jakieś przykłady?

„W ostatnich latach, gdy na mapę regionalnych zmagań nałożony został konflikt globalny, grupa Izrael-Arabia Saudyjska-GCC zyskała wsparcie USA, a Iran et consortes Chińskiej Republiki Ludowej.”

Czy można pisać o „grupie” i wrzucać do jednego worka Izrael, Arabię Saudyjską i GCC? Nawet jeśli łączy ich wspólny wróg (Iran), to jednak nadal różnice w pojmowaniu bliskowschodniej rzeczywistości i świata arabskiego są gigantyczne – sprawa palestyńska.

Co więcej, relacji USA z Izraelem czy też USA z KAS nie porównywałbym do sojuszu, jeśli tak już można pisać, Iranu z Chinami. Z jednej strony mamy duże interesy biznesowe-militarne i jawne wsparcie polityczne, z drugiej tylko gospodarcze powiązania, a i to raczej melodia przyszłości…

„Kto miałby zainicjować całą operację? Prawdopodobna wydaje się interwencja Izraela, który już gromadzi znaczne siły wojskowe na libańskiej granicy.”

Pamiętajmy, że Izrael przed ewentualnym rozpoczęciem tak dużej i skomplikowanej operacji będzie się oglądał i zapewne czekał na wsparcie swojego największego sojusznika, czyli USA. Wojna na BW i zaangażowanie Amerykanów, to chyba ostatnia rzecz, której potrzebuje teraz Prezydent Trump (nawet w kontekście słynnego planu pokojowego dla BW), zmagający się z problemem koronawirusowym i goniący sondaże przed listopadowymi wyborami.

W dalszej perspektywie mamy zmianę Prezydenta w USA, który będzie sojusznikiem Izraela, ale z pewnością bardziej wstrzemięźliwym i pragmatycznym. A czy Izrael sam (bez polityczno-militarnego wsparcia Waszyngtonu) zdecyduje się na zainicjowanie operacji prowadzącej do Wielkiej Wojny na BW? Odpowiedzmy sobie sami…

Wystąpienia libańskiego społeczeństwa przeciwko Hezbollahowi i w konsekwencji jego osłabienie to z całą pewnością byłby impuls i okazja do akcji zbrojnej i hipotetycznej likwidacji tej organizacji. Doprowadzić to może jednak do wielkiego konfliktu na którym rejon Bliskiego Wschodu i jego poszczególne państwa mogą stracić jeszcze więcej niż na dalszej egzystencji Hezbollahu.

Z perspektywy wielkich mocarstw w Libanie potrzebne są teraz zmiany polityczne prowadzące do stabilizacji. Dużą rolę może odegrać w tym przypadku Francja i prezydent Macron, który mógłby taki sukces zdyskontować we własnym interesie. Pytanie jest o skuteczność działań Paryża na arenie międzynarodowej, a w przeszłości bywało z tym różnie.

    Filip Dąb-Mirowski · 2020-08-09 o 18:21

    Czy w tym przypadku można użyć słowa „wsparcie”?

    Czy można pisać o „grupie” i wrzucać do jednego worka Izrael, Arabię Saudyjską i GCC?

    Współpraca wojskowa i wywiadowcza między Izraelem i Saudami nie jest żadną tajemnicą. Zresztą na wyraźne życzenie USA, które chciało na te kraje scedować odpowiedzialność za bezpieczeństwo regionu. Już kilka lat temu były przecieki o spotkaniach wojskowych obydwu państw na terenie Jordanii. Zakres zainteresowania to oczywiście Iran i wszystkie milicje szyickie. Dlatego przecież Tel Awiw tolerował siły Kalifatu przy swojej granicy, a te nie wykonały wobec niego choćby jednego wrogiego gestu. Jeszcze w 2016 Saudowie zaczęli oficjalnie tonować nastroje antysemickie, a na konferencji w warszawskiej w lutym 2019 roku doszło po raz pierwszy do spotkania dyplomatów Izraela i państw sunnickich. Gdyby nie obecna słabość Trumpa i USA, doszłoby pewnie do klepnięcia tzw. „planu pokojowego” Jarreda Kushnera dla Palestyny. W istocie, państwa sunnickie nie są już wrogie wobec Izraela i chętnie zamknęłyby temat palestyński.

    Chiny-Iran – pieśń przyszłości? Jeśli już to niedalekiej. Proszę zaktualizować informacje 😉 Link

    Co do Libanu, nie ma sensu żebym powtarzał tezy z artykułu. Uważam, że przedstawione tam scenariusze są właśnie realizowane. Zamieszki w Bejrucie, jakie wybuchły krótko po publikacji tego artykułu to m.in. ponad 700 rannych w starciach z wojskiem, w tym od kul, zajęty budynek MSZ, budowanie szubienic na ulicach itd.

Matt · 2020-08-08 o 14:55

Swietna analiza

AdamK · 2020-08-07 o 15:07

Dobry artykuł, jak zawsze z resztą. Ale nie czyta się tego ze spokojem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *