Ukraina – kto wygra?

Minęły blisko dwa tygodnie od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji. Myślę, że dysponujemy wystarczającą ilością danych aby spróbować odpowiedzieć na pytanie, które od początku nurtuje nas wszystkich.


08-03-2022



Sytuacja taktyczna

Ukraina jest ogromnym krajem, dlatego z punktu widzenia operacyjnego funkcjonują w niej aż cztery fronty, które jak dotąd nie mają ze sobą stałej styczności. Pierwszym jest front północny (kijowski), gdzie głównym celem pozostaje zdobycie ukraińskiej stolicy poprzez natarcie prowadzone wzdłuż obu brzegów Dniepru. Drugi obszar leży na północnym-wschodzie, wzdłuż obwodu kurskiego i biełgorodzkiego. Tam celem rosyjskich jednostek jest obecnie dotarcie do przepraw na Dnieprze.

Trzeci znajduje się w Donbasie, z zadaniem przejęcia kontroli nad całością obwodów. Największe sukcesy Rosjanie odnotowali na kierunku południowym (krymskim), to czwarty front. Na moment publikacji tego artykułu siły rosyjskie są o krok od zdobycia oblężonego Mariupola, a także położonej nieco dalej na północ Wołnowachy. Zajęły też tereny wybrzeża od Chersonia po Berdiańsk, oraz powiększyły zasięg kontrolowanego obszaru w Donbasie. Natomiast w pozostałym zakresie, tj. oblężenia Charkowa, Sumy czy Czernihowa na północy, od kilku dni nie dokonują żadnych znaczących postępów. Podobnie, Rosjanom nie udaje się zamknąć pierścienia okrążenia wokół Kijowa, mimo że ich szpice sięgają coraz dalej od strony wschodniej miasta.

Sytuacja wydaje się ustabilizowana. Z uwagi na znacznie spowolniony marsz i opór obrońców, wojska rosyjskie rozpoczęły zmasowany ostrzał artyleryjski oraz bombardowania okrążonych miast, metodycznie niszcząc dzielnicę po dzielnicy i dokonując zbrodni na cywilach, szczególnie w Charkowie, Czernihowie i Mariupolu. Jeśli upadnie to ostatnie miasto, duża część sił rosyjskich zostanie uwolniona do ataku w kierunku na Zaporoże oraz Odessę. To z kolei zagrozi innym oddziałom ukraińskim walczącym na północy i zmusi je do wycofania się na linię Dniepru. Tym samym osiągnięty zostanie poważny sukces rosyjskiej inwazji, pod postacią opanowania wschodniej (lewobrzeżnej) Ukrainy.

To realny scenariusz, jednakże powyższy opis nie daje pełnego obrazu toczących się zmagań.

Trzeba zaznaczyć, że pojawiające się w internecie mapki potrafią budować mylne wrażenie, co do obecności sił rosyjskich w terenie i kontroli nad nim. W rzeczywistości Rosjanie weszli tylko do kilku ośrodków miejskich, głównie mniejszych miejscowości na południu (jedynym wyjątkiem jest trzystutysięczny Chersoń), ale nawet tam ich rzeczywista władza rozpościera się tylko w określonych dzielnicach i punktach. Opór ludności cywilnej jest duży, organizowane są marsze i protesty, mnożą się sabotaże. Siły okupacyjne są nadal zbyt skromne by w pełni kontrolować sytuację. W pozostałej części kraju, rosyjskie kolumny wojskowe trzymają się głównych dróg, ewentualnie zdobytej infrastruktury (np. baz wojskowych, lotnisk, tamy, elektrowni, składów itd.). Starają się blokować wojska ukraińskie okopane w miastach, a następnie okrążając je próbują dojść do wyznaczonych celów. Jednak w toku tych działań ponoszą ciężkie straty. W obecnej chwili (08.03.2022) Pentagon jest zdania, że w bezpośrednie działania zbrojne zaangażowano blisko 100% zgromadzonych wcześniej sił. To oznacza, że Rosjanie praktycznie nie posiadają już odwodów. Przegrupowują się, ale wątpliwe by w krótkiej perspektywie czasowej byli w stanie przełamać opór obrońców dokonując przełomu. Przynajmniej dopóki nie przerzucą większej ilości jednostek.

Rzeczywisty obraz rosyjskiej armii

Spora liczba danych analitycznych, wywiadowczych, zdjęć i filmów, a także oficjalne komunikaty tzw. czynników państwowych pozwalają stwierdzić, że rosyjska inwazja została źle przygotowana. Oparto ją na błędnych założeniach i nieprawidłowych danych wywiadowczych, co w rezultacie doprowadziło do wyznaczenia nierealnych celów całej operacji. Ta kaskada kardynalnych błędów w planowaniu spowodowała katastrofę w wykonaniu. Przyjęto, że władze w Kijowie są niekompetentne i słabe. Ludność wschodniej Ukrainy miała z kolei być nastawiona prorosyjsko, a ukraińskie wojsko pozbawione woli walki, słabo wyposażone i jeszcze gorzej dowodzone. Według planów operacyjnych przejętych w zdobytym przez ukraińskich specjalsów sztabie, Rosjanie planowali zakończyć całą „zwycięską” wojnę w 15 dni.


Tymczasem żadne z wymienionych założeń nie było prawdziwe. Prezydent Wołodymyr Zełenski okazał się mężem stanu gotowym poświęcić własne życie na ołtarzu ojczyzny, co wywarło piorunujący efekt wyznaczający całemu narodowi asumpt postępowania. Nawet jego etnicznie rosyjska część sprzeciwiła się inwazji. Co więcej, trwające wiele tygodni wsparcie NATO pozwoliło na znaczne doposażenie ukraińskiej armii w środki przeciwlotnicze i przeciwpancerne, co jeszcze przyspieszono po wybuchu wojny. Między między 26.02 z 03.03.2022 dostarczono aż 17 000 sztuk różnorakich wyrzutni.

Do ostatniej chwili Sojusz prowadził rozpoznanie z powietrza, a wywiad na bieżąco informował Kijów o działaniach Rosjan. Wobec czego, przed inwazją siły obrońców zostały rozśrodkowane, a lotnictwo wycofane. Obraz rozkładu ukraińskiej armii z 2014 roku okazał się mglistym wspomnieniem. Teraz stanowiła realną, zgraną siłę bojową.

Atak lądowy rozpoczęto niedługo po uderzeniu rakietowo-artyleryjskim, które miało porazić systemy rozpoznania i obrony przeciwnika oraz wprowadzić chaos w jego szeregach. Mimo ewidentnych szkód nim poczynionych, trwało ono krótko i było zbyt ograniczone w skali by sparaliżować ukraińską obronę. Rosyjskie jednostki przekroczyły granicę jednocześnie w czterech rejonach, co zmusiło obrońców do rozproszenia, ale osłabiło siłę natarcia. Zdecydowano się na metodę rozpoznania bojem, która prowadziła do dużych strat w ludziach i sprzęcie. Dodatkowo, przez wiele dni operacja była prowadzona w sposób urągający rzemiosłu wojskowemu. Jednostki zmechanizowane poruszały się bez osłony piechoty, a ta nacierała bez wsparcia czołgów i artylerii, kolumny marszowe nie miały osłony lotniczej, a wojska powietrzno-desantowe rzucano w beznadziejnych operacjach na tyły przeciwnika, gdzie były dziesiątkowane. Wszystko w zgodzie z założeniami wojny błyskawicznej, która nie mogła się udać. Zwłaszcza, że nie opanowano żadnego z ważnych węzłów komunikacji kolejowej, np. w miastach Konotop, Sumy, Połtawa czy Charków.

Sami żołnierze byli długo trzymani w niepewności, a jak wskazują zeznania jeńców, często zatajano przed nimi prawdziwe cele działań i okłamywano co do nastawienia lokalnej populacji oraz determinacji obrońców. W rezultacie, oddziały pierwszego rzutu beztrosko i bez zatrzymywania wjeżdżały do przygranicznych miast, w których były wybijane. Wojska zmechanizowane ścigały się by z marszu zająć wyznaczone cele, tymczasem napotykały silny opór i były zmuszane do zmiany trasy, co powodowało większe niż zakładane zużycie paliwa. Niesprzyjająca pogoda, krótka zima i wczesne roztopy utrudniały przemieszczanie się bezdrożami. Rozciągnięte na dużych przestrzeniach linie zaopatrzenia gubiły się na rozstajach i były napadane przez lekką piechotę, dziesiątkowane ogniem artylerii i nękane dronami. To szczególnie ważne, ponieważ rosyjska armia opiera trzon logistyki o transport kolejowy. Uzupełniający go transport kołowy nie jest w stanie efektywnie operować dalej niż ~100 km od bazy materiałowej (więcej o tym w znakomitym opracowaniu Aleksa Werszynina). Z wyjątkiem odcinka krymskiego, w pierwszych kilku dobach nigdzie nie odniesiono większych sukcesów. Jak ocenił ekspert ds wojskowych Jarosław Wolski, straty marszowe rosyjskiej armii w sprzęcie odpowiadały ilościowo jednemu batalionowi dziennie(!).

Ukraińska sieć kolejowa. Źródło: Wikipedia

Bardzo szybko okazało się też, że morale rosyjskich poborowych jest dramatycznie niskie. Byli zmuszani do podpisania kontraktów i wysyłani na manewry, które okazały się być wojną. Jeśli wierzyć zeznaniom, po kilku tygodniach spędzonych w warunkach polowych na ukraińsko-rosyjskiej granicy, dostali rozkaz do jej przekroczenia bez właściwego zabezpieczenia aprowizacyjnego. Nie dość, że pojazdy stawały z braku paliwa, to ich obsługa była zwyczajnie głodna i pozbawiona chęci do walki. Taka demoralizacja doprowadziła do dwóch zjawisk. Po pierwsze rabowania sklepów spożywczych i domów, a po drugie do porzucania sprzętu i ucieczki w stronę granicy. Dopiero po wprowadzeniu drugiego rzutu i odwodów, rosyjskie dowództwo zmieniło taktykę. Wycofanie się nie było brane pod uwagę. Zapewniono lepszą osłonę zgrupowań (OPL i lotniczą), oraz przystąpiono do metodycznego bombardowania miast, tak samo jak czyniono wcześniej w Czeczenii czy Syrii. Jednakże terroryzowanie ludności cywilnej i popełnianie ewidentnych zbrodni wojennych ostatecznie przekreśliło jakiekolwiek szanse na zrealizowanie głównego planu Kremla, tj. rozbicia Ukrainy, asymilacyjnego okupowania znacznej części jej terytorium i zainstalowania prorosyjskiego rządu w Kijowie. Nowa taktyka miała złamać obrońców miast, doprowadzając do wymiernych zdobyczy terytorialnych i przejęcia węzłów komunikacyjnych, ale też pozwolić na przegrupowanie sił do nowej ofensywy, która miała rozpocząć się lada chwila. Mijają dni i nadal jej nie widzimy, co uprawdopodabnia ewentualność zawarcia chwilowego rozejmu. Być może czas potrzebny aby nowe rozkazy dotarły do wszystkich oddziałów był zbyt długi by powstrzymać zabójcze tempo ponoszonych strat, a wyczerpanie bojem jest większe niż się zdaje. Stąd ich uzupełnienie potrwać może znacznie dłużej.

Jakie one są? Trudno to miarodajnie ocenić. Zwłaszcza w dobie totalnej wojny informacyjnej oraz unoszącej się nad polem bitwy „mgły wojny”. Niemniej, dysponujemy pewnymi dowodami, poszlakami i wskazówkami, które pozwalają dokonać próby oceny.

Według danych agregowanych w ramach OSINT przez Oryx, wyłącznie z dostępnych nagrań oraz zdjęć, na dzień 8 marca 2022 roku potwierdzić można było 948 utraconych jednostek rosyjskiego sprzętu (zniszczonych, uszkodzonych i zdobytych), w tym:

  • 151 czołgów (14 T-90A)
  • 285 sztuk różnego typu wozów opancerzonych
  • 67 jednostek artylerii samobieżnej i rakietowej
  • 11 samolotów i 11 helikopterów
  • kilkaset ciężarówek
    i inne.

Po stronie ukraińskiej potwierdzono (także w źródłach rosyjskich) utracenie 274 jednostki sprzętu (w tym np. 46 czołgów).

Oczywiście, mimo najlepszej weryfikacji część z tych wskazań może okazać się nieprawdziwa. Niemniej liczne starcia są powszechnie udokumentowane przez wiele źródeł – np. na przedpolach Chersonia, Charkowa czy przedmieściach Kijowa. Wszędzie tam niszczone były całe kolumny wojska, składające się z kilkunastu lub kilkudziesięciu pojazdów. Wyjątkowo dużo jest też filmów przedstawiających porzucony sprzęt, często niszczony lub „anektowany” przez cywili. Można więc z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że dane te są zbliżone do rzeczywistości udokumentowanej wizualnie.

Straty ukraińskie wydają się kilkukrotnie mniejsze, co nie musi być prawdą, jednakże z początkiem marca Ukraińcy dokonali zaskakujących kontrataków w rejonie m.in. Kijowa, Czernihowa, Sumy oraz Charkowa, co wskazywać może na zachowanie przez nich odwodów. Szczególnie silne było trzypunktowe uderzenie na rosyjską szpicę otaczającą Kijów z północy na zachód. Rosjanie uniknęli odcięcia swoich oddziałów w Iwankowie, rzucając wszystkie dostępne siły do odparcia ataku i skracając front.

Jakimi jeszcze danymi dysponujemy?

Według informacji podanych przez ukraińskie ministerstwo obrony, szacunkowe straty rosyjskie (do 7 marca) to ponad 2 100 jednostek sprzętu oraz 11 000 zabitych i rannych żołnierzy. Wielu analityków uważa je za cokolwiek zawyżone, przynajmniej w niektórych aspektach (np. lotnictwa), jednakże pozostają zgodni, że rosyjskie straty faktycznie idą w tysiące i są bardzo poważne. Co ważne, nie ograniczają się jedynie do jednostek frontowych.

Ukraińskie operacje nękające linie zaopatrzenia doprowadziły do deficytów w środkach transportu. W obwodzie rostowskim i woroneskim zaobserwowano transporty kolejowe z zarekwirowanymi cywilnymi ciężarówkami i busami. Białoruskie szpitale (np. w Homlu i Mińsku) zapełniają się rannymi rosyjskimi żołnierzami tak bardzo, że brakuje w nich miejsca. W przygranicznych miejscowościach po rosyjskiej stronie granicy kopane są setki grobów, a poskręcane ciała martwych sołdatów zalegają na pobojowiskach po drugiej stronie, mimo że na tyłach frontu działają mobilne krematoria.

Według ukraińskiego MSW do niewoli trafiło dwa tysiące żołnierzy, w tym przynajmniej siedmiu pilotów. Od ukraińskich kul zginęli liczni oficerowie, m.in. gen. Witalij Gierasimow (d-ca 41 Armii) oraz jego zastępca gen. Andriej Suchowiecki. W walkach miał zginąć także gen. Magomed Tuszajew (d-ca czeczeńskiego 141 pułku), płk Wiktor Isajkin, ppłk Denis Glebow (z-ca d-cy 11. Gwardyjskiej Brygady WDW), ppłk Dmitrij Safronow (d-ca batalionu z 61 Brygady) i płk Aleksiej Szarow (d-ca 810 Brygady Piechoty Morskiej).

W ostatnim, oficjalnym komunikacie wydanym 2 marca przez w-ce szefa rosyjskiego MON Igora Konaszenkowa przyznano się do straty 498 zabitych żołnierzy i 1597 rannych. Jednocześnie straty ukraińskie oceniono na 2870 zabitych, około 3700 rannych oraz 572 pojmanych.

Sytuacja polityczno-gospodarcza

Przygotowujący się do przeprowadzenia inwazji Kreml spodziewał się zachodnich sankcji. Wiele wysiłku włożono w to aby się na nie przygotować. Pisałem tutaj nieraz o gromadzonych rezerwach, przygotowaniu do odcięcia internetu, poszukiwaniu alternatywnych systemów płatności także w kooperacji z Chinami, konsolidacji władzy itp. Jednakże skala i gwałtowność reakcji Zachodu okazała się większa niż zakładana. Szczególne wrażenie musiało wywrzeć zablokowanie rosyjskich rezerw w wysokości ok 300 mld USD (tyle znajduje się na zachodzie). Londyn zamroził środki finansowe wszystkich rosyjskich banków. Celem stali się ludzie władzy i oligarchowie. Do tropienia i zajmowania ich majątków powołano specjalną międzynarodową grupę. Rosji odcięto możliwość handlu określonymi towarami i zaciąganie długów na europejskim i amerykańskim rynku finansowym. Zgodnie z oczekiwaniami, zakazami objęte zostały rosyjskie banki i instytucje, niemal całkowicie ograniczono możliwość korzystania z systemu SWIFT (z pewnymi wyjątkami, które prawdopodobnie z czasem znikną). To z kolei nie tylko znacznie ograniczy możliwość realizowania transakcji Rosji z Zachodem, ale też prawdopodobnie uniemożliwi jej np. terminowe wykupienie obligacji skarbowych. Według serwisu Castellum.ai po 22 lutego liczba nałożonych na Federację sankcji uległa podwojeniu i wynosi obecnie 5 532.

Myślę, że równie niespodziewana dla Kremla była postawa Niemiec oraz Francji, a co za tym idzie utrzymanie jedności przez kolektywny Zachód, mimo ewidentnych różnic wewnętrznych i przy sprzeciwie prorosyjskich polityków. Zapowiedziano gwałtowną redukcję zależności energetycznej od rosyjskich surowców, co w niedalekiej perspektywie czasowej doprowadzi redukcji wolumenu importu ropy, gazu i węgla. Przy okazji Unia Europejska zdecydowała o finansowaniu zbrojeń i przekazaniu materiałowego wsparcia wojskowego Ukrainie, rzecz bez precedensu. Co ciekawe, Rosja zagroziła wstrzymaniem transferu gazu przez rurociąg Nordstream 1. To szantaż wobec Niemiec, które jako mocno zależne od rosyjskich surowców potrzebują więcej czasu na dywersyfikację. Ten uprzedzający wydarzenia ruch bardzo podniesie im koszty energetyczne, a to mogłoby doprowadzić do złagodzenia stanowiska Berlina. Tylko czy ten szantaż może odnieść jakikolwiek skutek?

Tak aktywne w czasach pandemii rosyjskie służby przegrały walkę o narrację i momentalnie zantagonizowały całą zachodnią opinię publiczną. Własne obostrzenia wprowadziły liczne organizacje sportowe, kulturalne, producenci gier komputerowych (jak CD Projekt) czy serwisy streamingowe (np. Netflix). Społeczne wyrazy solidarności pociągnęły za sobą reakcję wielu korporacji. W rezultacie dziesiątki zachodnich firm ogłosiło zamknięcie działalności w Rosji, a trzej giganci transportu morskiego Maersk, MSC i CMA CGM bezterminowo wstrzymali fracht do tego kraju (z wyjątkiem żywności, leków i pomocy humanitarnej). Sytuację pogarsza zapowiedź zamknięcia szeregu europejskich portów dla rosyjskich statków. Z rosyjskich inwestycji wycofują się też Shell i BP. To oznacza, że za chwilę rosyjski rynek czekają ogromne deficyty w komponentach, importowanych surowcach i podstawowych produktach, pogłębiane jeszcze ograniczeniami w przekazywaniu technologii.

Według szacunków JP Morgan, sankcje spowodują w drugim kwartale roku spadek rosyjskiego PKB o 35%. W całym 2022 roku PKB ma spaść o 7%. Agencja Fitch obniżyła rating długoterminowego zadłużenia Rosji w walucie obcej do „C”, oznaczającej „spodziewane i nieuchronne bankructwo”. Rosyjscy oligarchowie spodziewają się, że kryzys jaki obejmie kraj będzie poważniejszy nawet od tego z 1998 roku. Trudno odmówić im racji. To będzie ogromna gospodarcza katastrofa, przy czym wszystkie obostrzenia doprowadzą do długoterminowej stagnacji w rosyjskiej gospodarce, ze wzrostem w granicach 1% PKB r/r. Od początku inwazji zawieszono notowania moskiewskiej giełdy papierów wartościowych. Za jednego dolara amerykańskiego trzeba płacić już ok. 140 rubli (82 ruble przed inwazją) i to mimo interwencji banku centralnego oraz podniesienia stóp procentowych do 20%(!). Taki kurs negatywnie odbija się na zwykłych Rosjanach, ale jednocześnie przynosi ogromne dochody z eksportu surowców… to jest przynosiłby gdyby udało się zwiększyć wolumen sprzedaży i utrzymać możliwość przeprowadzania transakcji za pośrednictwem dolara, na co się nie zanosi. W Kongresie USA złożono ponadpartyjny projekt nakładający embargo na surowce z Rosji, a następnego dnia wprowadzenie go w życie ogłosił prezydent Biden. Podobne inicjatywy prowadzone są też w innych krajach. Popyt na rosyjską ropę spadł tak bardzo, że oferowana jest z dużą zniżką (20 USD). Być może za chwilę pojawi się poważna alternatywa w postaci dostaw z Iranu, jeśli powiodą się prowadzone w Wiedniu negocjacje.

Czy Rosja może liczyć na swoich sojuszników? Na pewno na Chiny, choć raczej nie w spodziewanej przez Kreml skali. Jak twierdzi analityk OSW Jakub Jakóbowski:

„Pekin może utrzymywać z Moskwą podobne relacje jak z Iranem, który jest także obłożony międzynarodowymi sankcjami, a w dłuższej perspektywie uczynić z Rosji osłabione państwo satelickie na wzór Korei Północnej”

Z kolei pragmatycznie współpracująca z Moskwą Turcja zainteresowana jest rosyjską porażką na Ukrainie. Z tego powodu wspiera Kijów, ale też zgodziła się na zamknięcie cieśniny Bosfor dla wszystkich okrętów wojennych. Krytycy tego ruchu zwracają uwagę, że to oznacza odcięcie okrętów NATO. Zapominają jednak, że tym ruchem Ankara radykalnie ograniczyła możliwość zaopatrywania rosyjskiego kontyngentu wojskowego znajdującego się w Syrii. Bez dostaw morskich będzie on zdany wyłącznie na dostawy lotnicze, co bardzo szybko zredukuje jego potencjał.

Szczególnie ciekawa jest też postawa Białorusi. Według nieoficjalnych doniesień (np. Franka Viačorki), część białoruskiej generalicji sprzeciwiło się udziałowi armii w inwazji na Ukrainę. Wielu oficerów zrezygnowało ze służby, a wśród żołnierzy zaczęły mnożyć się dezercje. Faktem jest, że białoruskie oddziały jak dotąd nie wzięły udziału w bezpośrednich walkach na terytorium Ukrainy, chyba że policzymy ochotników walczących w szeregach obrońców.

Czy NATO może zrobić więcej?

Wiele krytyki spłynęło na Sojusz Północnoatlantycki z powodu odmowy ustanowienia strefy zakazu lotów nad zachodnią Ukrainą. Trzeba jednak pamiętać, że jest dokładnie tak jak mówił Jens Stoltenberg. Ustanowienie strefy oznacza poważne ryzyko wojny NATO-Rosja. To czego nie mówi, a warto dodać, na taką konfrontację siły sojusznicze nie są jeszcze gotowe. W przeciwieństwie do Kremla, który wydaje się brać ją pod uwagę (nawet jeśli gros sił zaangażował na Ukrainie). Według utytułowanego analityka Michaela Kofmana, jednym z powodów ograniczonego użycia rosyjskiego lotnictwa i broni precyzyjnej (np. rakiet Kalibr) może być zachowanie jej na ewentualność rozlania się konfliktu na cały region. Zachód dopiero co się skonsolidował, ale to jeszcze nie jest równoznaczne z gotowością do bezpośredniego starcia. Takie postanowienie wymagałoby dużo większego zaangażowania niż to, którym dysponujemy dzięki sojuszniczym siłom szybkiego reagowania, liczącym raptem 40 000 żołnierzy.

Naturalnie, w świetle dokonywanych przez Rosję zbrodni oraz ewidentnej słabości jaką prezentuje, istnieje duża pokusa by sprowadzić ją na kolana już teraz, póki Ukraina niemal całkowicie angażuje jej uwagę. Nie ma bowiem żadnych sygnałów z Kremla, że porzucono żądania z grudnia 2021 r. Przeciwnie, rosyjscy oficjele nadal upierają się przy swoim, tj. konieczności rewizji układów o bezpieczeństwie w drodze negocjacji lub wojny. Zepchnięcia NATO za linię Odry. Taka postawa oznacza, że prędzej czy później będziemy musieli stanąć do bezpośredniego starcia. Teraz przynajmniej sami możemy wybrać moment.

Spójrzmy jednak na polską armię, czy jest gotowa? Nie, nadal trwa proces modernizacji. Nie posiadamy wystarczającej obrony przeciwlotniczej, nie otrzymaliśmy jeszcze nowych samolotów, wyrzutni rakietowych, czołgów czy wozów opancerzonych. Lista trwających dekady zaniedbań jest bardzo długa. W podobnej sytuacji jest wiele innych państw europejskich, a przecież nie ma między nimi całkowitej zgody co do dalszej ścieżki postępowania. Pomyślmy też o kosztach społecznych i gospodarczych takiego kroku. Ledwie wychodzimy z pandemii, mierzymy się z największą od drugiej wojny światowej falą uchodźczą, a za chwilę dotknie nas jeszcze wyższa inflacja i deficyty surowcowe. Nie da się ukryć, że w wielu aspektach ta wojna już się toczy, jednakże rozpoczęcie fazy kinetycznej przyniesie dużo większe koszty. Moim zdaniem wprowadzenie zakazu lotów byłoby więc ze wszech miar przedwczesne. Niestety.

Z drugiej strony pamiętajmy, że NATO robi dużo więcej niż przedostaje się do mediów. Trwa dyslokacja wojsk na wschodnią flankę. Odbywają się demonstracyjne manewry, jak np. te wokół państw bałtyckich, których skalę ocenić można np. po zakłóceniach w nadajnikach GPS samolotów. Na Ukrainę idą ogromne transporty broni, amunicji, środków medycznych, a nawet paliwa. Według półoficjalnych doniesień z Pentagonu, Sojusz nieustannie dostarcza obrońcom wszelkich danych wywiadowczych i to niemal w czasie rzeczywistym. Ponoć stworzono specjalną platformę, do której logować się mogą dowódcy szczebla taktycznego i na bieżąco sprawdzać dane.

Główny negocjator ze strony ukraińskiej M. Podoliak w drodze do białoruskiego Homla. W tle polski Mi-8. Źródło.

Gwardię przyboczną prezydenta Zełenskiego mają tworzyć żołnierze zachodnich wojsk specjalnych, a delegacja ukraińska prowadząca negocjacje w Homlu jest każdorazowo zabezpieczana przez polskich wojskowych (przynajmniej jeśli chodzi o transport lub jego część). Na stole nadal pozostaje dostarczenie Ukrainie samolotów MiG-29, choć ze zrozumiałych względów Warszawa chce, by nastąpiło to w ramach działań sojuszniczych, w zamian za dostarczenie używanych F-16. Między bajki włożyć należy doniesienia sugerujące operacyjne udostępnienie lotnictwu ukraińskiemu polskich baz. Jednocześnie zaobserwować można było ewakuowanie do nas wielu maszyn komponentu transportowego (niebojowego). W pierwszym tygodniu marca na Ukrainę przybyło przynajmniej 16 000 zagranicznych ochotników. Nie jest tajemnicą, że wśród nich jest wielu weteranów, którzy zostali zachęceni do wyjazdu przez własne rządy. Wszystkie te elementy razem wzięte przekładają się na istotne zwiększenie ukraińskiego potencjału.

Pierwszy oddział „legionu cudzoziemskiego” na terytorium Ukrainy.

Pytanie o to, czy Zachód powinien iść na wojnę z Federacją Rosyjską pozostanie z nami na długo. Powinno być nieustannie obracane w zaciszach gabinetów i sztabów. Zanim jednak znajdziemy (my – NATO) na nie odpowiedź, powinniśmy zdecydować jak reagować na ewentualne użycie broni jądrowej przez przeciwnika, którego doktryna wojenna dopuszcza tzw. prewencyjne uderzenie deeskalacyjne.

Zastosowanie tego środka w wymiarze strategicznym (czyli wojny totalnej) jest skrajnie mało prawdopodobne, ale co innego niewielkie ładunki taktyczne. Te mogą zostać wykorzystane jako narzędzie terroru np. wobec Ukrainy, w razie gdyby wojna nie potoczyła się po myśli Kremla. Uprzedzając pytania, zdecydowanie wykluczam uderzenie wobec NATO lub któregokolwiek z państw członkowskich. To byłby absolutny i nieodwołalny koniec Federacji Rosyjskiej.

Scenariusz dla Ukrainy

Pora na podsumowanie. Jaki obraz wyłania się z powyższej analizy? Czy Ukraina wygra, czy też przegra tę wojnę?

Zdania są podzielone. Analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich uważają, że ukraińska armia utraciła inicjatywę strategiczną i operacyjną w lewobrzeżnej części kraju. Rosjanie zaś zdobywają kolejne tereny spychając obrońców coraz dalej. Z kolei emerytowany gen. Waldemar Skrzypczak jest zdania, że siły ukraińskie, w przeciwieństwie do agresora, zachowały jeszcze odwody i zdolne będą do wyprowadzenia kontrofensywy, co zapewni im zwycięstwo.

Ponieważ służby ukraińskie zdecydowanie wygrywają wojnę informacyjną, trudno jest ocenić prawdziwą skalę potencjału, którym dysponuje Kijów. Możemy jedynie dokonać pewnego wnioskowania. Według ministra obrony Reznikowa, do dnia 7 marca do kraju powróciło ponad 66 000 gotowych do walki Ukraińców. Do tego równania dodajmy jeszcze poborowych, duży napływ ochotników oraz zachodniego wyposażenia. Pamiętajmy także, że w ciągu wielu miesięcy Rosjanie zgromadzili na granicy niemal wszystko co tylko mogli oddelegować na potrzeby planowanej operacji, łącznie z najemnikami ściągniętymi z Afryki, ale nie ogłosili powszechnej mobilizacji. Ergo, na tym etapie z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że ukraińskie straty ludzkie są uzupełniane szybciej niż rosyjskie. Stan ten nie ulegnie zmianie jeśli nie zostanie podjęta próba odcięcia zaplecza znajdującego się na zachodniej Ukrainie. To z kolei mogłoby się wydarzyć jedynie przy czynnym udziale armii białoruskiej lub po ściągnięciu znaczącej liczby dodatkowych oddziałów z wnętrza Federacji.

Bez wątpienia, wojna na Ukrainie charakteryzuje się wysoką intensywnością. Straty w ludziach i sprzęcie są ogromne. Jeden z ukraińskich dowódców czołgowych miał otrzymać pośmiertnie najwyższe odznaczenie państwowe, ponieważ w toku jednego starcia, czterokrotnie zmieniając pojazd, pokierował zniszczeniem 30 maszyn wroga. Podczas rekordowej doby (5 marca) nad niebem Ukrainy strącono 6 rosyjskich samolotów bojowych oraz 4 śmigłowce. To pokazuje z jakimi liczbami mamy do czynienia. Szacunki pozwalają na ostrożne przypuszczenie, że Rosjanie z różnych powodów utracili między 30 a 40% ciężkiego sprzętu. Niektóre jednostki przestały istnieć.


A jak wiemy, mają jak na razie duże problemy z dostarczeniem wystarczającej ilości żołnierzy do kontroli terenu oraz natarcia na wybranych kierunkach. Ponieważ z obawy o reakcję społeczną nie ogłoszono powszechnej mobilizacji, trudno przypuszczać by udało się pozyskać wystarczające uzupełnienia tak, by kontynuowanie ofensywy o pierwotnie zakładanym zasięgu (z zajęciem Kijowa) było w ogóle możliwe.

Prawdopodobnie stąd też wynika zmiana taktyki działania, które skupia się teraz na zdobyciu oblężonych miast, symbolicznego Mariupola oraz ważnych komunikacyjnie Charkowa, Sumy, Konotopy oraz Czernihowa. Wprowadzane są też kolejne jednostki Rosgwardii odpowiedzialne za pacyfikację okupowanych terenów. Zmiany w taktyce, tj. trzymania się prawideł doktrynalnych, właściwej kooperacji między rodzajami wojsk i rosnącej przewadze w przestrzeni powietrznej, mogą okazać się zbyt późne by odwrócić straty poniesione pierwszego tygodnia zmagań.

Oświadczenie wziętego do niewoli rosyjskiego żołnierza wyznającego skruchę. Źródło: Unian.ua

Uważam, że maksymalny zasięg na jaki stać Rosjan to próba zajęcia lewobrzeżnej Ukrainy, co będzie możliwe tylko po solidnym przegrupowaniu, załamaniu się obrony na południowym-wschodzie kraju oraz przejęciu tras kolejowych. Bez tego żadne głębsze wejście w ukraińskie terytorium nie będzie możliwe. Nie da się bowiem utrzymać zaopatrzenia w skali potrzebnej do podtrzymania zdolności ofensywnych wysuniętych jednostek. Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje się ograniczenie celów do opanowania Donbasu wraz lądowym połączeniem z Krymem oraz częścią obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Dla Kremla idealnym scenariuszem byłoby jeszcze zdobycie Odessy i uzyskanie połączenia z Naddniestrzem. Wtedy dopiero gotów byłby podjąć rzeczywiste negocjacje. Tyle przynajmniej wynika z wojskowej logiki, co nie musi być miarodajnym wskazaniem. Putin pokazał swoją fiksację na punkcie Kijowa, do którego zdobycia oddelegował znaczną część zasobów. Wojska te nadal próbują otoczyć ukraińską stolicę, pomimo że szturmowanie kilkumilionowego miasta mija się z jakimkolwiek celem, a wbicie się klinem tak głęboko w terytorium wroga grozi zamknięciem tych sił w kotle.

O ile w teorii Rosjanie posiadają wystarczające środki by w skoncentrowanym ataku przemóc obrońców samą swoją masą, o tyle w praktyce taki plan może okazać się niemożliwy do zrealizowania nie tylko ze względów praktycznych. Wojna na wyniszczenie, która pozbawi Ukrainę cięższego sprzętu zajmie długie tygodnie, których Kreml nie ma. Zmorą pozostają szwankujące linie zaopatrzenia, które bardzo ciężko jest utrzymać w otoczeniu aktywnych działań partyzanckich. Ważniejsze jednak, że w miarę upływu czasu zachodnie sankcje będą coraz bardziej odczuwalne, a sytuacja wewnętrzna mniej stabilna. Mimo nachalnej, topornej wręcz propagandy uprawianej w rządowych mediach społeczeństwo rosyjskie prędzej czy później zacznie się buntować (co w niewielkim stopniu jest już widoczne). Liczba poległych w połączeniu z koszmarną recesją wzburzy nastroje. Ogromne koszty sankcji, z każdym dniem będą coraz bardziej przygniatać kraj do ziemi.

Jeśli Putin zamierza wygrać, musi szybko rzucić wszystkie pozostałe zasoby aby spróbować zmiażdżyć obrońców. W przeciwnym przypadku niemal pewna jest ukraińska kontrofensywa, np. w rejonie wspomnianego Kijowa. Gdyby się udała, mogłaby doprowadzić do załamania frontu i masowego, panicznego odwrotu zdemoralizowanych wojsk rosyjskich, istnego „cudu nad Dnieprem”. To oznaczałoby dla Moskwy całkowitą katastrofę, porównywalną w skali i możliwych następstwach do porażki z 1917 roku. W takich okolicznościach pod znakiem zapytania stanęłyby rosyjskie zdobycze na południu, choć w nawet najbardziej optymistycznym scenariuszu trudno mi wyobrazić sobie próbę odbicia Donbasu czy Krymu przez Kijów. Każdy dzień poświęcony przez rosyjskie dowództwo marzeniom o zajęciu ukraińskiej stolicy przybliża, w mojej ocenie, realizację tego scenariusza.

Opierając się na powyżej przedstawionych wnioskach, uważam że Ukraina ma w tej chwili realną szansę na skuteczne powstrzymanie rosyjskiej inwazji, choć raczej nie na odzyskanie całości swojego terytorium.

Podobnie Rosja zachowuje jeszcze szansę na taktyczne zwycięstwo (na pewno nie strategiczne), choć nakreślone cele wydają się zbyt daleko idące. O wygranej w tej wojnie zadecyduje nie tylko wypadkowa decyzji politycznych, sprawności logistyki, bilansu poniesionych strat i kosztów, stosowanej taktyki i otrzymywanego wsparcia, ale też dzielność żołnierzy.

Nie mam żadnych wątpliwości, że Ukraińcy pozostają dużo lepiej zmotywowani i skłonni do nawet największych poświęceń. A to może przesądzić.


Niniejsza strona jest utrzymywana z wpłat darczyńców i dzięki wsparciu Patronów.

PayPal

PayPal



Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

https://patronite.pl/globalnagra

4 komentarze

Edward Elwekr · 2022-03-10 o 15:51

Dziękuje

MateuszS · 2022-03-10 o 00:32

Dzięki!

Cezary · 2022-03-09 o 13:22

Świetny artykuł, w dobie śmieciowych wiadomości na pewno będę zaglądał.

Rcicho · 2022-03-09 o 13:14

Naprawdę dobry i ciekawy tekst.

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.