Trudne wybory.

Churchill powiedział kiedyś, że demokracja to najgorszy system rządów, jeśli nie liczyć tych wszystkich innych testowanych wcześniej. Ten ironiczny żarcik dobrze oddaje charakter ostatnich wydarzeń na świecie. Trwa cała seria plebiscytów i głosowań, od których wyników wiele zależy.

W Polsce największym zainteresowaniem cieszyły się niemieckie wybory parlamentarne. Zgodnie z przewidywaniami, tradycyjna lewica poniosła w nich druzgocącą porażkę tracąc kilka procent w stosunku do poprzednich wyborów (20,5% w 2017 a było 25,74% w 2013) oraz swoich oczekiwań. Magia Martina Schulza okazała się jedynie pokazem iluzjonisty, w który sceptyczni obywatele niespecjalnie uwierzyli. SPD przeszło do opozycji, co oznacza rozpad „wielkiej koalicji” ponad podziałami z CDU/CSU. Partie chadeckie również straciły, bo choć wygrały z 33% poparciem to jednak poprzednio otrzymały aż 41.55%. Komentatorzy, zależnie od sympatii politycznych naginają ten wynik do swoich oczekiwań mówiąc albo o porażce, albo o sukcesie Merkel. A prawda jest taka, że dla Merkel po prostu nie ma sensownej alternatywy a wszystkie partie rządowe dostały od wyborców srogie lanie za politykę imigracyjną ale też za brak dostosowania się do zmiany nastrojów społecznych w szerszym aspekcie. Czemu tak uważam? Wynik partii radykalnych jest tego najlepszym dowodem. Z jednej strony, do parlamentu weszła bardzo mocno (z trzecim wynikiem wyborczym – 12.6%) populistyczna i antysystemowa AfD. Z drugiej podobnie antysystemowa i jawnie komunistyczna Die Linke (9.2%) zwiększyła swój stan posiadania. Poza tym liberalni wyborcy dali premię FDP (10.7%), która w poprzednich wyborach zupełnie wypadła z gry ale dzięki temu nie skompromitowała się kryzysem imigracyjnym. Swój stan posiadania utrzymali Zieloni (8.9%). To oznacza, że niemiecki parlament będzie wyjątkowo rozdrobniony, a rząd utworzony zostanie w oparciu o mniejsze partie. Na szczęście (dla nas) nie przez mocno prorosyjskie AfD i Die Linke, a przez antyrosyjskich Zielonych i FDP. W dodatku, ta druga jest raczej mało przychylna pogłębionej finansowej integracji europejskiej w formie zaproponowanej ostatnio przez Emmanuela Macrona. Wizja formalnej Unii dwóch prędkości z osobnym budżetem, a co za tym idzie ewidentnego rozbicia jedności wspólnoty stanie pod znakiem zapytania. To dla nas szczęśliwa okoliczność. Spodziewałbym się także zmiany polityki Merkel. O ile nie wycofa się ona całkowicie z polityki imigracyjnej to prawdopodobnie znacznie ją zaostrzy. Musi bowiem rozbroić bombę radykalizmu AfD. W niektórych wschodnich landach, partia ta zdobyła większość głosów (w dawnym DDR dostawała często ponad 20% w poszczególnych landach). Kolejny taki kryzys jak ten z 2015 roku może wynieść ją na drugą a być może i pierwszą pozycję (przy jeszcze większym rozdrobnieniu w parlamencie). I to nie z powodu nieokiełznanego populizmu tego egzotycznego konglomeratu ale z uwagi na dostęp do szerszej masy odbiorców. Do tej pory, będąc poza Bundestagiem byli ignorowani przez media i marginalizowani. Teraz, zagłuszyć ich się nie da. Wyborcy zaciągnęli pani kanclerz hamulec i Niemcy nie mogą dalej jechać w tym samym kierunku. Jeśli AfD rzeczywiście w następnych wyborach polepszy swój wynik wyborczy, będzie to dla nas bardzo zła informacja. Miejmy nadzieję jednak, że sama sobie utrudni zadanie rozpadając się na mniejsze frakcje.

Wróćmy jednak do prezydenta Macrona. Niemal niezauważenie przebiegły w ten sam weekend wybory do francuskiego senatu. W sumie nie ma się co dziwić, bo nietypowy system wyborczy stanowi, że są to wybory pośrednie (przez elektorów), w dodatku tylko dla połowy miejsc (wybory są przemienne, co 3 lata) a sama izba wyższa ma ograniczone kompetencje. Partia prezydencka zajęła w nich raptem czwarte miejsce. Wygrali Republikanie. Poniekąd jest to pokłosie przeprowadzanych reform, w tym zwłaszcza nieszczęsnego prawa pracy. Francuzi są niestety fatalnie przywiązani do swoich praw pracowniczych mimo, że wpędzają one kraj w trwającą już kilka lat stagnację gospodarczą. Stąd demonstracje (circa 150.000-200.000 ludzi). Mimo, że nie protestują wszystkie związki zawodowe, a tylko komunistyczna CGT, niezadowolenie z reform jest zauważalne. A na tych nastrojach grają elektorzy decydujący o wyborach do Senatu. Nic więc dziwnego, że notowania egotycznego prezydenta mocno spadły. Tymczasem Macron mierzy wysoko, prowadzi bardzo aktywną politykę zagraniczną, w tym w Afryce. Próbuje nadawać ton polityce UE (dopiero co zaproponował daleko posuniętą integrację wspólnoty), sprzeciwia się rozwiązaniom siłowym ws. Korei Północnej. A Polskę z kolei dość bezceremonialnie poucza, czym zapracował na dozgonną nienawiść naszych mediów publicznych. Wszędzie go pełno ale to dopiero początek drogi i póki co, jego marzenie o byciu politykiem z którym liczą się możni tego świata pozostaje dalekie od spełnienia niezależnie od ambitnych deklaracji. W pierwszej kolejności musi on zawrócić Francję z drogi upadku do czego potrzebna jest zmiana konstytucji. Do tego brakuje mu nadal 182 głosów w parlamencie (wymagana jest większość z obu izb, czyli 555 głosów). Wyzwanie to jest jednak niczym, wobec tego przed którym stoi hiszpański premier Rajoy.

Kto nie był w Katalonii w ostatnich latach, ten pewnie nie do końca rozumie o co chodzi z tą całą niepodległością. Czy Katalończycy aż tak różnią się politycznie od reszty Hiszpanów? W zasadzie nie ale to skomplikowane, tak jak i mozaika kulturowo-historyczna tego kraju. Otóż Hiszpania jest co prawda monarchią parlamentarną ale jednocześnie (choć próżno szukać takiej definicji wprost) pozostaje federacją (albo jej formą). Hiszpańskie kraje związkowe nie nazywają się właśnie krajami, stanami czy landami a dość wymijająco – wspólnotami autonomicznymi. De facto, historycznie, są to w większości przypadków byłe królestwa czy księstwa, czasami chodzi też o inny język czy w ogóle pochodzenie etniczne (np: kraj Basków). Tych wspólnot jest obecnie siedemnaście, plus dwa miasta autonomiczne w Afryce. Stopień ich autonomii jest zróżnicowany ale wszystkie posiadają własny: parlament, rząd, prezydenta i trybunał sprawiedliwości. Dodatkowo, trzy autonomie mają także własne siły policyjne, w tym Katalonia. Koncepcja centralizacji jest dla Hiszpanów nie do końca przekonująca. Historycznie różnie z tym bywało ale w XX wieku największą traumą były dla nich rządy generała Francisco Franco. Ten, jako przykładny nacjonalista, cenił sobie centralizację i koncepcję jednego narodu hiszpańskiego. W wojnie domowej Katalonia do samego końca pozostawała republikańska. Gorzkiego końca dodajmy. W jej wyniku region utracił wszelką niezależność, a każdy przejaw separatyzmu był tłumiony siłą. Gdy jednak Franco pożegnał się z tym światem w 1975 roku temat autonomii powrócił z wielką siłą. Politycy głowili się i trudzili, jak pogodzić dwie sprzeczne koncepcje, jak zjeść ciastko i mieć ciastko. Konstytucja przyjęta w 1979 roku ukuła koncepcję „narodu narodów” czyli niejako zlepku zróżnicowanych wspólnot stanowiących naród hiszpański. Zakres samostanowienia miał być indywidualną sprawą każdej autonomii. Co ciekawe, nie do końca sprecyzowała granice rozszerzania kompetencji władz lokalnych, pozostawiając w tym względzie dużą swobodę. Stąd niekończący się w zasadzie proces, w którym to niektóre wspólnoty zwracają część kompetencji rządowi federalnemu, a inne znowu chcą większej niezależności. Tak to trwa już czwartą dekadę, a Hiszpania z kraju najbardziej scentralizowanego w Europie, stała się najbardziej zdecentralizowanym. Patriotyzm ma tam przede wszystkim charakter lokalny i to odczuje każdy turysta, zwłaszcza podróżujący po Katalonii. Najnowsza fala wzmagająca nastroje separatystyczne regionu wzięła się z ostatniego kryzysu gospodarczego, w którym Hiszpania bardzo ucierpiała. To najbogatszy region, subsydiujący resztę kraju. Wszechobecne flagi, wyzwoleńcze napisy, a także werbalna i fizyczna agresja wobec przeciwników niepodległości – z tym wszystkim obywatele żyją już od kilku lat. Pod koniec 2015 roku, zaraz po wygranych przez separatystów wyborach (Junts per Si – prawie 40% głosów) kataloński parlament, przy czynnym udziale ultralewicowej CUP, przegłosował uchwałę „deklarację inicjacji rozpoczęcia procesu niepodległościowego”. W jej myśl, region miał przeprowadzić referendum niepodległościowe w terminie ok. 1,5 roku. Uchwała została zakwestionowana przez hiszpański Trybunał Konstytucyjny, który skądinąd słusznie zauważył, że ustawa zasadnicza nie dopuszcza możliwości secesji regionu (a nawet tego zabrania, tak jak łączenia się regionów w odrębne wspólnoty – np. mniejsze konfederacje). Tylko, że jak już zostało napisane, hiszpańskie prawo jest w tej materii dość płynne. Dlatego w zasadzie formalne przeprowadzenie referendum dot. niepodległości jest możliwe (tylko bez późniejszej secesji, ta nie będzie legalna) ale tylko gdy odbędzie się ono w całej Hiszpanii a nie wyłącznie jednym regionie. Taką też propozycję złożył kataloński parlament rządowi w Madrycie. Premier Mariano Rajoy, bojąc się rozpadu kraju (logiczne następstwo wydarzeń), zdecydowanie odmówił. Uczynił tak trochę na wyrost, bo można się było spodziewać, że przy odpowiedniej kampanii inne regiony sprzeciwiły by się odłączeniu Katalonii. Wiedział już jednak czym się skończyło głosowanie ws. Brexitu i postanowił podobnie nie ryzykować. Trzeba też powiedzieć, że jego pozycja polityczna jest dosyć słaba bo powołany został na swój urząd dopiero w czwartym głosowaniu (po trwającym 5 miesięcy bezhołowiu). Ponieważ nie było możliwości porozumienia, Katalonia postanowiła mimo wszystko przeprowadzić samodzielne referendum. W odpowiedzi, władze federalne aresztowały (jak dotąd) 14 członków lokalnego rządu, zajęły kilka ministerstw (departamentów) i zarekwirowały karty do głosowania. Przysłany z Madrytu pułkownik objął komendę nad lokalną policją. Zwolennicy secesji wyszli na ulicę, a władze lokalne zapowiadają, że zaplanowane na 1 października głosowanie i tak się odbędzie. Ciężko w tej chwili wyrokować, co z tego wszystkiego wyniknie. Hiszpania ma długą tradycję walki z separatystami. Kraj Basków mimo kilku dekad działalności ETA nie stał się niepodległy. Można więc podejrzewać, że cała sprawa skończy się siłowym rozwiązaniem (zawieszeniem autonomii) i nieformalną okupacją Katalonii. Być może po jakimś czasie osiągnięte zostanie porozumienie polegające np: na zmniejszeniu obciążeń podatkowych. Secesjoniści na razie nie stosują siły, ich protesty są pokojowe i wiele wskazuje na to, że tak już pozostanie. Trzeba tylko pamiętać, że tam gdzie emocje przejmują kontrolę nad tłumem wiele może się zdarzyć. Komuś puszczą nerwy, ktoś zginie, a później wszystko zawali się jak kostki domina. Na razie zwolennicy secesji stanowią blisko połowę obywateli regionu ale każda antagonizująca decyzja Madrytu może przechylić szalę na ich korzyść.

Wątpliwości co do swojej przyszłości nie mają za to iraccy Kurdowie. W ostatnich dniach września przeprowadzili w końcu od dawna odwlekane referendum niepodległościowe. Trochę więcej o sytuacji irackiego Kurdystanu pisałem w poście z 11 września (przy okazji Dajr az Zaur i Syrii). Zgodnie z przewidywaniami, większość mieszkańców regionu zagłosowała na tak. KRG nie dała się zastraszyć ani Iranowi, ani odbywającej niezaplanowane manewry wojskowe Turcji i Irakowi. Peszmergowie zajęli pozycje obronne i gotowi są na konfrontację. Śmiem twierdzić, że ich determinacja jest dużo większa niż wojsk irackich czy tureckich. Zresztą pełnoskalowa wojna, polegająca na inwazji wszystkich trzech sąsiednich państw na terytorium Kurdystanu jest mało prawdopodobna. Liczne sygnały wskazują, że niektóre państwa są gotowe uznać prawo Kurdów do samostanowienia. Swoją aprobatę wyraził już Izrael, a ostatnio zasugerował to też Damaszek. Turcja z kolei korzysta z kurdyjskiej ropy, podpisała z KRG wieloletnie kontrakty. Jednak jeśli Syria włączy się do gry to umowy te Erdogan może stracić. Stąd tureckie pohukiwanie trzeba raczej traktować jako straszak na PKK i użytek wewnętrzny. Podobnie zachowuje się Iran, na którego terenie zamieszkuje najliczniejsza grupa Kurdów. Warto zauważyć, że obawa przed ich rebelią nie jest zupełnie bezpodstawna. Spontaniczne wiece poparcia dla referendum organizowane były w całej diasporze, ale w Iranie gromadziły najwięcej uczestników. Jeśli do buntu nie dojdzie, iracki Kurdystan może być w gruncie rzeczy cenny dla Teheranu. Jego samostanowienie znacznie osłabi Irak, a wtedy przejęcie pełnej kontroli nad jego południową i centralną częścią z Bagdadem włącznie będzie dziecinnie proste. Korytarz do Syrii i Morza Śródziemnego stanie się faktem. Pozostaje więc już tylko kwestia rządu w Bagdadzie. Tutaj chodzi głównie o to, że Kurdystan na zawsze przejmie roponośne pola na wschód od Kirkuku. A miasto to, w wyniku ofensywy Kalifatu i rejterady wojsk irackich, przeszło jakiś czas temu pod pełną kontrolę Peszmergi. Jeśli gdziekolwiek dojdzie do otwartych i długotrwałych walk między siłami rządowymi (chociaż bardziej prawdopodobne, że milicji Hashd) a Peszmergą to właśnie o to miasto. Dla Bagdadu może to być gra o życie. Co zrobią Amerykanie? Tak się składa, że z Barzanim współpracuje zarówno Exxon jak i Chevron. USA nie mogą tak naprawdę poprzeć żadnej ze stron, więc być może pozwolą im się trochę pobić grając na czas, a następnie będą wywierać presję i zmuszać do pokojowych negocjacji. Naturalnie górą w nich będzie ta strona, która utrzyma Kirkuk. Amerykanie potrzebują czasu by pokonać Kalifat rękami SDF (dużą część stanowią syryjscy Kurdowie) i wyplenić ostatnie enklawy dżihadystów w Iraku za pomocą wyszkolonych przez siebie irackich oddziałów. Dopiero wtedy będą mogli zaryzykować regionalne sojusze, np: uznając niepodległość Kurdystanu. Być może, rozumiejąc to Barzani poczeka z ogłoszeniem powstania nowego państwa na stosowniejszy czas (np: kilka miesięcy).

To co wiadomo na pewno, to że nie ma możliwości by Bliski Wschód pozostał takim, jakim widzimy go jeszcze dziś na mapach. Wojna domowa w Syrii powoli dobiega końca i co ciekawe, wygrywa ją Assad (z sojusznikami). W tej chwili trwa bombardowanie rebelianckiej prowincji Idlib przez lotnictwo syryjskie i rosyjskie. Jest to przygotowanie do jej odbicia, w czym udział weźmie także armia turecka i jej FSA. Wszystko to przy aprobacie USA, które z kolei kończy podobną „pracę” na wschodzie Syrii. Tylko co będzie z Rożawą? Czy o jej przyszłości także zadecyduje demokracja? I czy przyniesie jej pokojową zmianę, secesję, czy wojnę?