Szczyt w Anchorage

Spotkanie Władimira Putina z Donaldem Trumpem w Anchorage na Alasce trwało trzy godziny. Z planowanego wspólnego obiadu oraz kolejnej tury rozmów nic nie wyszło.


17-08-2025


Na wspólnej konferencji prasowej obydwaj przywódcy wygłosili własne oświadczenia, nie poświęcając czasu by odpowiedzieć na pytania dziennikarzy. Krótko później wsiedli na pokłady samolotów i odlecieli.

Na pierwsze szczegóły ustaleń musieliśmy jeszcze chwilę poczekać. Po dwóch dniach można już mniej więcej nakreślić punkt, w którym się znaleźliśmy, choć nadal skąpa ilość oficjalnych komunikatów nie pozwala rozwiać wszystkich wątpliwości. Wiemy, że nie będzie zawieszenia broni, że Rosja pozostaje przy większości swoich żądań, a USA zamierzają zaoferować Ukrainie jakiś rodzaj gwarancji bezpieczeństwa. Niejasne nadal pozostają kwestie terytorialne.

Zacznijmy od najważniejszego. Donald Trump, który jeszcze przed spotkaniem domagał się bezwzględnego przystąpienia do zawieszenia działań zbrojnych pod groźbą wprowadzenia sankcji na Rosję, po rozmowie z Władimirem Putinem dał się przekonać do porzucenia tego planu. Amerykański prezydent ogłosił, że rozejm byłby półśrodkiem, wobec czego sens ma tylko zawarcie pełnego porozumienia pokojowego.

Już tylko ten fakt wystarcza do oceny krótkoterminowych rezultatów spotkania jako taktycznego zwycięstwa Putina. Po raz kolejny obserwujemy, jak Donald Trump zaprzeczył sam sobie, kompletnie zmieniając wcześniejszą narrację i rezygnując z wyznaczonego ultimatum bez jakichkolwiek ustępstw z rosyjskiej strony. Trudno interpretować tę zmianę inaczej, niż jako przyjęcie rosyjskiej argumentacji. Niesmak budzi zwłaszcza łatwość z jaką Władimir Putin ponownie ocieplił osobistą relację z Donaldem Trumpem.

Wiemy o tym od samego Trumpa, który w wywiadzie dla Sean’a Hannity (Fox News) przywołał szereg pochlebstw jakie Putin wygłosił pod jego adresem, chwaląc dynamikę jego drugiej kadencji. Wśród nich padło zapewnienie, że do wojny w ogóle by nie doszło gdyby to Donald Trump był prezydentem (a nie Joe Biden), oraz że wybory prezydenckie w 2020 roku zostały z całą pewnością sfałszowane, zwłaszcza że amerykański system wyborczy dopuszcza wysyłanie kart wyborczych pocztą, co według Putina jest doskonałą okazją do fałszerstw. Wszystkie te stwierdzenia były bardzo często wypowiadane przez Trumpa w ciągu ostatnich miesięcy, więc z wyraźnym zadowoleniem przyjął ich powtórzenie.

Łasy na pochlebstwa amerykański prezydent zmiękczył swoją postawę już podczas samego spotkania, dając Putinowi kolejna szansę na odwleczenie momentu wprowadzenia sankcji i pełną swobodę w dalszym prowadzeniu wojny z Ukrainą. Wydaje się, że nie taki był plan. Spotkanie w amerykańskiej bazie wojskowej, na tle stacjonujących w niej samolotów F-22 Raport, oraz przelot eskortowanego przez nie bombowca strategicznego B-2 Spirit nad głową Putina, były silną demonstracją strategiczną, pokazującą kto tu tak naprawdę rozdaje karty. Rosyjski potencjał wojskowy nie może się mierzyć z amerykańskim.

Jednocześnie jednak gospodarze zadbali o przyjęcie Putina z pełnym protokołem dyplomatycznym należnym spotkaniu głów państw. Nie mogło być inaczej skoro to Amerykanie gościli delegację. Sztuczne obniżenie jej rangi byłoby wbrew protokołowi i stanowiło afront. Rozumiem narzekania na podawanie ręki zbrodniarzowi wojennemu i łamanie jego zachodniej izolacji, jednakże jeśli przyjmujemy do wiadomości, że bezpośrednie rozmowy muszą się toczyć, to innego wyjścia zwyczajnie nie ma.

Dlatego gorzej niż sam anturaż, traktuję np. dwie migawki z przygotowań. Pierwszą zapewnił minister Siergiej Ławrow paradujący w bluzie z napisem „CCCP” (inaczej: Związek Sowiecki), a drugą amerykańscy żołnierze na klęczkach rozwijający czerwony dywan przed schodami do rosyjskiego samolotu prezydenckiego. To wymarzone ujęcia dla rosyjskiej propagandy, która zresztą uczyniła z wydarzeń na Alasce wielkie święto. Bez wątpienia samo wydarzenie można postrzegać jako zerwanie z izolacją Putina oraz jego wizerunkowy sukces, co jednakże jest walutą pośledniej jakości, której blichtr prędko przeminie.

Wracając jednak do meritum. Stanowisko jakie przedstawił Putin uległo jedynie niewielkiej zmianie w stosunku do niedawnej wizyty Steve’a Witkoff’a w Moskwie.

Rosja domaga się:

* Opuszczenia przez siły ukraińskie całego Donbasu, w zamian za co zobowiązuje się do wycofania z niewielkich terenów w obwodach sumskim i charkowskim. Linia frontu na Zaporożu i Chersońszczyźnie uległaby zamrożeniu.

* Częściowego zniesienia sankcji na Rosję. Dodatkowo, zamknięcia ukraińskiej drogi do NATO, ustanowienia języka rosyjskiego jako urzędowego, na równi z ukraińskim, oraz przywrócenia działalności zdelegalizowanego Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego.

* Ukraina ma zrzec się roszczeń terytorialnych wobec Krymu, politycznie akceptując jego aneksję.

Jedyną dającą się zaobserwować zmianą było wycofanie się z narracji o konieczności oddania całości obwodu Chersońskiego i Zaporoża, które przed dwoma laty uznane zostały przez Moskwę za część składową Federacji Rosyjskiej. Dodatkowo, powtórzono propozycje, która padła tydzień wcześniej. Kreml może zobowiązać się do wpisania we własne ustawodawstwo (być może konstytucję, jak twierdzi S. Witkoff) zobowiązania do odstąpienia od przyszłej agresji na Ukrainę lub inne państwa Europy w przyszłości.

Donald Trump i Władimir Putin w towarzystwie tłumacza. Anchorage 15.08.2025. Źródło: WhiteHouse

Donald Trump odbył rozmowy telefoniczne z prezydentem Zełenskim oraz europejskimi przywódcami, referując rozmowę z Putinem. Zaprosił do Waszyngtonu ukraińskiego prezydenta i liczy na to, że kolejny szczyt pokojowy odbędzie się w formacie trójstronnym Rosja-Ukraina-USA.

Czy jednak rosyjska propozycja jest w jakikolwiek sposób realna? Historia potwierdza, że papierowe zobowiązania Rosji nie mają żadnej wartości. Prawo można zmienić w dowolnej chwili, wobec czego obietnica wyrzeczenia się agresji jest zupełnie bezwartościowa. Natomiast wymaganie od Ukrainy tak znaczących ustępstw terytorialnych miałoby sens jedynie wtedy, gdyby w zamian otrzymała adekwatną rekompensatę oraz rzeczywistą perspektywę trwałego pokoju, niezachwianej suwerenności i prawa do niepohamowanego rozwoju.

Jak zauważył Reuters, w Donbasie Ukraińcy kontrolują ok. 6600 km2, a na północy Rosjanie zajmują pograniczne tereny o powierzchni ok. 440 km2. Na marginesie, dzisiaj widać jak doskonałą kartą przetargową byłoby kontrolowanie części obwodu kurskiego przez Ukrainę, czego niestety także z powodu polityki Trumpa nie udało się utrzymać. Do tego weźmy pod uwagę fakt, że pozostała po ukraińskiej stronie część obwodu donieckiego stanowi tak naprawdę rozbudowaną fortecę, w której centrum znajdują się dwa największe miasta – Słowiańsk i Kramatorsk. Taka wymiana nie znajduje żadnego wojskowego uzasadnienia.

Jak pokazują wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, mimo ewidentnych problemów z brakiem rekrutów, ukraińska armia nadal posiada zdolności do prowadzenia aktywnych działań, czego dowodem stał się skuteczny kontratak zamykający rosyjskie włamanie pod m. Dobropila, niedaleko donieckiego Pokrowska. Oddanie doskonałych pozycji obronnych w obecnej sytuacji, przy braku jakichkolwiek solidnych gwarancji pokojowych byłoby przepisem na katastrofę. Donbaska forteca stanowić będzie bowiem znakomity punkt wyjścia do rozpoczęcia przez Rosję nowego etapu wojny w przyszłości, uderzenia w kierunku linii Dniepru, co w obecnych uwarunkowaniach nie jest możliwe.

Na coś podobnego Kijów nie może się zgodzić, nawet jeśli ukraińska armia w zażartych bitwach zmuszana jest do oddawania kolejnych kilometrów własnego terytorium. Działania bojowe prowadzone są dużym kosztem, także po stronie rosyjskiej, a więc perspektywa krwawych walk o podporządkowanie reszty Donbasu toczonych przez kolejne np. dwa lata to fatalna informacja także dla samej Rosji. Tym bardziej, że kraj ma ogromne problemy gospodarcze, a ukraiński kampania uderzeń dronów na rafinerie jest tego lata szczególnie efektywna.

Teoretycznie Waszyngton nie ma żadnych powodów aby iść na tak daleko posunięte ustępstwa bez choćby próby wywarcia dodatkowej presji na Moskwę. A jednak Donald Trump po raz kolejny odsuwa własnoręcznie ustanowione ultimatum dając Putinowi upragniony oddech. To właśnie martwi nie tylko Ukrainę, ale też Europę. Anonimowe wypowiedzi europejskich polityków cytowane przez media nie pozostawiają złudzeń. Europa boi się tego, co zrobi poddany wpływom Putina Trump.

Dlatego na planowane poniedziałkowe (18 sierpnia) spotkanie w Waszyngtonie między Donaldem Trumpem a Wołodymyrem Zełenskim, polecieć ma także sekretarz generalny NATO Mark Rutte, prezydent Francji Emmanuel Macron, kanclerz Niemiec Friedrich Merz, premier W. Brytanii Keir Starmer, premier Włoch Georgia Meloni, prezydent Finlandii Alexander Stubb oraz przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Europejczycy nie chcą dopuścić do powtórki z lutego, gdy podczas poprzedniej wizyty Zełenskiego doszło do awantury w Gabinecie Owalnym.

Sam Trump podkreślał, że po szczycie na Alasce decyzja leży w rękach Zełenskiego. Jednym słowem, Władimir Putin skutecznie przerzucił odpowiedzialność za zawarcie porozumienia na stronę ukraińską, unikając własnej odpowiedzialności za prowadzenie napastniczej wojny. Wydaje się, że zarówno Kijów, jak i Europa doskonale zdają sobie sprawę z tego, w jak delikatnym położeniu się znaleźli, mimo że sekretarz stanu Marco Rubio zapewniał – nie będziemy zmuszać Ukrainy do ustępstw terytorialnych i oddania całego Donbasu.

W kilku wydanych oświadczeniach, czy to indywidualnie, czy też w szerszych formatach jak Nordic Baltic 8, Europa domaga się poszanowania prawa międzynarodowego, trwałego pokoju, oraz nie podejmowania decyzji o jej przyszłości bez udziału niej samej (podobne oświadczenia wystosował Kijów). Równolegle jednak komunikaty skierowane do Waszyngtonu utrzymane są w koncyliacyjnym, wręcz przymilnym tonie, zapewniającym o popieraniu amerykańskiego dążenia do zawarcia pokoju, oraz wdzięczności za osobiste zaangażowanie Donalda Trumpa w ten proces.

Uważam, że jest to jedynie robienie dobrej miny do złej gry, a tymczasem nastroje są mniej optymistyczne, a krytyka „niemocy” Trumpa powszechna, co wypływa w anonimowych wypowiedziach cytowanych przez media.

Dzisiaj (niedziela 17 sierpnia) Wołodymyr Zełenskim przybył z wizytą do Brukseli, gdzie po rozmowie z przewodniczącą Komisji odbył spotkanie online z tzw. „koalicją chętnych”. To kolejna z całego cyklu rozmów koordynacyjnych, w których Europejczycy starają się wspólnie ustalić w jaki sposób wpłynąć na decyzje Waszyngtonu. W marcu uznano, że najlepszą taktyką są oficjalne pochlebstwa oraz potakiwanie, a w kuluarowych negocjacjach rozmywanie amerykańskich żądań i nakłanianie do zmiany postawy. Nie da się także nie zauważyć, że krok po kroku, Europa bierze na siebie coraz większy ciężar wspierania Ukrainy.

Rozbudowana poniedziałkowa delegacja do Waszyngtonu, w której udział biorą politycy mający w miarę dobry kontakt z Trumpem świadczy moim zdaniem o utrzymywaniu taktyki połączenia interesów Ukrainy i Europy w jedno, tak by wzmocnić pozycję negocjacyjną Kijowa. Sądząc po wcześniejszych zapowiedziach Francja i Wielka Brytania potwierdzą wolę wysłania kontyngentu wojskowego po zawarciu pokoju. Prawdopodobnie tematem będzie też zachęcenie USA do udzielenia rzeczywistych i możliwie rozbudowanych gwarancji bezpieczeństwa, co nadałoby sens jakimkolwiek rozważaniom o koncesjach terytorialnych.

Sęk w tym, że jeśli Zełenski sprzeciwy się zaproponowanym w Anchorage ustępstwom (a bez silnych gwarancji nie ma innego wyjścia), Waszyngton może wykorzystać jego odmowę jako powód do wstrzymania dalszego wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Chodzi więc głównie o to, aby zdjąć zły czar rzucony przez Putina na Trumpa, tak aby nie dać mu pretekstu do porzucenia Kijowa. Co więcej, z przecieków wiadomo, że temat wycofania się Sojuszu Północnoatlantyckiego z Europy Środkowej i Wschodniej był podnoszony przez Rosjan na spotkaniu w Anchorage.

Przekonanie Waszyngtonu do określonego działania będzie trudne, ale możliwe. Moim zdaniem sedno problemu zasadza się na demonstracji europejskiej woli walki, które w tym przypadku odnosi się do uczynienia pierwszego kroku w zaostrzeniu sankcji wobec Rosji. Po pierwsze należałoby w końcu doprowadzić do przejęcia rosyjskich środków pieniężnych zamrożonych na europejskich kontach, a po drugie zamknąć wody Morza Bałtyckiego dla rosyjskiej floty cieni. Tego typu działania nadadzą ton dalszym rozmowom, a także doprowadzą do błyskawicznych rezultatów, które Rosja momentalnie odczuje. Na stole są także sankcje wtórne.

Jeśli Europa nie chce być pomijana, musi stworzyć warunki, które wymagać będą jej udziały przy wszelkich ustaleniach. Na razie, Waszyngton stara się zakończyć ukraińsko-rosyjską wojnę i własne w niej zaangażowanie minimalnym nakładem sił i środków. Doskonale zdając sobie sprawę, że w ostatecznym rozrachunku, to bezpośrednie zaangażowanie USA w zagwarantowanie trwałego pokoju będzie podstawową jakichkolwiek rzeczywistych rozmów na temat zakończenia konfliktu.

Dzięki tej przewadze nad sojusznikami, Biały Dom negocjuje korzystny dla siebie układ łudząc się, że bliższymi relacjami z Rosją balansować będzie wpływy Chin. Na koniec tych targów rachunek mają opłacić Ukraina i Europa. Nie możemy godzić się na podobne dictum. Problem polega na tym, że bez przejęcia inicjatywy w starciu z Rosją, oddajemy ją w ręce Trumpa, a ten widząc perspektywę dalszych rozmów, raz po raz wyrzeka się użycia siły. Anchorage pokazało nam, jak skutecznie Rosjanie wbijają klin w relacje transatlantyckie samą tylko zapowiedzią negocjacji pokojowych.

Szczyt w Waszyngtonie będzie próbą wypracowania wspólnego stanowiska Zachodu i rozwiania rosyjskiej fatamorgany.


Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ

Możesz też postawić mi kawę:

buycoffe.to/globalnagra/

2 komentarze

Artur · 2025-08-17 o 20:15

Cześć Filip,

a nie czujesz, że to spotkanie ogólnie jest jedną wielką manifestacją słabości zachodu jako bloku?

Mam poczucie, że Trump praktycznie nic nie ugrał bo i nie miał czym. Straszak w postaci wtórnych sankcji na Indie – nie wypalił, co niejako pokazuje długoterminową orientację Indii na BRICS.
Akcja z Iranem przyniosła bardzo ograniczony skutek i kolejne kraje regionu (Irak) również otwierają się na współpracę z krajami z Bloku Rosja-Chiny-Iran.

W zasadzie jedyne co się udało to wbić w Kaukaz z rokowaniami na linii Armenia – Azerbejdzan, przy czym póki co sukces jest bardziej PRowy niż realny.

Europa pomimo upływu lat nie jest potentatem w produkcji broni, wręcz obnażane są kolejne słabości i patologie naszych działań wojskowych. W dodatku, po kolejnych latach wojny, nadal rozważamy czy my w zasadzie zabierzemy Rosjanom te pieniądze na których siedzimy czy może jednak nie?

Rosja stoi słabo gospodarczo, okej. No ale umówmy się, od bardzo dawna mówi się o tym że Rosja ma gospodarczo upaść i to się nadal nie dzieje.
Chiny – główny rywal w rywalizacji o światowy prym, jest w stanie Ruskim podłączyć “kroplówkę”, żeby Ci możliwie długo absorbowali uwagę Zachodu i powoli ją wymęczali.

Jako wisienka na torcie – my Polacy, którzy jak widać jesteśmy przedmiotem negocjacji, nie podmiotem w negocjacjach – zajmujemy się lokalną wojenką PO – PIS, bo o jakąkolwiek sprawczość, czy inicjatywę nawet nie ma co podejrzewać naszą klasę polityczną.

Wygląda mi to trochę na to, że sytuacja jest gorsza niż się spodziewaliśmy jeszcze jakiś czas temu a nasze asy w rękawie, to w praktyce co najwyżej jopki…

Jak oceniasz szanse na pokój w tym lub przyszłym roku? (Mam na mysli pokój, który nie skompromituje totalnie blok zachodni)

    Filip Dąb-Mirowski · 2025-08-20 o 10:50

    Bez wątpienia Zachód okazuje bardzo dużą słabość, co ośmiela przeciwników. Są oni dużo lepiej przygotowani (poniekąd dzięki systemom autokratycznym lub dyktaturze), oraz zdeterminowani do konfrontacji. Zachód niby przyjmuje do wiadomości, że znajdujemy się w stanie konfliktu między dwoma obozami, ale jednak z uwagi na dobrostan społeczny i nie najlepszą sytuację gospodarczą, próbuje tonować eskalację i nie doprowadzać do rewolucji, ani we własnej gospodarce, ani polityce. Chociaż być może nie chodzi tylko o zmęczone i dezinformowane społeczeństwa (ha! dopiero się zmęczą jak prawdziwa wojna zapuka do bram) ale też bardzo silne lobby biznesowe.

    Trumpa uważam, za siłę destrukcyjną, osłabiającą Zachód i odstraszanie. Prawdę mówiąc to dzięki niemu Rosjanom powodzi się dużo lepiej niż powinno. Rosyjskie kłopoty gospodarcze nie są fikcją, widać je bardzo dobrze nawet w oficjalnych danych. Rosjanie w ogóle mają dużo szczęścia, bo gdyby nie pomoc wojskowa Korei Płn nie odbiliby Kurska ani nie byli w stanie kontynuować ofensywy (amunicja). Gdyby nie gospodarcza pomoc Chin, dawno zabrakłoby im podstawowych maszyn do produkcji choćby najprostszych śrubek itp.

    Im więcej czasu mija, tym bardziej wydaje mi się, że w lecie 2023 roku mieliśmy „cud domu brandenburskiego”, w którym wojnę można było skończyć w kilka dni, ale Waszyngton bał się tak bardzo broni jądrowej (tego czy zostanie użyta, lub co się z nią stanie jeśli kraj upadnie), że to powstrzymał.

    Dzisiaj nasze perspektywy nie są specjalnie wesołe. Bez uduszenia Rosji sankcjami i polowaniem na flotę cieni (btw. po karnych taryfach import rosyjskiej ropy przez Indie radykalnie spadł) trudno liczyć na jakikolwiek sensowny pokój. Jego brak oznacza zaś, że Rosja dążyć będzie do celów strategicznych – przejęcia kontroli nad Ukrainą (w ten czy inny sposób) a następnie kontynuowania agresji poza jej granicami. Osobiście spodziewam się ataku na państwa bałtyckie. Unikając dzisiaj trudnych decyzji, zapłacimy za kilka lat wyższą cenę gdy dojdzie do bezpośredniej konfrontacji.

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *