Rosja zaatakuje NATO?

Niespodziewana wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffa w Moskwie stała się źródłem wielu spekulacji, w tym obaw o potencjalnie przygotowanie się Rosji do zaatakowania NATO.


26-08-2026


Co takiego wydarzyło się w ostatnim czasie, co zmusiło szefa amerykańskiego wywiadu aby udał się z niezapowiedzianą wizytą do rosyjskiej stolicy?

Mamy niewiele potwierdzonych informacji. Wiadomo, że środkiem transportu był wojskowy C-17, który wczesnym rankiem 25 sierpnia poleciał na podmoskiewskie lotnisko Wnukowo przez łotewską Rygę. Dzięki nagraniom kolumny pojazdów wiemy, że spotkania ze stroną rosyjską trwały ok. czterech godzin. Kolejne informacje przekazywane przez dziennikarzy związanych z administracją przekonują, że Amerykanie poprosili Ukraińców o wstrzymanie w tym czasie nalotów na Moskwę i Sankt Petersburg. Około godziny 17:00 samolot odleciał z powrotem do Rygi.

Rzecznik Kremla Pieskow przekonywał, że Ratcliffe spotykał się jedynie z przedstawicielami rosyjskich służb. Według niepotwierdzonych doniesień, z oficjalnego kalendarza Kremla zniknęły zaplanowane na ten dzień spotkania Władimira Putina. Całe wydarzenie przywołuje na myśl podobną sytuację z listopada 2021 roku, gdy poprzedni szef CIA William Burns, przyleciał do Moskwy przestrzec Rosjan aby nie atakowali Ukrainy.

Czy Putin szykuje się do kolejnej inwazji, a USA grożą mu palcem? Takie wytłumaczenie jest możliwe, ale pomija pełen obraz sytuacji.

Widmo konfrontacji

Od kilku miesięcy obserwujemy coraz większą liczbę incydentów zaliczanych do rosyjskich operacji hybrydowych w Europie. Sabotaż infrastruktury, eksplozje w zakładach zbrojeniowych, mniej lub bardziej udane próby zabójstw, atak dronów na lotnisko w Lipsku, masowe naruszenia przestrzeni powietrznej m.in. Polski i Rumunii, to tylko niektóre z głośnych przypadków działań utrzymywanych poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Przy czym ich kinetyczny wymiar, ofiary i zniszczenia, stanowi poziom istotnie wyższy od standardowo stosowanych ataków cybernetycznych czy dezinformacji.

Zaostrza się także sytuacja na morzu. Polowaniu na rosyjską flotę cieni, towarzyszą kremlowskie kontrposunięcia pod postacią grożenia podmorskiej infrastrukturze, demonstracyjnej obecności wojskowej (okręty i lotnictwo) czy wreszcie zapowiedzi konfiskaty zachodnich statków handlowych. W kontekście Bałtyku duże znaczenie ma prowadzone z obwodu królewieckiego zagłuszanie sygnału GPS, naruszenia przestrzeni powietrznej oraz umiejętne granie „czynnikiem ludzkim”. Z jednej strony kontrolowaną przez Białoruś presją migracyjną, a z drugiej przypominaniem o obecności etnicznych Rosjan w państwach bałtyckich. Dzień po wizycie Ratcliffa w Moskwie, sprawdzenie gotowości bojowej białoruskiej armii zarządził Alaksander Łukaszenka.

W połowie sierpnia siły NATO niespodziewanie rozpoczęły trwające kilka dni ćwiczenia. W ich toku na polskim niebie (choć nie tylko) operowało około pięćdziesięciu różnego typu samolotów wojskowych, z czego najbardziej znacząca była obecność przeznaczonego do walki radioelektronicznej EA-37B Compass Call. Użycie tego samolotu w czasie pokoju jest bardzo rzadkie, ze względu na jego czysto ofensywne przeznaczenie. Działaniom w powietrzu towarzyszyły ćwiczenia na lądzie, w rejonie granicy z Królewcem.

Oficjalne oświadczenie rzecznika Naczelnego Dowództwa Sił Sojuszniczych w Europie płk Martina O’Donnella wyraźnie wskazało, że w aktywności tej brały udział: amerykańskie i norweskie myśliwce, polskie wojska lądowe, natowski E-3A AWACS oraz inne siły, a całość nadzorowały Stany Zjednoczone. Dalszych szczegółów nie podano. Wiemy natomiast, że podobne samoloty rozpoznawcze krążyły w tym samym czasie nad Morzem Barentsa.

Nieco więcej informacji dostarczył The Wall Street Journal w artykule z dnia 23 sierpnia 2026 r. Według dziennikarzy, jeszcze w lipcu do obwodu królewieckiego przybyli oficerowie rosyjskiej armii z Sankt Petersburga, którzy przeprowadzili ćwiczenia mobilizacyjne. Nadzorowali tam planowanie gotowości, sprawdzając procedury, w tym zdolności do zakwaterowania, wyżywienia i uzbrojenia zmobilizowanych. Być może Królewiec przeprowadził także innego typu działania natury wojskowej, o których jeszcze nie wiemy. Faktem natomiast jest, że przygotowania do nowej fali mobilizacyjnej odbywają się w całej Federacji Rosyjskiej. Odpowiednie ustawodawstwo pozwalające na prowadzenie jej w sposób częściowo ukryty (i całoroczny) zostało już dawno przyjęte. Mobilizacja ma ruszyć po wrześniowych wyborach do Dumy.

Władze oficjalnie zaprzeczają, ale w ostatnich tygodniach coraz więcej młodych Rosjan ucieka zagranicę. Na przejściu granicznym Wierchnij Łars–Kazbegi (Rosja–Gruzja) w drugiej połowie sierpnia odnotowano ponad 20 tys. przekroczeń w kierunku Gruzji, znacząco więcej niż w poprzednich miesiącach. Podobny trend obserwowany jest w Armenii i Kazachstanie. Według raportów statystyki wyszukiwarki Yandex pokazują wzrost zapytań dotyczących słów „relokacja” i „mobilizacja”. Obawy potencjalnych zmobilizowanych wydają się miarowo iść w kierunku skali z jesieni 2022 roku, gdy mieliśmy do czynienia z prawdziwym exodusem. Na razie to jeszcze nie ten poziom, ale tendencja jest jednoznacznie zwyżkowa.

Ocenia się, że Kreml planuje powołanie między 300 a 500 tys. ludzi, a odtworzony z posowieckich magazynów sprzęt stanowić będzie ich wyposażenie. Pomimo wyczerpania starych zasobów (o czym kilkukrotnie pisałem), dozbrojenie tak dużej liczby żołnierzy jest możliwe, ponieważ w ciągu minionego 1,5 roku rosyjskie dowództwo radykalnie zmniejszyło użycie jednostek pancerno-zmechanizowanych, stosując głównie taktykę ataków z użyciem piechoty. Odrębną kwestią jest ich niska efektywność, w związku z upowszechnieniem się panowania dronów nad polem bitwy. Niemniej, mobilizacja pozwoli rosyjskiemu dowództwu na uzupełnienie strat, oraz potencjalne otwarcie drugiego frontu.

W omawianym kontekście, obawą nie jest już tylko ewentualne poszerzenie linii frontu na Ukrainie, np. poprzez nowy atak od północy, o którym wspominają ukraińscy wojskowi, ale eskalacja w stosunku np. do państw bałtyckich, mająca sprawdzić gotowość NATO. Mówiąc dokładnie, wobec błędów politycznych Waszyngtonu i upadku polityki amerykańskiego odstraszania, Rosjanie mogą poczuć się zachęceni do udowodnienia, że Sojusz Północnoatlantycki przestał być gwarantem ładu bezpieczeństwa w Europie Środkowej, a bez USA nie będzie w stanie przeciwstawić się poszerzeniu rosyjskiej strefy wpływów. W ten sposób przypieczętowany zostanie rozpad Zachodu, co jest celem dużo ważniejszym od jakichkolwiek zdobyczy terytorialnych np. na Łotwie.

Postawa Trumpa zachęca do ataku

Jeśli pod uwagę weźmiemy skonfliktowanie się USA z najbliższymi sojusznikami w rodzaju Kanady, Wielkiej Brytanii czy Danii, odwołanie corocznych ćwiczeń wojskowych z Koreą Południową, czy opisywane przez media plany opuszczenia baz wojskowych z rejonie Zatoki Perskiej, oczywistym jest, że mamy do czynienia z sytuacją wielokrotnie groźniejszą niż w przypadku pamiętnego opuszczenia Afganistanu przez prezydenta Joego Bidena w 2021 roku. Gwałtowne wycofanie oddziałów amerykańskich z tego kraju doprowadziło do załamania oporu prozachodnich władz uwieńczonego paniczną ucieczką z lotniska w stołecznym Kabulu.

W powszechnej opinii, to te wydarzenia przekonały Władimira Putina o słuszności planu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Już wtedy wychodził on z założenia, że USA są zbyt słabe aby temu przeszkodzić, a nieprzygotowany Zachód nie będzie w stanie w sposób znaczący wesprzeć Ukrainy, która bardzo szybko ulegnie rosyjskiemu naporowi. W miesiącach poprzedzających inwazję Rosjanie jedynie się w tym przekonaniu umacniali. USA stosowały daleko idące samoograniczenia, unikając większych dostaw uzbrojenia i komunikując, że nie zaangażują się militarnie w obronę Ukraina, a poszczególne państwa Zachodu przekonywały o braku zagrożenia.

Dziś mamy do czynienia z podobną sytuacją, choć jest ona poważniejsza ze względu na niewystępujący za Bidena aspekt wojskowy. Wojna z Iranem pokazała ograniczone amerykańskie zdolności do narzucenia swojej politycznej woli poprzez presję wojskową. Ujawniono nieprzygotowanie amerykańskiej obrony dronowej, a także śmiesznie małą liczbę zapasów amunicji precyzyjnej oraz efektorów do baterii przeciwlotniczych. Cień padł na amerykańską flotę, której dwa lotniskowce USS G. Ford i USS A. Lincoln spotkały się z poważnymi trudnościami w dłuższym operowaniu na morzu. Wreszcie, erozji uległy amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa wobec państw Zatoki Perskiej. Polityczne ukłony Waszyngtonu priorytetyzujące potrzeby Tel Awiwu dopełniły dzieła zniszczenia.

Joe Biden był słaby politycznie, ale amerykańskich zdolności wojskowych nie poddawano w wątpliwość, a w każdym razie nie w takim stopniu. Mówiło się jedynie o potencjale niewystarczającym do prowadzenia równoczesnej wojny z Chinami podczas operowania na innym teatrze wojennym. Dzisiaj słabość polityczna Donalda Trumpa jest równie ewidentna, jednakże dodatkowo Iran ujawnił poważne słabości militarne, które w połączeniu z bardzo miękką polityką prezydenta wobec Rosji, Chin i Korei Północnej, a twardą wobec własnych sojuszników, przekonywać mogą Putina, że Amerykanie nie tylko nie mają zdolności wojskowych, ale też woli politycznej aby się z nimi bezpośrednio skonfrontować. Nawet w sytuacji, gdy wymagać tego będą wzajemne powiązania i traktaty obronne.

Opisane wyżej okoliczności są dla państw takich jak Polska bardzo poważnym problem, zmuszającym do budowania samowystarczalności i oparcia o regionalne sojusze. Jest to jednakże trend długoterminowy, który w mojej ocenie nie stanowi natychmiastowego zagrożenia, a o takim mówi się w kontekście wizyty Ratcliffa w Moskwie.

BWP „Borsuk” czekające na załadunek po paradzie wojskowej w Warszawie. 15.08.2026. Zbiory własne.

Rosjanie nie są gotowi do wojny z NATO

O ile zagrożenie konfrontacją między Rosją a NATO jest jak najbardziej realne, o tyle pełnowymiarowa wojna w najbliższej perspektywie czasowej pozostaje mało prawdopodobna. Przede wszystkim ze względu na brak wystarczających zasobów po stronie rosyjskiej oraz korzystnej dla Kremla efektywności działań hybrydowych, które w dużej mierze pozostają bezkarne. Dzięki temu Rosjanie są jednocześnie w stanie prowadzić wojnę z Ukrainą, oraz nękać wspierające ją państwa Zachodu. Nie zmienia się taktyki, która przynosi oczekiwane rezultaty.

Poza tym straszak „inwazji” jest perspektywą na przyszłość. Nawet po przeprowadzeniu pełnej mobilizacji musiałyby minąć długie miesiące zanim siły rosyjskie zostałyby przygotowane do działań wobec wschodniej flanki, a to tylko wtedy, gdy sytuacja na Ukrainie pozwalałaby na rozpoczęcie drugiego konfliktu zbrojnego. W obecnej chwili armia rosyjska jest całkowicie pochłonięta zadaniami w Donbasie i na innych odcinkach frontu. Ewentualne przygotowania do ataku np. na państwa bałtyckie, byłyby zawczasu odnotowane przez sojuszników. Dopiero wtedy moglibyśmy mówić o prawdziwej analogii z ostrzeżeniem przekazanym Putinowi przez Billa Burnsa pod koniec 2021 roku.

Dlaczego więc Sojusz Północnoatlantycki szczerzy kły? W przypadku mobilizacji, musi reagować z jednolitą determinacją, niezależnie od tego czy jej celem jest przełom w wojnie z Ukrainą, czy też atak na jedno z państw NATO, w końcu nie ma pewności, który cel okaże się prawdziwym. Na razie jednak demonstracja siły odnosi się moim zdaniem do operacji hybrydowych. Kreml nie wierzy, że dopuszczając się ich sprowokuje NATO do wojny dlatego je kontynuuje. Chodzi więc o to by je przerwać, inaczej prędzej czy później ich następstwem będą ofiary wśród cywilów. Jeśli nawet nie w wyniku zamiaru bezpośredniego, to w końcu zadziała statystyka.

Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest przekonanie przeciwnika, że jesteśmy zdeterminowani do odpowiedzi i zadania mu strat w ramach odwetu. Tylko całkowite powstrzymanie kolejnych incydentów zapewni prawdziwe bezpieczeństwo, ale ceną jest dopuszczenie perspektywy ograniczonej konfrontacji na morzu lub powietrzu. Najlepszym przykładem takiego jednostkowego starcia to zestrzelenie rosyjskiego samolotu Su-24 w 2015, w pobliżu tureckiej granicy. Incydent ten przerwał serię rosyjskich naruszeń i nie doprowadził do wojny. Naturalnie, w logice postępującej eskalacji gdzieś na jej końcu jest bezpośrednia konfrontacja zbrojna. Musimy być na nią gotowi, ponieważ obydwa scenariusze – kompletnej bierności i proaktywny – prowadzą w ostatnim etapie do tego samego finału.

Różnica polega na tym, że zachowując bierność zostawiamy całą inicjatywę w rękach wroga, wobec tego skazujemy się na przegraną, podczas gdy wykazując się aktywnością, możemy sami wybrać pole i czas konfrontacji, a wobec tego kontrolować eskalację i ograniczyć straty do minimum. Nie bez satysfakcji stwierdzam, że NATO podejmuje tę grę, co się Rosjanom nie podoba, ale wbrew obawom powinno ich zniechęcić do jakiegokolwiek prowokowania konfrontacji z siłami Sojuszu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Amerykanie nadal pozostają w Europie. To się może wkrótce zmienić, ale jeszcze nie teraz.

Rzeczywiste przyczyny wizyty w Moskwie?

Wizyta szefa CIA związana jest prawdopodobnie z zupełnie innymi wydarzeniami. W ostatnim czasie Sekretarz Skarbu USA Scott Bessent ogłosił sankcyjny D-Day, który w ramach operacji „Gospodarczy Banita” (ang. Economic Outcast) ma doprowadzić do całkowitej izolacji finansowej Iranu. Jednakże podstawowym czynnikiem decydującym o ewentualnym sukcesie tej strategii jest odcięcie wsparcia Rosji i Chin, które ma charakter nie tylko gospodarczy, ale także militarny. Dane na temat rosyjskiego wsparcia wywiadowczego i wojskowego, są z pewnością znane Ratcliffowi, dlatego jest on osobą właściwą do obnażenia gry rosyjskich służb i przekazania ostrzeżenia, by nie mieszały się w konfrontację z Iranem.

W Kongresie na przegłosowanie czeka ustawa sankcyjna zmarłego Lindsaya Grahama, która może potężnie uderzyć zarówno w Moskwę jak i Teheran. USA na razie wstrzymują się z przekazaniem licencji na rakiety Patriot Ukrainie, choć jednocześnie pomagają jej w wyznaczaniu celów uderzeń na terytorium Federacji Rosyjskiej. Ich zdolności do głębokich nalotów zostałyby radykalnie zwiększone, gdyby Elon Musk zgodził się na stosowanie ukraińskich anten Starlink nad rosyjskim terytorium. Amerykanie mogą więc uderzyć Kreml zarówno finansowo, jak też kinetycznie, za pośrednictwem Ukrainy. To potężna karta przetargowa, która mogłaby skłonić Kreml do określonych ustępstw. Moim zdaniem to jest sedno omawianej wizyty, choć są to jedynie przypuszczenia.

W mediach rosyjskich i ukraińskich spekuluję się też na temat możliwej amerykańskiej propozycji zmierzającej do częściowego zawieszenia broni, wstrzymania działań na określonej linii frontu, lub ataków wobec określonej infrastruktury. Wydaje mi się jednak, że jest to perspektywa nadal zbyt odległa aby była realna, a tymczasem największym zmartwieniem Donalda Trumpa są wydarzenia w Zatoce Perskiej i niezdolność doprowadzenia do korzystnego zakończenia konfliktu o cieśninę Ormuz. W tym kontekście uważnie obserwujmy zachowanie Pekinu, ponieważ to postawa Chin zadecyduje o dalszym wsparciu dla Iranu. Relacje z Rosją są w tym ujęciu jedynie papierkiem lakmusowym pozwalającym Amerykanom na sondowanie chińskiej postawy.


Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ

Możesz też postawić mi kawę:

buycoffe.to/globalnagra/

suppi.pl/globalnagra/

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *