Przeklęty Kaukaz

Po raz kolejny obserwujemy, jak skomplikowana mozaika etniczna Kaukazu i trwające dekady spory terytorialne przeradzają się w otwarte walki, grożące rozlaniem się po całym regionie.

Czy tym razem jest podobnie?


27-08-2020


Najważniejsze tezy:

  • Walki na Kaukazie nie są niczym nowym, jednakże istnieje uzasadniona obawa, iż włączy się w nie Turcja (nawet bezpośrednio), a to zmienia wszystko.
  • Tureckie zaangażowanie to wejście w rosyjską strefę wpływów na południowym Kaukazie, co po raz kolejny stawia Moskwę i Ankarę na kursie kolizyjnym. Powtórka z Syrii i Libii wydaje się prawdopodobna.
  • Wrześniowe starcia zwiastować mogą nowy układ sił, który zmieni architekturę bezpieczeństwa regionu, potencjalnie doprowadzając do jego destabilizacji.
  • Ostatecznym celem Turcji jest zajęcie korzystnej pozycji geopolitycznej, pozwalającej na decydowanie o przebiegu Nowego Jedwabnego Szlaku, odnoszenie korzyści z bycia łącznikiem między Europą a Chinami.

Historia Górskiego Karabachu stanowi znakomity przykład tej fatalnej specyfiki, gdzie chwilowy pokój zawsze trwa w cieniu konfliktu, a każda kolejna wojna prawie nigdy nie prowadzi do ostatecznego rozstrzygnięcia.

Pierwsze starcia

Walki wybuchły nad ranem 27 września 2020 roku. Na tym etapie (wieczorem tego samego dnia) nie ma możliwości definitywnego ustalenia, kto je rozpoczął. Istnieje jednak wiele przesłanek świadczących o tym, że inicjatorem stały się siły zbrojne Azerbejdżanu, mimo że prezydent tego kraju Ilham Alijew w telewizyjnym orędziu oskarżył Armenię o niesprowokowaną napaść.

Poszlaki te będą wzmiankowane w dalszej części niniejszego tekstu.

Atak rozpoczął się od azerskiego uderzenia artyleryjsko-rakietowego na wybrane cele w armeńskiej enklawie – Górskim Karabachu, wzdłuż całej tzw. linii kontaktu (tj. granicy z Azerbejdżanem). Po raz pierwszy od lat 90’tych XX wieku ostrzelano nieformalną stolicę regionu, miasto Stepanakert, które położone jest ok. 30 km od strefy granicznej. Pociski miały też spaść na położone już w Armenii miasteczko Wardenis. Następnie, do natarcia ruszyła piechota zmechanizowana oraz czołgi, którym asystowały też drony i lotnictwo. W początkowej fazie ofensywy udało się zająć kilka armeńskich wiosek we wschodniej części regionu (okolice miasta Fuzali), ale nie bez poniesienia istotnych strat. Oficjalne źródła w Baku przyznały się jedynie do utracenia jednego helikoptera i śmierci pułkownika wojsk lądowych, ale publikowane przez armeńskie media internetowe filmy i zdjęcia pokazywały płonące azerskie transportery opancerzone (BTR, BMP-3) oraz czołgi (T-72). Widać było ciała zabitych żołnierzy (pokazywano ich legitymacje wojskowe). Erywań twierdzi, że w ciągu pierwszych kilkunastu godzin walk zestrzelił 4 wrogie helikoptery, 28 dronów oraz zniszczył lub uszkodził 35 wozów bojowych. Z drugiej strony, Baku opublikowało nagrania z dronów, na których widać niszczone armeńskie zestawy przeciwlotnicze OSA. Już w nocy podawano informacje o kilkudziesięciu zniszczonych armeńskich czołgach T-72, likwidacji składów amunicji itp. Wiadomo, że zginęło co najmniej kilkunastu armeńskich żołnierzy, a kilkuset odniosło rany. Władze azerskie twierdziły też, że przejmują kontrolę nad strategicznymi wzgórzami oraz bardzo ważną drogą M-11 łączącą miasto Martakert ze wspomnianym Wardis. To w zasadzie jedyna droga komunikująca północną część Górskiego Karabachu z macierzą. Erywań dementował te informacje. Obie strony przyznały jednak, że są ofiary cywilne, choć prawdopodobnie większe po stronie Armenii.

Premier Nikola Paszynian zarządził powszechną mobilizację, na terenie całego kraju wprowadzono stan wojenny, podobnie postąpiły władze Karabachu. Dla porównania w Azerbejdżanie oficjele najpierw poinformowali, że nie ma potrzeby do powszechnej mobilizacji, a stan wojenny wprowadzono jedynie w kilku wybranych obszarach. Natomiast odcięto Internet, by utrudnić przepływ informacyjny. Rano 28 września Azerbejdżan wprowadził jednak stan wojenny i zarządził częściową mobilizację (prawdopodobnie z uwagi na poniesione straty). Warto podkreślić, że premier Paszynian swoją decyzję uzasadniał przekonaniem o możliwości inwazji wrogich sił nie tylko w spornym regionie, ale też na terytorium Armenii właściwej. Oskarża Turcję o wspieranie Baku dostawami sprzętu oraz wysłanie ok. 4000 syryjskich bojowników, którzy mieli brać udział w walkach. Ankara nie kryła zresztą swojego poparcia. Bardzo szybko oficjalnymi kanałami potępiła Ormian oraz obiecała wsparcie Azerbejdżanu „w polu i przy stole”, sugerując bezpośrednią interwencję. W atakach powietrznych wzięły udział tureckie drony Bayraktar TB2 (choć oczywiście nie wiemy, kto nimi sterował, żołnierze azerscy czy tureccy).

Górskie wioski zajęte w pierwszych godzinach walk przez siły azerskie.

Obie strony wzywają do deeskalacji i odstąpienia od agresji, ale prawda jest taka, że to Armenia zmuszona jest gwałtownie przygotowywać się do obrony i apelować do świata o interwencję, podczas gdy Azerbejdżan kontynuuje ofensywę powtarzając żądania do odstąpienia od agresywnej polityki i łamania prawa międzynarodowego przez Erywań, tj. porzucenia okupacji Górskiego Karabachu.

Przygotowania

Tło historyczne konfliktu jest tyleż ważne dla dzisiejszych wydarzeń, co skomplikowane. Na poziomie zupełnych ogólników można powiedzieć, że jest to kontynuacja wojny lat 1988-1994. W jej wyniku Armenia rozpoczęła trwającą 30 lat okupację azerskiego terytorium Górskiego Karabachu (zwanego Górnym albo Arcach) oraz siedmiu innych prowincji, które w zdecydowanej większości zamieszkiwane są przez rdzennych Ormian. Terytorium to, choć autonomiczne, nie jest uznawane przez żadne państwo świata – nawet Armenię. Ponieważ, tak jak wskazuje nazwa, stanowi ono trudno dostępny teren górzysty, jego odzyskanie poprzez ofensywę z azerskich nizin było poza zasięgiem Baku.

Rozumiem, że taki opis może być zbytnio lakoniczny, ale jest to temat rzeka i nie chciałbym aby przesłonił istoty niniejszego artykułu, dlatego najlepiej będzie, jeśli zaproszę Państwa do lektury opracowania eksperta OSW – Wojciecha Góreckiego pt. „Kaukaski węzeł gordyjski”. Jak pisze autor:

Konflikt wokół Górskiego Karabachu to „matka” wszystkich poradzieckich konfliktów. Jest najstarszym z nich, angażuje największą liczbę aktorów (w tym mediatorów i pośredników), obejmuje też najwięcej wymiarów: militarny, polityczny, gospodarczy i społeczny. Kwestia karabaska zdominowała poradziecką historię Armenii i Azerbejdżanu, kształtując ich nowoczesne państwowości, odcisnęła trwałe piętno na regionie, w tym jego infrastrukturze transportowej, a dla Rosji stała się instrumentem kontroli nad Kaukazem Południowym. <…> Każde rozstrzygnięcie, jakie w związku z nim zapadnie, wyznaczy pewien standard dla obszaru byłego ZSRR oraz relacji Moskwy z byłymi republikami radzieckimi.

Sam chciałbym skupić się tylko na opisie najnowszych wydarzeń, bowiem tak jak to dzieję się ostatnio w wielu innych regionach świata, na lokalną wojnę nakłada się rywalizacja mocarstw oraz państw aspirujących do roli regionalnych hegemonów.

Ciąg przyczynowo-skutkowy dla obecnej karabaskiej eskalacji wydaje się mieć swą bezpośrednią przyczynę w wydarzeniach z lipca tego roku. To wtedy, po czteroletniej przerwie (wojna kwietniowa 2016), doszło do kolejnych znaczących starć między stronami (drobniejsze zdarzają się bez ustanku). W wyniku ostrzału uszkodzono ważne rurociągi transportujące kaspijską ropę i gaz przez Gruzję do Turcji (rejon azerskiego miasta Tovuz). Dla Ankary, balansującej tranzyt rosyjskiego gazu przez TurkStream (następcę South Streamu), było to niemiłe zaskoczenie. Stąd zaczęła na powrót uważniej spoglądać w stronę Kaukazu, mimo iż już zaangażowana była w wojny w Syrii, Iraku i Libii oraz spór na Morzu Śródziemnym. Miała zresztą ku temu ważny geopolityczny powód (o czym na końcu). W walkach zginęło też kilku oficerów azerskich: pułkownik, dwóch majorów oraz generał (po raz pierwszy od lat 90`tych XX wieku).

Dla obu wojujących państw konflikt o Karabach jest sprawą honoru, która elektryzuje opinię publiczną. Strata kilku oficerów jednego dnia była szokiem dla azerskiego społeczeństwa. W Baku wybuchły na tym tle zamieszki (ok. 50 tyś. protestujących). Wzywano władze do odwetu na Armenii. Chcący uspokoić rozchwiane pandemią nastroje społeczne, rządzący od 17 lat krajem, prezydent Ilham Alijew nie miał wyjścia. Upewnił się jednak, że tym razem jego kraj będzie lepiej przygotowany do starcia.

W ten sposób zadawniony kaukaski konflikt na powrót wpisał się w wielką politykę międzynarodową. Korzystający z funduszy pochodzących z eksportu surowców Azerbejdżan od wielu lat przezbrajał armię kupując sprzęt i wyposażenie, głównie zresztą z Rosji choć nie tylko. Jednakże Moskwa choć związana z Baku kontraktami zbrojeniowymi i współpracą w zakresie eksportu surowców, formalnie (pakt obronny- OUBZ) i praktycznie wspiera Armenię, balansując strony konflikt poprzez starą zasadę „dziel i rządź”. Baku postanowiło więc wykorzystać swoją relację z Turcją, stawiając na zawarte jeszcze w 2009 roku porozumienie o współpracy wojskowej, które w przypadku ponownego wybuchu konfliktu o Karabach gwarantowało tureckie wsparcie wojskowe dla Azerbejdżanu. Czas był ku temu wręcz znakomity, bowiem turecka mentalność oblężonej twierdzy znakomicie wzmacniała strach o ciągłość dostaw surowców z Morza Kaspijskiego oraz wpisywała się w nacjonalistyczne sentymenty. Zażyłość między Turkami a Azerami najlepiej opisują sami oficjele, zupełnie otwarcie określając swoje relacje maksymą „jednego narodu w dwóch państwach”.

Dość szybko rozpoczęto kampanię propagandową, przygotowującą grunt pod następne starcie. Jej elementy można było obserwować choćby na warszawskiej Saskiej Kępie, gdzie ambasada Azerbejdżanu wywiesiła transparenty oskarżające Armenię o niszczenie miasta Tovuz i przypominające zbrodnie w miejscowości Chodżały (1992 r.). Choć konflikt ten jest wielowymiarowy, nie da się na poważnie zakwestionować, że zarówno Armenia, jak i tzw. Republika Arcach pozostają na pozycjach obronnych. Nie posiadają realnych zdolności ofensywnych w stosunku do bogatszego Azerbejdżanu ani ambicji zajęcia kolejnych terytoriów. Stąd azerska narracja miała w dość oczywisty sposób uzasadnić potrzebę odmrożenia walk. Pretekstem stała się rzekoma brutalność i ludobójstwo dokonane przez Armenię.

Ambasada Azerbejdżanu. Warszawa lipiec 2020. Zdjęcie: Globalna Gra.

Jednocześnie władze w Baku wycofały się z udziału w rosyjskich manewrach Kaukaz 2020 (21-26.09.2020) bez podania przyczyny. Agresywna do tej pory Turcja, zapowiedziała podjęcie rozmów z Grecją w sprawie wschodniego Morza Śródziemnego oraz czasowo wycofała statek hydrologiczny, poszukujący złóż surowców na wodach wokół Cypru. Krótko później, w drugiej połowie września, pojawiły się informacje o przerzucie sponsorowanych przez Ankarę dżihadystów z Syrii do Azerbejdżanu. Odnotowano także liczne loty samolotów transportowych do Baku. A 25 września prezydent Alijew wezwał Erywań do opuszczenia Górnego Karabachu, czyli do czegoś na co ten nie mógł przystać.

W reakcji na te zdarzenia, ambasady USA w Baku i Erywaniu informowały o destabilizacji sytuacji, zalecając swym obywatelom opuszczenie obu państw. Jednocześnie Rosja rozpoczęła loty transportowe z Rostowa nad Donem do Armenii (po zakończeniu manewrów Kaukaz 2020), prawdopodobnie przewożąc armeńskie oddziały i dodatkowe wyposażenie wojskowe.

Gdy więc nad ranem 27 września pierwszy huk eksplozji zbudził mieszkańców Karabachu, nikt tak naprawdę nie mógł czuć się zaskoczony. Przeklęty Kaukaz znów budził się do wojny.

Prognoza

Niby więc wszystko jest tak jak zawsze. Kolejny etap starego konfliktu, w którym żadna ze stron nie jest w stanie ostatecznie wygrać. Stąd od dekad każda kolejna seria walk trwa ledwie od kilku dni do kilku tygodni. Tyle trzeba nim strony nie wyczerpią swoich zdolności operacyjnych. A jednak coś się zmieniło. Tym czynnikiem jest aktywne zaangażowanie Turcji. Pojawiają się bowiem doniesienia (mówią o tym przedstawiciele władz G. Karabachu) nie tylko o syryjskich dżihadi czy użyciu dronów, ale także o bezpośrednim zaangażowaniu w walkę tureckich F-16 i żołnierzy. W związku z tym, Rosja miała rozmieścić na terytorium Armenii systemy przeciwlotnicze Tor M2 i Pancsyr S1, które przywróciłyby równowagę sił. Takie działanie Turcji wydaje się nieprawdopodobne, ale należy pamiętać, że np. podczas marcowych walk w syryjskiej prowincji Idlib zarówno turecka armia, jak i lotnictwo (w tym F-16) brały w nich bezpośredni udział, mając za przeciwników nie tylko armię rządu w Damaszku, ale też poniekąd Rosjan.

Niezależnie od tego, czy informacje te są prawdziwe, czy w następnych kilku dniach uda się je potwierdzić lub zdementować, bezpośrednie zaangażowanie Turcji w azersko-ormiański konflikt jest możliwe. Świadczą o tym wspomniane przygotowania natury wojskowej, ale też wyraźnie eskalacyjna retoryka tureckiego prezydenta Erdoğana nie tylko wobec Armenii, ale i całego tureckiego sąsiedztwa. Siła militarna jest w obecnej chwili jedynym atutem Ankary w układaniu relacji bilateralnych. Kraj popadł w głęboką recesję gospodarczą, jest na skraju załamania ekonomicznego, w dodatku skonfliktowany z niemalże ze wszystkimi sąsiadami. Notowania tureckiej liry zdają się spadać bez końca. A mimo to, w każdym kolejnym działaniu – czy to okupacji północnej Syrii, Iraku, zaangażowaniu w Libii i blokowania Cypru, robi kolejny krok dążąc do starcia. Co zaskakujące, najczęściej wygrywa (w sensie polityczno-wojskowym) lub przynajmniej doprowadza do sytuacji, w której przeciwnicy zmuszeni są do podjęcia negocjacji, wybierając między konfliktem (którego nie chcą) i udzieleniem mniejszych lub większych koncesji Ankarze. Te mały sukcesy, mimo iż doprowadzają kraj do ruiny, zapewniają Erdoğanowi popularność wśród mocno nacjonalistycznie nastawionych wyborców. Budują geopolityczną pozycję kraju i pozwalają zachować władzę partii rządzącej. Ta ucieczka do przodu polega zaś tylko na tym, że Recep Erdoğan korzysta z trudnej sytuacji w globalnym układzie sił, korzysta na konfliktach regionalnych i ogólnym chaosie, powodowanym nie tylko pandemią, ale też starciem mocarstw. Sojusznicy są skonfliktowani, a kraje słabe wewnętrznie, niechętne angażowaniu się w wojny i radykalne posunięcia. Ma zresztą całkowitą rację, bo w rzeczywistości metoda faktów dokonanych przynosi wymierne efekty nie tylko polityce tureckiej. Może pomysł na takie jej prowadzenie i budowanie pozycji kraju podsunęła Ankarze Federacja Rosyjska, zajmująca terytorium w Gruzji, a później Krym i część Donbasu? A może Chiny zajmujące sporą część Morza Południowochińskiego? Albo ekspandujący do Iraku i Syrii teokratyczny Iran? Kto wie.

Wydaje mi się, że gdyby np. Unia Europejska jeszcze w czasach kryzysu migracyjnego, a najdalej w sytuacji konfliktu o Cypr, nałożyła na Turcję odpowiednio silne sankcje, Ankara rzucona zostałaby na kolana. Podobnie ocalonoby dla Ukrainy Krym, gdyby Moskwę spotkała odpowiednia kara za konflikt z Gruzją. Nie doszłoby też do chińskiej ekspansji w archipelagu Spratly, gdyby USA ostro zareagowały na zajęcie Scarborough Shoal. Ponieważ ani w tamtych, ani w tureckim przypadku tak się nie stało, żonglujący swoimi siłami zbrojnymi prezydent Erdoğan przerzuca je z kraju do kraju, dyktując warunki i zachowując inicjatywę. Polityka całej reszty pozostaje więc w stosunku do niego reaktywna. Nie inaczej jest w przypadku Karabachu.

Stąd, jeśli Turcja nie cofnie się w swoich dążeniach lub nie zostanie siłowo powstrzymana, będziemy mogli obserwować nie tylko starcie Armenii z Azerbejdżanem, ale też Rosji z Turcją i to mimo, iż obydwa kraje w wielu aspektach współpracują. Do podobnych utarczek dochodziło przecież w Syrii i Libii, a mimo to Władimir Putin i Recep Erdoğan zawsze potrafili się dogadać. Tym razem będzie podobnie, choć skutki dla regionu będą znaczące. Nastąpi nowy układ sił, w którym Turcja zyskać może bezpośrednią kontrolę nad sytuacją w południowym Kaukazie, co byłoby dla Rosji niebezpieczną ingerencją w jej tradycyjną strefę wpływów.

A dlaczego Turcja miałaby w ogóle kierować swoje zainteresowanie w ten rejon geograficzny? Z kilku wspomnianych już powodów. Jednym jest jej bezpieczeństwo energetyczne – drugim powiązania etniczne, trzecim – nacjonalistyczna polityka. Wydaje się jednak, że najważniejszy jest czwarty, niewymieniony dotąd powód. Ekspansja Turcji nie jest tylko bezmyślnym parciem ku mocarstwowości, ale próbą zajęcia takiej pozycji geopolitycznej, która pozwoli Ankarze odnosić długotrwałe korzyści z bycia łącznikiem między Europą a Chinami. Zwróćmy na to szczególną uwagę: decydowanie o wschodnim Morzu Śródziemnym, Lewancie, a teraz jeszcze Kaukazie zmusi Chiny, Europę i Rosję do układania się z Turcją. Recep Erdoğan zdaje się widzieć swój kraj niczym mega-Singapur Eurazji.

To czy Górski Karabach zostanie odzyskany przez Azerbejdżan ma dla niego kompletnie marginalne znaczenie. Tak jak to, ilu zginie Ormian lub Azerów. Jednakże każda zabawa z ogniem może skończyć się poparzeniem. Wojna to nie partia szachów, a często emocje i ból rodzą chęć odwetu. W przeszłości Baku groziło zbombardowaniem armeńskiej elektrowni atomowej, a Erywań miał rewanżować się wysadzeniem życiodajnych azerskich rurociągów. Turcji z pewnością nie zależy na długotrwałych walkach jednakże istnieje uzasadniona obawa, iż rozleją się one na region. Niczym spętany klątwą, Kaukaz po raz kolejny staje się strefą gry interesów.


Warte przeczytania:

https://www.reuters.com/article/us-armenia-azerbaijan-turkey-idUSKBN26I0CI

https://www.defence24.pl/w-gorskim-karabachu-znow-walcza-zniszczone-t-72-i-wozy-opancerzone

https://defence24.pl/zolnierze-z-azerbejdzanu-nie-pojada-na-cwiczenia-kaukaz-2020

https://www.konflikty.pl/historia/czasy-najnowsze/kaukaz-na-skraju-wojny-starcia-armensko-azerbejdzanskie-2020/

https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/raport-osw/2020-05-28/kaukaski-wezel-gordyjski

http://nkrmil.am/news/view/2907

https://caucasus.liveuamap.com/


Niniejsza strona jest utrzymywana z wpłat darczyńców i dzięki wsparciu Patronów.

PayPal

PayPal



Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

https://patronite.pl/globalnagra

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *