Prognoza na 2024

Czy tym razem uda mi się przewidzieć przyszłość? Jakie niebezpieczeństwa czyhają na nas za jej nieprzeniknioną zasłoną? Zapraszam Was do corocznej prognozy na nadchodzący rok.


31-12-2023



Racjonaliści uważają, że przyszłości nie da się przewidzieć, ale to nie przeszkadza zastępom wróżek i wróżbitów prześcigać się w pisaniu horoskopów dla żądnych odpowiedzi klientów. Pokusa poznania nieodgadnionego jest zbyt silna, ale zbyt często popadamy w atawizmy, szukając wyroków demiurgów, zanim oprzeć się na sile umysłu.

Nie ma powodu by popadać w skrajności. Przyszłość wypływa ze zdarzeń minionych, których wpływ kształtowany jest przez teraźniejszość. Mając możliwie szeroką wiedzę na dany temat, posługując się analizą i logiką związków przyczynowo-skutkowych, możemy czasem z dużą dozą prawdopodobieństwa określić przyszłe wydarzenia. Inną sprawą jest, czy będziemy w stanie uwierzyć, że się ziszczą?

Zapraszam Was do corocznej gimnastyki intelektualnej, w której spróbuje określić, co nas czeka w nadchodzących miesiącach. Jak zawsze chciałbym przypomnieć, że historii nie da się zamknąć w wygodnych kartach kalendarza i niektóre wydarzenia mogą rozegrać się zarówno szybciej, jak i dużo wolniej niż zakładają szacunki. Podobnie ich następstwa. Same przewidywania oparte są o publicznie dostępne na koniec grudnia 2023 informacje. Zabawa polega na złożeniu ich w logiczną całość.

Spis treści:
1. Wstęp
2. Stany Zjednoczone Ameryki
3. Chińska Republika Ludowa
4. Federacja Rosyjska
5. Ukraina
6. Kaukaz
7. Bliski Wschód
8. Afryka
9. Unia Europejska
10. Polska


Wstęp

Nachodzący czas wydaje mi się wyjątkowo niespokojny. Podobne odczucia miałem w roku 2021, kiedy świat wyraźnie zmierzał ku zderzeniu mocarstw. Czułem, że zbliża się moment, o którym pisałem sześć lat temu w tekście „Jutro wojna” (2018) i obawiałem się, że nie udało nam się do niego należycie przygotować. Odetchnąłem z ulgą, gdy Rosjanie ugrzęźli na Ukrainie, a Chiny postanowiły wykonać krok w tył, aby lepiej przyjrzeć się sytuacji. Targające globem protesty społeczne wygasły, podobnie nękająca nas pandemia. Amerykanie wydawali się instynktownie wracać do roli przywódcy Zachodu, a Europa powoli budziła się z marazmu. Minęły jednak dwa lata, a historia zatoczyła koło.

W nadchodzących miesiącach czeka nas seria plebiscytów wyborczych, które będą okazją do zmiany układu sił i destabilizacji społecznej. Odbędą się m.in. w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Indiach, Pakistanie, Indonezji, Tajwanie, Meksyku, a także w Unii Europejskiej (do Parlamentu). Konflikty na Bliskim Wschodzie i Ukrainie straszą widmem rozlania się na sąsiednie obszary, a kolejne wojny wybuchnąć mogą w każdej chwili na Kaukazie, Pacyfiku czy w Afryce. Efektem będzie dalsza destabilizacja, rwanie łańcuchów dostaw, wzrost ceny surowców i deficyty towarowe, a w następstwie nadejście widma globalnej recesji. Jak zawsze w przypadku regionalnych konfliktów, towarzyszy im rosnąca fala migracyjna, przy równoczesnym mnożeniu się wszelkich radykalizmów o rewolucyjno-bojowniczym charakterze, a razem z nimi rośnie ryzyko zamachów terrorystycznych.

Zachodowi nie udało się powstrzymać rozpadu globalnego ładu, a powodowane nim drżenia pogłębiały jedynie stopień erozji. Co gorsza, widzący tę zmianę pretendenci ze zdecydowaniem przystąpili do rozbudowy wpływów i przebudowy układu sił. Nie chodzi tutaj tylko o Chiny i Rosję, ale też wszelkich pomniejszych graczy regionalnych. Zresztą, sam konstrukt Zachodu także powoli dzieli się na poszczególne grupy. Interesy państw starej Europy jak Francja czy Niemcy, są inne od tych z Europy Środkowo-Wschodniej czy Skandynawii. Inne są między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Podobnie różni się też percepcja polityki bezpieczeństwa. Skończyły się tym samym czasy pokoju, a powraca świat wiecznej rywalizacji, a razem z nim wojny.

W ciągu ostatnich trzech dekadach, jedność narzucana była przez potężną wolę Waszyngtonu i korzystne ułożenie relacji gospodarczych. Dzisiaj, źródło dochodowej wymiany handlowej przeniosło się do Azji, a USA nie posiadają już dawnej siły przebicia. Z trudem nakłaniają do współpracy sojuszników, nie mówiąc nawet o przeciwnikach. To właśnie to słabnięcie leży u podstaw przemian globalnego ładu, dlatego omawiając szerzej sytuację trzech mocarstw, zacznę od Amerykanów.


Stany Zjednoczone Ameryki

Prezydentura Joego Bidena nie miała łatwego początku. Fiasko wycofania się wojsk amerykańskich z Afganistanu, było jednym z elementów, który moim zdaniem skłonił Władimira Putina do zaatakowania Ukrainy. Żadne mediacje ani groźby nie mogły odnieść skutku, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały słabość chwiejącego się supermocarstw, któremu przewodził rozkojarzony matuzalem. Sojusznicy Amerykanów byli przerażeni. Na szczęście, po rozpoczęciu pełnowymiarowej rosyjskiej inwazji, Waszyngton znalazł w sobie wystarczająco dużo siły, aby do spółki z Europą podjąć rzuconą rękawicę. To na chwilę przywróciło jego przywódczą rolę, skonsolidowało Zachód oraz zaskoczyło przeciwników.

Bidenowi udało się też opanować trudną sytuację wewnętrzną i utrzymać ścieżkę wzrostu gospodarczego, pomimo bolesnych następstw pandemii, ale był to tylko chwilowy triumf. Radykalni zwolennicy Trumpa przycichli, ale nie zniknęli. Wyłapanie bojówkarzy, oraz osób biorących udział w ataku na Kapitol nie zlikwidowało trawiących kraj konfliktów społecznych i toczącej się progresywnej rewolucji. Im bliżej planowanych na listopad wyborów prezydenckich, tym sytuacja dla Demokratów coraz bardziej się komplikuje. Rośnie sprzeciw wobec postępowej polityki amerykańskiej lewicy. Nasila się też kryzys migracyjny na granicy z Meksykiem, co w bezpardonowy sposób wykorzystują Republikanie blokując pomoc wojskową dla Ukrainy i Izraela. Spór ten ma jednak charakter transakcyjny, skalkulowany pod zbliżające się wybory. Uważam, że porozumienie może zostać osiągnięte już na początku roku.

To oczywiście nie zmienia charakteru kryzysu politycznego. Narastają nastroje izolacjonistyczne reprezentowane w Kongresie przez frakcje: protrumpowską MAGA, oraz radykalnie lewicową część Demokratów. W dodatku, Waszyngton utracił kontrolę nad wojną na Ukrainie. Celowe opóźnianie pomocy wojskowej doprowadziło do sytuacji, w której bliska załamania Rosja opanowała wewnętrzny kryzys i odsunęła od siebie widmo upadku. Na tyle daleko by ponownie myśleć o „przetrzymaniu” Zachodu. To oznacza, że prezydent nie może się pochwalić sukcesem. Co więcej, przeciwnicy łatwo mogą zarzucić mu wikłanie USA w kolejną niekończącą się wojnę, jaką były Afganistan i Irak. Bez żadnego planu na zwycięstwo. Wiek wyraźnie odciska swoje piętno na Joe Bidenie, który nie panuje nad narracją i zaniedbuje komunikowanie się z przeciętnymi Amerykanami, co pozwala na wykorzystywanie ich skromnej wiedzy o świecie do budowania postaw izolacjonistycznych.

Do gry o fotel prezydencki powrócił też Donald Trump, który od kilku miesięcy notuje wyższe od Bidena poparcie w badaniach sondażowych. Nie przeszkadzają temu ani postępowania sądowe, ani decyzje o wykluczeniu z możliwości ubiegania się o urząd przez stany Kolorado czy Maine. Gdyby Trump miał wygrać wybory (póki co musi jeszcze otrzymać nominację Republikanów), USA czekają radykalne zmiany, które przez pewien czas wyłączą kraj z polityki międzynarodowej. Polaryzacja jest bowiem jeszcze głębsza niż przed czterema laty. Niezależnie od tego kto zostanie głową państwa, powtórzyć się może sytuacja z kwestionowaniem wyników elekcji oraz niepokojami społecznymi.

Reagowanie na kryzysy zewnętrzne, w sytuacji wewnętrznego rozchwiania, będzie szalenie trudne. Podczas szturmu na Kapitol w dniu 6 stycznia 2021 roku, świat jedynie czekał, ale drugiej takiej okazji nikt już nie przepuści. Ani Rosja, ani Chiny. To główne zagrożenie dla świata. W tej chwili toczą się już dwa duże konflikty w ważnych dla Amerykanów regionach globu, w Europie i na Bliskim Wschodzie. Jeśli planowane na styczeń wybory na Tajwanie wygra frakcja „niepodległościowa”, sytuacja na Pacyfiku może się zaognić praktycznie z dnia na dzień, a nawet jeśli nie, niebezpieczeństwo to z każdym dniem będzie narastać, odciągając amerykańską, koreańską i japońską uwagę. Już w tej chwili wojna Izraela znacząco absorbuje amerykańską flotę, która interweniowała nie tylko u wybrzeży Lewantu, ale także na Morzu Czerwonym.

Amerykanie nadal nie są gotowi do konfrontacji na kilku frontach równocześnie, chociaż uruchomili swój przemysł zbrojeniowy. Kłopot w tym, że tak naprawdę nie wiemy jak wyglądać będzie amerykańska polityka w następnych latach. Równie dobrze, może ulec całkowitej przemianie.

Prognoza:

* W USA narastać będzie stan wrzenia społeczno-politycznego, który wygaszony może zostać dopiero po listopadowych wyborach prezydenckich. W negatywnym scenariuszu, wybory doprowadzą do głębokiego konfliktu wewnętrznego łącznie z aktywnością grup paramilitarnych i paraliżu państwa. Alternatywnie, powyborcza polityka Waszyngtonu może ulec całkowitej przebudowie, w stosunku do obecnie prowadzonej, co dla wielu państw świata stanowić będzie metaforę „wyciągnięcia dywanu spod nóg”.

* Słabość Amerykanów będzie wykorzystywana przez przeciwników: Rosję i Chiny, oraz Koreę Północną i Iran. Możliwa gwałtowna eskalacja na Pacyfiku. Za pewnik uznaję wszelkiego typu działania tzw. hybrydowe, poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego, wymierzone szczególnie w Amerykańskich sojuszników (Polskę, państwa bałtyckie, Finlandię, Szwecję, Koreę Południową, Tajwan, Japonię). Przede wszystkim, obawiam się o infrastrukturę krytyczną, w tym portową, energetyczną, oraz ciągnące się po dnie mórz i oceanów kable telekomunikacyjne (szczególnie na Atlantyku i M. Północnym). Szczególnie silnie objawi się dezinformacja i agentura wpływu mające siać chaos i zwątpienie.

* W pierwszym okresie Amerykanie będą reagować ostro, żeby pokazać swoją determinację i uspokoić sytuację. Możliwe pojedyncze incydenty na morzu lub w powietrzu (np. uszkodzenie okrętu, strącenie samolotu, ostrzał rakietowy itp.). Problem w tym, że w dynamicznie zmieniających się okolicznościach i bezpośrednim lub materiałowym zaangażowaniu w trzy, odległe od siebie geograficznie konflikty, może im nie starczyć sił. Takie wyzwanie byłoby trudne nawet gdyby amerykańska scena polityczny żyła w zgodzie, a przemysł szedł pełną parą. Takie przeciążenie może zmusić Waszyngton do poszukiwania ugodowego rozwiązania, kosztem regionalnych partnerów (np. Ukrainy, Korei).

* Im trudniejsza stanie się sytuacja, tym większy będzie wpływ izolacjonistów na amerykańską politykę zagraniczną. Brak zdecydowania, wahanie, rezerwa – wszystkie te sygnały doprowadzić mogą do osłabienia amerykańskich sojuszy i powstawania/wzmocnienia regionalnych układów i koalicji. Zmuszą też poszczególne państwa do samodzielnego działania. To dlatego Kongres zabronił jakiemukolwiek prezydentowi USA samodzielnie decydować o opuszczeniu NATO. Rozpad systemu zachodnich sojuszy jest celem działań Chin i Rosji.


Chińska Republika Ludowa

Spokojna postawa Pekinu, która charakteryzowała jego politykę zagraniczną w minionym roku, powinna powrócić na dobrze znane z przeszłości, bardziej agresywne tory. Przypomni nam się czas „wilczej dyplomacji”. Chiny nadal borykają się z problemami wewnętrznymi, notując najniższy od dekad wzrost gospodarczy. Problemem jest wysokie strukturalne bezrobocie wśród absolwentów uczelni, tkwiący w głębokim kryzysie rynek nieruchomości z furą toksycznych kredytów, oraz skutki zgubnej polityki pandemicznej, które zniszczyły drobną przedsiębiorczość i zadłużyły budżety samorządów. To jednak nie zmienia dalekosiężnych planów zmierzających np. do uzyskania kontroli nad Tajwanem. Władza Xi Jinpinga jest solidna i całkowita. Ruchy separatystyczne z Sinciangu stłumione, a Tybet zasymilowany. To wszystko pozwala myśleć o powrocie do rozgrywek geopolitycznych.

Sęk w tym, że jednowładztwo zwiększa ryzyko popełnienia błędu. Najlepszym tego przykładem była zideologizowana polityka pandemiczna, która w dodatku wykonała zwrot o 180 stopni praktycznie z dnia na dzień. Cesarska pozycja Xi, skłania go także do radykalnych posunięć w polityce kadrowej. Jednym z domniemanych powodów niedawnych czystek w armii, były marne wyniki manewrów, w których ćwiczono inwazję na wyspę.

Mimo wszystko, otwarty konflikt z Tajpej nie wybuchnie w ciągu godzin, mowa raczej o latach. Historia uczy, że Pekin preferuje taktykę stopniowo narastającej presji. Za najbardziej prawdopodobną w bliższej perspektywie czasowej, uznaję próbę morskiej blokady Tajwanu, co od wielu miesięcy ćwiczone jest przez flotę i lotnictwo. Gdyby mówić o zajęciu terytorium, bardziej prawdopodobne wydaje mi się wykorzystanie blokady do zajęcia którejś z należących do Tajwanu pacyficznych wysepek. Od dawna uważam, że do tego celu najlepiej nadaje się Dongsha. Pytanie, czy miałoby to sens? Pełnoskalowa inwazja byłaby dla Chin bardzo kosztowna i ryzykowna. Armia nadal nie jest do tego zadania gotowa, a koszty międzynarodowe dla zależnej od eksportu gospodarki produkcyjnej, mogłyby być nie do udźwignięcia. Zajęcie dowolnej wysepki, musiałoby więc stanowić ultimatum, przed zagrożeniem inwazją, a do tego Chiny muszą być zwyczajnie przygotowane. Zaczynając „awanturę” zbyt wcześnie, narażą się na retorsję mogące załamać ich gospodarkę.

Zasadniczą kwestią, która ukierunkuje politykę Pekinu w najbliższym czasie, będzie wynik planowanych na połowę stycznia wyborów prezydenckich na Tajwanie. W szranki staje w nich William Lai z proniepodległościowej Demokratycznej Partii Postępowej, oraz Hou Yu-ih, z koncyliacyjnego Kuomintangu. Już teraz Pekin miesza się w kampanię wyborczą za pomocą dezinformacji. Obu przeciwników w sondażach dzieli coraz mniejsza różnica, a Lai traci pozycję faworyta. Niezależnie kto wygra, przewiduję stosowanie presji przez Pekin, ale gdyby zwycięzcą miał zostać Hou, będzie ona dużo mniejsza i rozłożona w czasie. Pekin widzi szansę na postęp w drodze negocjacji, okazjonalnie wzmacnianej groźbami natury wojskowej. Zwycięstwo DPP wymusi z kolei poważną demonstrację. W chińskiej narracji, to „niepodległościowcy” dążą do wojny, która skończy się zniszczeniem Tajwanu. Ta obawa jest żywa w tajwańskim społeczeństwie, którego ani los Ukrainy, ani problemy Stanów Zjednoczonych nie napawają przesadnym optymizmem. To wygodne narzędzie wpływu, służące Pekinowi do kreowania oczekiwanych postaw u odbiorców.

Wskazówką świadczącą o możliwej eskalacji jest też sytuacja wewnętrzna. Konsolidacja społeczna wokół rozbudzonego chińskiego nacjonalizmu w cieniu wojny, może odepchnąć na dalszy plan kłopoty gospodarcze i społeczne, z jakimi przyjdzie się mierzyć Xi Jinpingowi. Co ważne, dla polepszenia swojej pozycji Pekin powinien zadbać o to, by zarówno władze w Seulu jak i Tokio były zajęte własnym bezpieczeństwem. Wygodnymi obiektami presji są też tradycyjnie Wietnam i Filipiny, które w następnym roku dalej będą zacieśniać relacje z Waszyngtonem. Narzędziami do wywierania dodatkowych presji będą działania Korei Północnej i Rosji. Ich celem, opisane wcześniej osłabienie amerykańskich sojuszy, oraz utrwalenie wielobiegunowości ładu międzynarodowego. Ceną, miarowe zwiększanie pomocy wojskowej (przez pośredników) i technologicznej dla Kremla, która będzie tym bardziej prawdopodobna, im bardziej Pekin wierzyć będzie w jej zwycięstwo, a Waszyngton słabnąć. Jednakże nie bez pogłębienia zależności Moskwy i pozyskiwania od niej kolejnych danin (pod postacią np. niektórych technologii wojskowych).

Wydaje się, że Azja stanie się głównym obszarem zainteresowania polityki Pekinu, a dopiero po niej reszta świata. To tam wykażą się największą agresywnością. Wobec Bliskiego Wschodu i Europy, Chiny pozostaną spokojne i stonowane. Starające się stabilizować sytuację i tak jak zawsze stawiające na kontakty bilateralne z poszczególnymi państwami. Priorytetem pozostanie utrzymanie ruchu handlowego i względnie poprawnych relacji. Plany te może jednak pokrzyżować rozszerzenie się bliskowschodniego konfliktu, które boleśnie odbije się na chińskiej gospodarce.

Prognoza:

* Eskalacja napięcia wokół Tajwanu, z dynamizmem określonym przez wynik wyborów prezydenckich na wyspie. Możliwa próba blokady morskiej wyspy, lub jednego z należących do niej atoli. Otwarty konflikt zbrojny nadal mało prawdopodobny w tym roku, z uwagi m.in. na nieprzygotowanie.

* Prowokowanie Japonii i Korei Południowej, poprzez działania sojuszników – Rosji i Korei Północnej. Celem osłabienie amerykańskich sojuszy (także z Wietnamem i Filipinami) i zaangażowanie potencjału. Możliwe kontrolowane i ograniczone w skali oraz czasie starcia zbrojne, incydenty na morzach i w przestworzach, ale bez pełnoskalowego konfliktu.

* Koncyliacyjna postawa wobec ważnej dla Chin Europy i stabilizująca wobec Bliskiego Wschodu. Ryzyko jego destabilizacji przełoży się na pogorszenie sytuacji gospodarczej Chin, stąd Pekin zrobi wiele by tego uniknąć.

* Pogłębiające się trudności społeczno-gospodarcze, które mogą skłonić Xi Jinpinga do odwrócenia uwagi obywateli nacjonalistycznym wzmożeniem. Im trudniejsza sytuacja wewnętrzna, tym głośniejsze pohukiwania w bezpośrednim sąsiedztwie Państwa Środka. Szczególnie w przypadku szerokiej wojny na Bliskim Wschodzie.

* Jednowładztwo Xi Jinpinga naraża Chiny na ryzyko. Zbyt duża agresja przerodzi się w kolejną serię bolesnych sankcji, które mogą załamać chińską gospodarkę. Dla Waszyngtonu, tego typu retorsje stanowią dużo wygodniejszą „broń”. Pekin będzie chciał temu przeciwdziałać wciągając do współpracy państwa Azji, ale liczba chińskich sojuszników wydaje się mocno ograniczona.


Federacja Rosyjska

Wbrew panującym pod koniec 2023 roku pesymistycznym nastrojom oraz intensywnej rosyjskiej propagandzie, sytuacja Federacji Rosyjskiej mimo względnej stabilizacji i dostosowania się do reżimu sankcyjnego, pozostaje trudna. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że intensywność wojny prowadzonej z Ukrainą powoduje ogromne straty sprzętowe przekraczające zdolności produkcyjne rosyjskiego przemysłu. To oznacza, że uzupełnienia ich nie pokrywają, mimo że sporą część stanowią pojazdy pochodzące z remontów, albo wyciągane z tzw. magazynów głębokiego składowania. Rosja nie jest też w stanie samodzielnie produkować wystarczającej liczby pocisków artyleryjskich, stąd posiłkuje się dostawami z Korei Północnej i Iranu. Tak samo jest z pociskami rakietowymi czy dronami. Kreml przestawił gospodarkę na tryby wojenne, przeznaczając na zbrojenia szacunkowo między 30% a 40% budżetu, ale zwiększenie produkcji jest nadal niewystarczające, ograniczone dostępnością części i wykwalifikowanej siły roboczej. Taka jak obecna intensywność konfliktu stale degraduje potencjał rosyjskiej armii. Kontynuowanie tego trendu doprowadzi do jej załamania.

Efektem ubocznym zbrojeń jest dodatni odczyt wskaźnika wzrostu gospodarczego (szacowany na ok 2.5% za 2023 r.), ale miejmy świadomość, że pochodzi on w znaczącym stopniu z przemysłu zbrojeniowego, który nie jest wartością dodaną dla gospodarki. Taka produkcja jest „przejadana” przez wojnę. Zwiększenie wydatków na armię odbywa się poprzez ich zmniejszenie w innych obszarach; infrastrukturze, oświacie, służbie zdrowia itd. Nie przekłada się też na wzrost dobrobytu obywateli. Niskie bezrobocie nie kompensuje inflacji i spadku jakości usług publicznych. Rośnie liczba ofiar wśród rosyjskich żołnierzy, co obciąża system socjalny i rodzi dylematy, skąd czerpać kolejnych rekrutów, by nie doprowadzać do pogorszenia nastrojów społecznych.

Ujmując rzecz bardzo ogólnie, sytuacja gospodarcza jest trudna, ratowana doraźnymi działaniami, które jeszcze bardziej ją komplikują. W minionym roku zlikwidowano wiele dopłat, równocześnie podnosząc podatki. Spadek wartości rubla, oraz wzrost inflacji pomagał stabilizować budżet, ale trzeba pamiętać, że kraj w zasadzie utracił możliwość zaciągnięcia długu na rynku międzynarodowym, w związku z czym zadłuża się jedynie wewnętrznie. Efektem tych kombinacji są powtarzające się mini-kryzysy, czasem dość zaskakujące. W lecie obserwowaliśmy deficyty na rosyjskim rynku paliwowym, a pod koniec roku uśmiech politowania budzą szalone kłopoty z dostępnością kurzych jaj.

W ujęciu politycznym, Kreml jest po pierwszym etapie walk wewnętrznych w ramach rosyjskiej struktury władzy, które pokazały Rosjanom jak krucha jest to konstrukcja. Szef Wagnerowców nie tylko z łatwością zajął milionowy Rostów nad Donem, ale też ośmieszył prezydenta i pozornie wyniósł głowę z całej awantury, stając się niemalże bohaterem ludowym. Władimir Putin nie mógł puścić tego płazem, dlatego zlecił likwidację Prigożyna wraz z kierownictwem grupy Wagnera, a najgłośniejszych krytyków, jak np. Igora Girkina, wsadził do więzienia. Represje spotkały też niektórych dowódców wojskowych, zwłaszcza związanych z formacją WDW, jak gen. Tepliński. Dzięki temu Putin odzyskał panowanie nad sytuacją, przed planowanymi na marzec 2024 roku wyborami prezydenckimi, w których on sam jest jedynym, rzeczywistym kandydatem. Do tego czasu utrwalać będzie swoją pozycję dalszymi represjami, a nawet eliminacją osób, które uznaje za zagrożenie.

Dlatego tak ważna jest propaganda sukcesu przekonująca, jak znakomicie Federacja Rosyjska radzi sobie z przeciwnościami i jak nieuchronne jest jej zwycięstwo. Wydatnie pomogła w tym porażka ukraińskiej kontrofensywy, która po długich miesiącach rosyjskich niepowodzeń stała się długo oczekiwaną jaskółką nadziei. Putin uwierzył, że jednak jest w stanie przetrzymać wahający się Zachód. Tymczasem prawda jest taka, że Rosja pozostaje niezwykle podatna na szereg czynników zewnętrznych. Przede wszystkim wpływ sankcji, oraz skalę pomocy przekazywanej Ukrainie. Złamanie tej percepcji, ponownie zachwieje „putinizmem”. Pozycja Putina nie jest więc tak silna jak się wydaje, a wewnętrzna rywalizacja w strukturach rosyjskiej władzy jedynie przycichła, ale nie wygasła. Rosja nadal jest słaba i otrzymamy na to dowody w nadchodzących miesiącach.

Prognoza:

* Do czasu marcowych wyborów Putin zajęty będzie wewnętrzną konsolidacją i propagandą. W tym okresie podatny będzie na wszelkie wydarzenia mogące godzić w jego wizerunek, dlatego reagować będzie nerwowo i przesadnie, eliminując przeciwników. Rosja może dopuścić się też nowych zbrodni wobec Ukrainy i jej obywateli, za które standardowo obwiniać będzie Kijów. Temat ten będzie mocno eksploatowany i zestawiany z obrazami arabskich ofiar konfliktu bliskowschodniego. Brutalność działań wojennych będzie nadal wysoka.

* Nadchodzący rok przyniesie Rosji pogłębienie kłopotów gospodarczych, ale jeszcze bez ostatecznego załamania, które nastąpić może dopiero w 2025 roku. Pogorszy się jakość życia obywateli, coraz więcej osób z zachodnich obwodów otrzymywać będzie powołania do wojska. Większa odporność finansów, to efekt spodziewanego wzrostu cen surowców. Niemniej, sankcje zostaną zaostrzone i zacieśnione, a to zaboli. Rosyjskie fundusze zamrożone przez Zachód zostaną przynajmniej w części spożytkowane na rzecz Ukrainy, a do tego dojdą jeszcze postępowania sądowe wytaczane Moskwie w związku z zajęciem majątku zachodnich koncernów. Kreml nadal będzie tracić swoje wpływy, wypychany z tzw. limitrofu (pogranicza).

* Krótkoterminowym rosyjskim celem tego etapu wojny jest opanowanie całości Donbasu, uważam że na więcej nie ma sił. Stąd spodziewam się dalszego dążenia do zawieszenia walk, lub obniżenia intensywności konfliktu w skali pozwalającej na odtworzenie potencjału (na wzór ATO 2014-2021). To oznacza działania oparte o strategię niewielkich zysków taktycznych, które mają miarowo zwiększać obszar kontroli. Skala strat osobowych przekroczy liczbę 600.000 zabitych i rannych, co odbije się na społeczeństwie. Utrzymanie obecnej intensywności konfliktu w końcu załamie rosyjską armię, ze względu na stałą degradację potencjału.

* W pierwszej połowie roku Rosja zachowa inicjatywę na froncie z uwagi na przewagę w dostępności amunicji artyleryjskiej. W chwili gdy Ukraina zaspokoi głód amunicyjny, rosyjskie postępy zostaną zatrzymane, a siły ukraińskie przejdą do szerszych działań zaczepnych. Alternatywnie, jeśli tak się nie stanie, w drugiej połowie roku Rosjanie będą w stanie przejść do operacji o większej skali i dopiero wtedy realne zacznie być wznowienie działań na odcinku od miasta Sumy po Charków.

* W przeszłości największe sukcesy osiągała Rosja w działaniach hybrydowych, dlatego powróci do nich w stosunku do państw wschodniej flanki Sojuszu, a także Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Tam gdzie to możliwe, intensyfikowany będzie kryzys migracyjny (Polska, państwa bałtyckie, Finlandia). Wzrośnie ryzyko ataków na infrastrukturę krytyczną (porty, podmorskie kable i rurociągi, kolej, energetykę, systemy informatyczne). Przekonany jestem też do wyjątkowo silnej kampanii dezinformacyjnej i prób wpłynięcia na wyniki wyborów. Celowe zastraszanie ma prowadzić do osłabienia woli społeczeństw do kontynuowania wspierania Ukrainy.

* Oczekuję bolesnych uderzeń na teren Federacji Rosyjskiej i w większym niż dotychczas stopniu przeniesienia tam działań wojennych. Przygraniczne obwody rosyjskie mogą stać się celem działań regularnych jednostek ukraińskich, jeśli Rosja dalej popełniać będzie zbrodnie wojenne i koncentrować siły do otwarcia nowego frontu. Destabilizacja pogranicza, oraz strach przed ukraińskimi atakami znacznie pogorszy nastroje wśród Rosjan.


Ukraina

Grafika: Freepik.com

Pod koniec roku prezydent Zełenski sprawiał wrażenie człowieka zmęczonego i zagubionego. Porażka kontrofensywy spowodowała, że stracił rezon. Stał się nerwowy i chaotyczny. Jego działania zamiast wartości dodanej dla ukraińskiej polityki zagranicznej, stały się obciążeniem. Jeśli nie przełamie kryzysu i nie posłucha się doradców, trudniej będzie mu zwalczyć narastające problemy. Zmęczenie w połączeniu ze skłonnością do ryzyka, może się dla niego źle skończyć, jeśli nadal odwiedzać będzie linię frontu. Uprzedzając pytania dodam, że w tym teoretycznym scenariuszu, śmierć Zełenskiego posłużyłaby za impuls do konsolidacji, być może przejęcia większej kontroli nad krajem przez armię. Uznany za męczennika wpływałby dalej na wydarzenia, jednakże już jedynie pozytywnie, jako symbol na sztandarach.

Chcę podkreślić, że niezależnie od tego, co będzie się działo w krajowej polityce, Ukraina nie przegra wojny w 2024, nie rozpadnie się, nie dojdzie do zajęcia Kijowa itp. To wszystko fantazje rosyjskiej propagandy. Dysponuje możliwościami, których nie miała na początku konfliktu. Dzisiaj dyskutujemy już nie o tym, czy obroni swoją suwerenność ale czy uda jej się pokonać rosyjską armię i odbić wszystkie terytoria. To zasadnicza różnica.

Choć kraj notuje dodatni wzrost gospodarczy i wznowił eksport drogą morską, z oczywistych względów pozostaje całkowicie uzależniony od wsparcia Zachodu. Podstawowym wyzwaniem Kijowa będzie odtworzenie potencjału ofensywnego i opracowanie całkowicie nowego sposobu działania. Dotychczasowe doświadczenia pokazały, że ukraińska armia nie jest w stanie operować dużymi zgrupowaniami wojsk. Mści się brak poziomu dywizji i marna kooperacja pomiędzy poszczególnymi jednostkami i dowódcami. Zbyt często względy polityczne biorą górę nad potrzebami wojskowymi. Dwa lata walk zdegradowały jakość kadry oficerskiej oraz średnią jakość wyszkolenia żołnierzy. Usprawnienia domaga się system mobilizacji. Niestety, nie sądzę aby udało się wygasić wewnętrzną rywalizację polityczną, a to oznacza kontynuację konfliktu w strukturach wyższego dowództwa armii. Pierwsze miesiące nowego roku upłyną na próbach poprawy tej sytuacji.

Najbardziej palącą potrzebą są dostawy pocisków artyleryjskich. Uważam, że „głód amunicyjny” zostanie zaspokojony na początku roku, przez szereg działań Zachodu. Przekonany jestem, że dojdzie do przełamania impasu zarówno w USA jak i Unii Europejskiej. Pomijając negocjowalny charakter tych blokad (blokujący chcą uzyskać dla siebie konkretne profity), istnieje cały szereg mechanizmów pozwalających na ominięcie przeszkód. Jednym z nich jest przyznanie Ukrainie zamrożonych przez Zachód rosyjskich funduszy szacowanych nawet na 300 mld USD, do czego może dojść właśnie w tym roku. Obecna sytuacja okaże się więc sygnałem ostrzegawczym, a prawdziwe problemy z dalszym wspieraniem Ukrainy pojawią się dopiero pod koniec 2024 roku.

Także w tym przypadku, wiele wyjaśni nam wynik amerykańskich wyborów prezydenckich, oraz układ sił w nowym Parlamencie Europejskim, a także skład nowej Komisji. Myślę też, że toczące się rozmowy o gwarancjach bezpieczeństwa zaowocują konkretną ofertą państw G7, pozwalającą realnie myśleć o zakończeniu konfliktu. Pewnym zagrożeniem dla ukraińskiej sprawy, będzie rozlanie się bliskowschodniego konfliktu. Odciągnie bowiem uwagę europejskich sojuszników Ukrainy. Z drugiej strony, zaangażowanie się Iranu w jakiekolwiek bezpośrednie starcia zredukuje albo całkowicie wstrzyma pomoc wojskową jaką Teheran przekazuje Rosji.

Pod względem potencjału wojskowego, siły ukraińskie otrzymywać będą kolejne partie zachodniego sprzętu, wystarczające aby uzupełniać bieżące straty. Zwiększą się także jej zdolności w zakresie pocisków dalekiego zasięgu (np. więcej ATACMS, także nowszych modeli), lotnictwa (np. więcej zmodyfikowanych F-16) oraz działań morskich (drony). Mimo wszelkich przeciwności, uważam że ukraińskim pilotom i obronie przeciwlotniczej uda się zadać szereg bolesnych strat rosyjskiemu lotnictwu, co zmieni proporcje sił w wojnie powietrznej. Skutecznie uda się zabezpieczyć wybrane odcinki frontu, co w przyszłości pozwoli na efektywniejsze prowadzenie działań ofensywnych i zawęzi obserwowaną dzisiaj swobodę działania widoczną np. w bombardowaniach bombami FAB. Co więcej, zimowa kampania lotnicza polegająca na ostrzeliwaniu ukraińskich miast, spotka się ze zdecydowaną i relatywnie „symetryczną” odpowiedzią ukraińską, o czym zresztą od dawna piszę, a co widać w końcówce roku 2023.

W chwili obecnej ukraińska armia nie posiada zdolności do przełamania rosyjskich linii. Może liczyć jedynie na niewielkie zyski taktyczne. Szansa jaką otrzymała w 2023 roku, gdy w komfortowych warunkach międzynarodowego wsparcia mogła pokusić się o rozstrzygnięcie konfliktu na swoją korzyść, została zmarnowana. To oznacza, że znajduje się w niekorzystnej pozycji negocjacyjnej, którą będzie chciała poprawić zanim rozpocznie jakiekolwiek rozmowy. W gruncie rzeczy, o to samo chodziło także rok temu, ale teraz sprawa stała się gardłowa.

Głównym celem sił ukraińskich pozostanie zadawanie strat rosyjskiej armii. Szczególnym kierunkiem działań będzie tak jak dotychczas Krym i jego izolacja, oraz przeniesienie wojny na terytorium Federacji Rosyjskiej, w rejony przygraniczne. Tego typu działania obserwowaliśmy w zeszłym roku, ale chodzi o znacznie większą skalę i intensywność. Zburzenie mostu przez Cieśninę Kerczeńską, faktyczną blokadę krymskich portów, spowodowanie wielu strat w obwodach biełgorodzkim, briańskim i kurskim, łącznie z porażeniem energetyki i infrastruktury krytycznej. Ataki te służyć też będą utrudnieniu Rosjanom możliwości koncentracji odwodów do otwarcia nowego frontu.

Ponieważ odtwarzająca potencjał armia posiadać będzie ograniczoną swobodę działania w pierwszej połowie roku, skupi się na strategicznej obronie. Deficyty amunicyjne oznaczają, że istnieje ryzyko utraty niekorzystnie położonych pozycji, takich jak Awdijiwka czy zysków terytorialnych z kontrofensywy, jak Robotyne. Z punktu widzenia utrzymania całości frontu ważniejsze będzie oparcie go o solidne pozycje obronne i niepopełnianie błędów z ubiegłej zimy gdy przesadnie długo broniono Bachmutu, narażając na straty doświadczone oddziały.

Ciężar działań ofensywnych wezmą na siebie jednostki specjalne i służby, które spróbują zasiać chaos na rosyjskich tyłach. Ważnym zadaniem będzie odzyskanie panowania nad narracją i przywrócenie obrazu niewydolnej, skazanej na porażkę Rosji. Najprostsza droga do tego celu wiedzie przez uderzenia głęboko na rosyjskim terytorium. Mogą to być zarówno budynki państwowe (szczególnie w Moskwie), obiekty wojskowe (siedziby sztabu, lotniska), jak przemysłowe (zakłady zbrojeniowe) czy kolejowe (zniszczenie przepraw i mostów).

Niejasne jest dla mnie, kiedy SZU uda się odtworzyć potencjał na tyle, aby mogły podjąć próbę ponownej ofensywy. Wiele zależy od tego, co będzie działo się na polu bitwy i czy jakiekolwiek zyski terenowe uzyskane latem 2023 roku zostaną w ukraińskich rękach. Wyrównanie linii frontu oznacza bowiem, że wiele z nich, jeśli nie wszystkie, mogą zostać utracone.

Gdyby jednak takie możliwości się pojawiły, myślę że większy nacisk położony zostanie na przekroczenie Dniepru i próbę uchwycenia podstawy półwyspu krymskiego najkrótszą dostępną drogą. Jeśli siły ukraińskie nadal operować będą w rejonie Robotyne czy Urożajne, pojawi się możliwość dogrywki na Zaporożu, tym razem z dużo lepszym wsparciem lotniczym/przeciwlotniczym, oraz większą ilością środków WRE oraz przeciwminowych. W tym kontekście, uważam że SZU mogłyby spróbować natarcia wzdłuż brzegu dawnego Zalewu Kachowskiego, np. na kierunku Wasyliwki.

Prognoza:

* Za wysoce prawdopodobne uważam wykorzystanie zamrożonych przez Zachód rosyjskich środków finansowych do wsparcia Ukrainy. Mimo początkowych trudności, rok 2024 będzie dla Kijowa zabezpieczony. Spodziewam się też konkretnej oferty w zakresie gwarancji bezpieczeństwa od państw G7. Sprawy może skomplikować rozlanie się konfliktu na Bliskim Wschodzie.

* Pierwsza połowa roku upłynie Ukraińcom na obronie i ograniczonych w skali kontratakach. W tym okresie możliwości działania zależne będą od postawy Zachodu (dostaw amunicji). W negatywnym scenariuszu, tendencja ta może utrzymać się dłużej. Deficyty amunicyjne będą prowadzić do strat terytorialnych o ograniczonym zakresie. Możliwa utrata Awdijiwki i zysków terytorialnych z okresu wiosenno-letniej kontrofensywy.

* W sprzyjających okolicznościach, do większych działań zaczepnych SZU powrócą w lecie (wiosna wydaje się dzisiaj nieosiągalna – może gdyby była ciepła i sucha?). Jednocześnie intensywne działania prowadzone będą wobec Krymu i terytorium Federacji Rosyjskiej. Spodziewam się dużo większej skali niż zeszłoroczne rajdy.

* Zachodnie wsparcie będzie w 2024 roku kontynuowane, impas zostanie przełamany zarówno w USA jak i UE, ale wynik amerykańskich wyborów prezydenckich może wszystko zmienić (na szczęście, dopiero w perspektywie na 2025 r.). Stąd Ukraina będzie chciała polepszyć swoją pozycję negocjacyjną, tak by Rosja zaczęła dotkliwiej odczuwać skutki wojny na swoim terytorium.

* Zimowa kampania lotnicza zyska na intensywności im bliżej będzie do rosyjskich wyborów prezydenckich. Kijów posiada zdolności do odpowiedzi, więc pokusi się o atak na prestiżowe cele głęboko na terytorium Federacji Rosyjskiej. Mogą to być zarówno budynki rządowe, obiekty wojskowe (siedziby sztabu, lotniska), jak przemysłowe (zakłady zbrojeniowe) czy kolejowe (zniszczenie przepraw i mostów). Pomijając wymiar praktyczny, korzyścią w tym przypadku będzie rozbicie putinowskiego mitu „zwycięskiej wojny”.

* Niespokojny czas w polityce wewnętrznej Ukrainy. Trwający konflikt polityczny. Trudne reformy. Niebezpieczne dla Zełenskiego i całego kraju przemęczenie. Więcej szans na zmianę sytuacji może już nie być stąd konieczna jest duża mobilizacja.


Kaukaz

Przekonany jestem, że także w tym roku dojdzie do kolejnej odsłony konfliktu pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. Szczególnie, że okazją ku temu może być zaangażowanie Iranu w bliskowschodnią wojnę oraz tarcia z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Samo już tylko rozlanie się izraelsko-palestyńskiej wojny jest wystarczającym powodem dla Turcji, do próby poszerzenia strefy wpływów. Ankara już teraz obecna jest w Syrii i Iraku, dlatego może ze swobodą operować przeciwko Kurdom. Jednakże uzyskanie korytarza Zangezur, łączącego Turcję i Nachiczewan z Azerbejdżanem jest spełnieniem marzeń Recepa Erdogana o budowie unii turańskiej, czego ani on, ani Ilham Alijew nie kryją.

Czy można sobie wyobrazić lepszą ku temu okazję, niż toczący się pod bokiem konflikt, mogący przebudować regionalny układ sił? Okazja wydaje się idealna. Pytanie, czy kalkulacje te nie okażą się mylne, gdy Teheran wyjdzie z opresji obronną ręką, a następnie zwróci oczy ku północy szukając rewanżu? A być może, w ogóle będzie zdolny do równoczesnego toczenia bojów na kilku frontach. Wszak z Armenią graniczy bezpośrednio, ale do walk w Syrii i Libanie używa oddelegowanych do tego celu Sił Kuds, jednostki specjalnej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, oraz lokalnych organizacji.

Warto popatrywać także na sytuację w sąsiedztwie Armenii. W Gruzji odbędą się wybory parlamentarne (październik), które mają szansę na zmianę prorosyjskiego rządu, na bardziej prozachodni. Tym bardziej, że Federacja Rosyjska pozostaje osłabiona zaangażowaniem na Ukrainie, a wydarzenia na świecie nabierają tempa. Nie wspominając nawet o wpływie konfliktu o Zangezur, co będzie miało bezpośrednie przełożenie także na gruzińskie społeczeństwo.

To, co dzieje się na Bliskim Wschodzie ma też przełożenie na zamieszkałe przez muzułmanów republiki Północnego Kaukazu. W sytuacji, w której władza centralna słabnie, angażując wszystkie dostępne siły w wojnę, lokalne służby mają spore trudności w opanowaniu nastrojów. Gdyby kłopoty Kremla uległy pogłębieniu, albo coś stało się z samym Władimirem Putinem, Ramzan Kadyrow może być jednym z pierwszych watażków chcących wybić się na samodzielność, a przy okazji skonsolidować muzułmańskich braci z sąsiednich republik.

Prognoza:

* Kolejna odsłona konfliktu Armenii i Azerbejdżanu, prowincja Sjunik, korytarz Zangezur, z opcją rozlania się na region

* Rosnące prawdopodobieństwo konfrontacji Iranu z Turcją i Azerbejdżanem

* Możliwa dalsza destabilizacja Kaukazu Północnego, a w skrajnym przypadku emancypacja spod wpływów Moskwy (w razie śmierci lub zniknięcia Władimira Putina).


Bliski Wschód

Grafika: Biblioteka Kongresu USA / domena publiczna

Patrząc na bliskowschodni konflikt nie widzę powodów do optymizmu. Za nierealne uznaję trwałe zawieszenie broni w Gazie. Przeciwnie, mimo pojedynczych pauz, uważam że Tel Awiw zechce zająć całą Strefę Gazy, a następnie przejść do jej okupacji, która w założeniach ma być z czasem redukowana, w miarę jak zarząd administracyjny przejmować będą władze Autonomii Palestyńskiej, lub wyznaczeni do tego zadania cywile. Cel jakim jest całkowite wyeliminowanie Hamasu z tego terytorium, nie będzie podlegał negocjacjom. Z tego powodu nie wierzę w skuteczność jakichkolwiek rezolucji ONZ, zanim Tel Awiw sam nie uzna sprawy za zamkniętą.

W tym samym czasie spacyfikowane zostaną wszelkie niepokoje rodzące się na Zachodnim Brzegu. Następnie, władze Izraela zdecydują się moim zdaniem na starcie z Hezbollahem oraz proirańskimi milicjami w Syrii. Otwartym pozostaje pytanie kiedy i w jaki sposób to nastąpi. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada moim zdaniem intensyfikację ataków ze strony wymienionych organizacji, oraz dołączanie się do walki przez kolejne grupy terrorystyczne. Arabska ulica może rozchwiać sytuację na tyle, aby włączenie się do pełnoprawnej walki przez Hezbollah i kontrolowane przez Iran grupy stało się atrakcyjne, ale to nie będzie jedyny powód.

Istotne znaczenie ma też osoba premiera Benjamina Netanjahu. Społeczeństwo domaga się rozliczeń, a Netanjahu obwiniany jest za dopuszczenie do masakry 7 października. Tak długo, jak kraj jest w stanie wojny, może liczyć na pozostanie u jego steru. Stąd istnieje ewentualność, że dążyć będzie do dalszych starć z kolejnymi przeciwnikami w rodzaju Hezbollahu czy Iranu. Jednakże nawet jego odwołanie, nie musi powstrzymać dalszej eskalacji, ponieważ żądza rewanżu pozostaje wśród izraelskich polityków nadal bardzo silna.

Kolejną kwestią mającą zasadniczy wpływ na przyszłość region są działania Teheranu. Uważam, że w 2024 roku Iran wyprodukuje ładunek jądrowy pozwalający na użycie go w używanych od dawna rakietach balistycznych. Broń ta stanie się dla ajatollahów gwarancją bezpieczeństwa. A to zrodzi szereg poważnych następstw.

Po pierwsze, po zakończeniu operacji w Gazie, Izrael może czuć się na tyle zagrożony, aby dokonać prewencyjnego uderzenia na irańskie instalację atomowe. To automatycznie uruchomi konflikt na granicy z Libanem i Syrią, o co Teheran zadba jako formę szeroko rozumianej „samoobrony”. Po drugie, fakt pozyskania broni jądrowej przez Iran doprowadzi do jej proliferacji w regionie. Podobne narzędzie zechcą uzyskać Saudowie, a być może także Turcja i np. Egipt.

To uprawdopodabnia scenariusz, w którym do lotniczego ataku na Iran dołączą Stany Zjednoczone. US Navy jest już na miejscu, walcząc z atakami Hutich na Izrael i statki handlowe płynące w kierunku Suezu. Pytanie czy będzie on skuteczny? Moim zdaniem szanse na to mogą być relatywnie nieduże. Ajatollahowie są dobrze przygotowani, posiadają umocnione, wydrążone głęboko pod ziemią instalacje odporne na tego rodzaju zagrożenia.

Stąd logiczny wniosek, że Teheran zechce zakończyć konflikt poprzez demonstracyjny test – eksplozję jądrową na poligonie. Ewentualnie, taka próba może zostać wykonana prewencyjnie, po to by zniechęcić do ataku. Niezależnie od tego jak potoczą się wydarzenia, będzie bardzo nerwowo.

Reasumując. Konflikt izraelsko-palestyński ma duże szanse na rozlanie się w regionie. Realnym zagrożeniem jest przeniesienie go na terytorium Libanu i Syrii. Możliwe, że sabotuje on jemeński proces pokojowy, z uwagi na zaangażowanie Hutich w ostrzał Izraela i nękanie frachtu. Dodatkowo, realna jest bezpośrednia, choć ograniczona, konfrontacja pomiędzy Izraelem i USA a Iranem.

Użycie broni jądrowej w celach wojskowych pozostaje raczej mało prawdopodobne, ale jej posiadanie bardzo wiele namiesza w regionalnym układzie sił. Co więcej, pożar na Bliskim Wschodzie doprowadzi do perturbacji w łańcuchu dostaw i wzrostu cen surowców, a te mogą wepchnąć wiele państw w recesję. Zaangażuje też potencjał Zachodu, w tym Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Grecji, co negatywnie odbije się na Ukrainie, choć z drugiej strony zatrzyma pomoc wojskową Iranu dla Rosji.

Destabilizacja regionu, spowoduje kolejną falę migracyjną, a także przyczyni się do narastania propalestyńskich protestów ludności muzułmańskiej przebywającej w krajach zachodniej Europy. Razem z radykalizacją postaw, zwiększy się zagrożenie terrorystyczne.

Prognoza:

* Iran najpewniej pozyska taktyczną broń jądrową, a w odpowiedniej chwili ujawni tę informację światu przeprowadzając próbne odpalenie. Jej posiadanie stanowić ma polisę ubezpieczeniową, a nie narzędzie zagłady Izraela. Otworzy to trudny do powstrzymania proces proliferacji broni jądrowej.

* Izrael dokończy podbój Strefy Gazy, którą następnie zacznie okupować starając się osadzić w roli administracji przedstawicieli Autonomii Palestyńskiej. Spacyfikuje też Zachodni Brzeg, oraz przygotuje kampanię przeciwko Hezbollahowi oraz proirańskim milicjom. Jej rozpoczęcie i skala, uzależnione będą od reakcji świata arabskiego oraz szeregu wydarzeń w regionie.

* Konflikt czasowo wyłączy żeglugę przez Morze Czerwone, a w razie dalszej eskalacji także wschodnie Morze Śródziemne i Zatokę Perską. To przełoży się na wzrost cen surowców oraz zachwieje łańcuchami dostaw, co w rezultacie wepchnie wiele gospodarek w recesję.

* Zaangażowanie się państw Europy w kryzys na Bliskim Wschodzie, negatywnie odbije się na sprawie ukraińskiej, która straci na znaczeniu, przez co tkwienie w stanie wojennego zawieszenia stanie się dłuższe i trudniejsze do przełamania.

* Rozlanie się konfliktu oznacza wzrost fali migracyjnej oraz radykalizację postaw ludności muzułmańskiej, także tej zamieszkującej kraje Europy. W związku z tym zwiększy się ryzyko wystąpienia brutalnych protestów, oraz zagrożenie terrorystyczne.


Afryka

Grafika: Mapa historyczna – XX w. / NCpedia.org / Domena publiczna

Największym problemem kontynentu jest sytuacja w Sahelu. Postępująca destabilizacja tego regionu nie jest niczym nowym (czytaj „Kalifat Sahelu”). Jednakże razem z ubiegłorocznym wypchnięciem z tej strefy Francuzów, zastąpionych przez rosyjskich najemników, kolejne rządy obalane są przez wojskowe dyktatury, co osłabia struktury państwowe i prowadzi do rozrostu islamistycznych bojówek. W tej chwili przekroczony został już punkt krytyczny, w którym władze w Mali, Burkina Faso i Nigrze utraciły zdolności do samodzielnego opanowania sytuacji.

Postępująca anarchia, jeśli nie zostanie powstrzymana, doprowadzi do kolejnych wojen religijnych połączonych z czystkami etnicznymi. Sahel jest bowiem pograniczem między światem muzułmańskim a chrześcijańskim. Strach o własne życie, fatalne warunki humanitarne sprowokują ludzi do ucieczki, a wobec tego kolejnej dużej fali migracyjnej uchodźców zmierzających ku Europie.

Rosnące w siłę grupy islamistyczne (m.in. także Al-Kaida) przejmują coraz to większe terytoria, wykorzystując biedę ludności tego obszaru, w połączeniu z brakiem perspektyw życiowych. W czasie od kilku do kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się odrodzenia Państwa Islamskiego (IS) pod postacią afrykańskiego Kalifatu, tym bardziej, że jego część stanowią niedobitki IS zbiegłe z Lewantu. Ma też tę samą „centralę” i jej wsparcie. Podobnie jak wtedy, agenci czarnego sztandaru ruszą do Europy po wsparcie, które uzyskać mogą dokonując widowiskowych zamachów terrorystycznych. Tak migracja jak i akty terroru będą miały bezpośrednie przełożenie na wyniki europejskich wyborów, w tym do Parlamentu Europejskiego.

Warto zauważyć, że junty wojskowe, które przejęły władzę w państwach regionu, opierają się na najemnikach grupy Wagnera, a dowództwo nad nimi przejęli oficerowie Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Nie są to jednak jednostki mogące poradzić sobie z sytuacją, a ich efektywność opiera się głównie na utrzymywaniu rebeliantów u władzy. Co więcej, straty wśród najemników rosną, a plotka głosi, że polowania na nich urządza ukraińskie SBU. Piszę o tym, żeby zwrócić uwagę na fakt, że wpływy rosyjskie w Afryce choć rozbudowywane, będą też aktywnie zwalczane. Jest to jeden z elementów przesądzających o tym, dlaczego np. Francja pozostanie na razie na pozycjach geopolitycznego przeciwnika Rosji.

Sahel leży w zakresie zainteresowania Stanów Zjednoczonych, a także państw południa Europy. Bez dużej interwencji wojskowej sytuacji nie uda się ustabilizować. Jak pokazuje historia, prawdopodobnie nastąpi ona po faktycznym powstaniu Kalifatu, a więc bliżej roku 2025, jednakże warto mieć na uwadze, że jest to kolejny region, który zaabsorbuje część uwagi i zasobów Zachodu.

Prognoza:

* Sahel ulegnie dalszej destabilizacji, połączonej ze wzrostem aktywności islamistycznych bojówek. To oznacza jedną, wielką wojnę, która rozleje się też na państewka Zatoki Gwinejskiej oraz Afrykę Zachodnią.

* Niewiele brakuje do powstania Islamskiego Kalifatu. Następuje wielkie rozchwianie, walka frakcji i upadek struktur państwowych, a to wszystko prócz wojny, przyniesie też kolejną falę migracyjną uchodźców zmierzających do Europy. A z nią terroryzm.

* Sahelska wojna odciągnie część uwagi Francji, Hiszpanii, Włoch i USA od wydarzeń w innych regionach. Stanie się też przedmiotem targów w Unii Europejskiej i może wpłynąć na wynik wyborów do jej Parlamentu.


Unia Europejska

Grafika: Pixabay.com

To będzie trudny rok dla Europy. Lata bierności i cedowania polityki bezpieczeństwa na Stany Zjednoczone skończyły się absolutnym nieprzygotowaniem Starego Kontynentu do mierzenia się z wyzwaniami. Nie chodzi tylko o sam nieprzygotowany do pilnych zbrojeń przemysł, czy skarlałe armie. Problemem jest różnica w postrzeganiu stopnia i źródeł zagrożenia przez poszczególnych członków wspólnoty, a co za tym idzie, odmienna skala przyjmowania ciężarów i determinacji w radzeniu sobie z kryzysem. Porozumienie utrudnia fakt istnienia kryzysu wewnętrznego i prób reformy opartych o dalszą, postępową federalizację.

Trwa pełzające poszerzenie traktatowych uprawnień organów wspólnotowych, czy to poprzez ingerencję w niepodlegający europejskiej jurysdykcji porządek prawny państw, czy też arbitralne wstrzymywanie wypłat funduszy należnych poszczególnym członkom. Z drugiej strony, sposób zarządzania wieloma działaniami UE poprzez jednomyślność Rady, czynią ją mało responsywną na dynamicznie zmieniające się okoliczności.

Reformy są konieczne, a od nowego traktatu nie da się uciec. Choćby dlatego, że wymagać tego będzie kolejna faza rozszerzenia o nowe państwa członkowskie, odległa najwyżej o kilka lat.

Tak się składa, że na czerwiec tego roku przypada termin wyborów do Parlamentu Europejskiego. W miarę rozwoju prawa wspólnotowego, instytucja ta zyskiwała na znaczeniu. Poza Radą Europejską wybierającą komisarzy, to od układu sił wśród deputowanych zależeć będzie skład przyszłej Komisji Europejskiej, w tym kto będzie jej przewodniczył. Obecna, pod kierownictwem Urszuli von der Leyen, kończy kadencję 31 października 2024 roku. Otaczające Europę ze wszystkich stron konflikty będą miały swoje przełożenie na wynik elekcji. Szczególnie, w przypadku wzmożenia fali migracyjnej i zagrożenia terrorystycznego, które premiować będą zachodnioeuropejskie partie antyimigranckie. Na nasze nieszczęście, są to często formacje o pogląd prorosyjskich. Przekonany jestem, że zgodnie z ostatnimi tendencjami, partie starej socjaldemokracji zanotują gorsze wyniki, a ich kosztem głosy zyskają siły skrajne. W poprzednich wyborach furorę zrobili Zieloni. Kto zyska najwięcej w tym roku?

Faktem jest, że polaryzacja poglądów prowadzi do niemożliwego dylematu. W którą stronę mają iść reformy? Państw narodowych czy większej integracji? Może się okazać, że ten dylemat będzie nierozstrzygalny i dojdzie do faktycznego podziału wspólnoty, na dwie strefy. Tymczasem paraliż instytucji wspólnotowych, oraz wzniecanie niepokojów społecznych, mogących wynieść do władzy polityków o skrajnych poglądach, będzie priorytetem prowadzonej przez Rosję operacji dezinformacyjnej.

Prognoza:

* Wybory do Parlamentu Europejskiego mogą przynieść sukces partiom antyestablishmentowym i uznawanym za skrajnie prawicowe lub eurosceptyczne. Taki trend dało się zaobserwować w ostatnich miesiącach w plebiscytach krajowych. To oznacza, że polityka UE może ulec zmianie, w tym przede wszystkim plany jej dalszej reformy. Dotychczas, duża koalicja od chadeków po socjalistów była w stanie marginalizować pozostałe grupy, ale lewica wyraźnie słabnie.

* Wybory wyłonią także nową Komisję Europejską, co nie będzie procesem ani łatwym, ani szybkim. To oznacza, że końcówka roku zastanie Unię Europejską zajętą samą sobą, w sytuacji gdy ważyć się będą losy Stanów Zjednoczonych oraz dalszego wsparcia Ukrainy, a być może także wojen na Bliskim Wschodzie i Sahelu.

* Europa poddana będzie presji migracyjnej i wzmożonemu zagrożeniu terrorystycznemu. Prawdopodobnie pojawią się też liczne protesty społeczne związane z wydarzeniami na świecie. W takich warunkach szalenie niebezpieczną pracę wykonywać będzie kreowana przez Rosję dezinformacja, mająca wzmagać poczucie zagrożenia i chaos.


Polska

Grafika na podstawie: Pixabay.com

Tradycyjnie na koniec zostawiam sobie omówienie perspektyw dla Polski. Poruszyłem już kilka dotyczących nas kwestii, jak rozwój sytuacji na Ukrainie oraz spodziewane działania Federacji Rosyjskiej, dlatego nie zamierzam się o tym ponownie rozpisywać. Nie grozi nam w tym roku otwarta wojna z Rosją, jednak wyzwania jakie postawi przed nami świat zewnętrzny wymagać będą od decydentów bardzo dobrego rozeznania w sytuacji, pragmatyzmu, a także odwagi. To nie jest czas dla ignorantów. Uważam, że zbrojenia będą kontynuowane, zacieśnimy też współpracę wojskową ze Skandynawią i unormujemy relacje z Ukrainą.

Pozwolę sobie na małe ostrzeżenie. Nie stać nas też na wstrzymanie strategicznych inwestycji w rodzaju Centralnego Portu Komunikacyjnego czy budowy elektrowni jądrowych i mam nadzieję, że rząd premiera Tuska ostatecznie nie ulegnie populistycznym podszeptom żądającym ich zaniechania (zwłaszcza tego pierwszego).

Rząd musi dysponować rozwiniętym ośrodkiem decyzyjnym, który będzie miał oparcie w zespole analitycznym na bieżąco obserwującym i analizującym wydarzenia na świecie, oraz zespole doradców mogących błyskawicznie przekuć je na proponowane rozwiązania. Ważne także, aby panować nad narracją i konstruować proste, czytelne dla wszystkich komunikaty. Kontrola nastrojów społecznych i włączenie obywateli w system odporności państwa są konieczne do przezwyciężenia wyzwań kreowanych przez wojnę informacyjną i dezinformację, jakiej podda nas Rosja i jej agentura. Uważam, że próby budowy takiego systemu będą podejmowane przez rząd i służby.

Polska pełni rolę lidera w Europie Środkowo-Wschodniej i uważam, że kurs ten utrzyma także w przyszłym roku. Być może naiwnie (albo kontrowersyjnie) uważam, że Warszawa pozostanie asertywna w stosunku do Berlina próbującego wypchnąć nas z tej roli. Interesy Niemiec i Polski są sprzeczne. Jednocześnie, spodziewam się ożywienia w relacjach Trójkąta Weimarskiego. Obawiam się wpisania polskiego rządu w nurt europejskich federacjonistów, choć nie uważam tej sprawy za przesądzoną.

Mój największy niepokój budzi nasza klasa polityczna. Rozumiem złożoność obecnej sytuacji prawno-politycznej ale powinniśmy za wszelką cenę unikać działań osłabiających sprawność państwa polskiego i jego instytucji. Nie można w tej chwili stosować polityki czystek, rozbijających struktury niskiego i średniego szczebla, które niszczą pamięć instytucjonalną, oraz nieprzemyślanymi ruchami pogłębiać dualizm, albo co gorsza anarchię prawną. Kryzys ustrojowy jest teraz ostatnim czego potrzebujemy.

Myślę, że go niestety nie unikniemy. To z kolei obniży poziom bezpieczeństwa kraju i narazi nas na bolesne straty (vide zagrożenie hybrydowe).

Prognoza:

* Obawiam się narastającego chaosu wewnętrznego, który zdominuje nasze życie w pierwszych miesiącach nowego roku, a które powodowane będzie próbą przejmowania instytucji przez nową władzę. Nie chodzi o sam fakt takiego przejęcia, który następował zawsze w III RP, ale nieprzemyślany sposób prowadzący do dualizmu i anarchii prawnej. Skutkiem będzie osłabienie bezpieczeństwa państwa.

* Rozstrzygnie się los strategicznych inwestycji w rodzaju CPK i EJ. Jakiekolwiek opóźnienie tych projektów będzie miało dla naszego kraju opłakane skutki.

* Oczekuję, że w sytuacji pogłębiającego się zagrożenia na naszych granicach, Polska nawiąże bliską współpracę z państwami Skandynawskimi oraz unormuje relację z Ukrainą. Odżyje Trójkąt Weimarski.

* Zagrożeniem pozostaną dla nas: wojna hybrydowa, dezinformacja, atak na infrastrukturę krytyczną, presja migracyjna, agentura oraz destabilizacja ustrojowa. Nie ma mowy o żadnych bezpośrednim konflikcie z Rosją.

* Polska stoi przed ważnym wyborem. Jaką pozycję przyjąć w Unii Europejskiej – opowiedzieć się za federalizacją, czy też pozostać przy niezależności? Pod koniec roku może się okazać, że nasza sytuacja geopolityczna ulegnie pogorszeniu, z uwagi na osłabienie Stanów Zjednoczonych, a co za tym idzie także NATO, na których opieramy własne bezpieczeństwo. Czy jesteśmy na to gotowi?


Powyższe przewidywania nie są proroctwem, a jedynie próbą przewidzenia przyszłości w oparciu o dostępne wszystkim dane. Stanowią dla mnie możliwość szlifowania zmysłu analitycznego bez obaw o pomyłkę. Są rozwijające. Mam nadzieję, że moje przemyślenia Was zaciekawiły. Za dwanaście miesięcy przekonamy się na ile były trafne.


Niniejsza strona jest wspierana przez Patronów.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ

Możesz też postawić mi kawę: buycoffee.to/globalnagra

4 komentarze

terka · 2024-02-13 o 18:04

jest to interesujące ponieważ rozpoczynając czytanie owego artykułu zweryfikowałem prognozę na 2023 i niewiele się sprawdziło 🙂 – teraz nie wiem czy jest to sens czytać…

    Filip Dąb-Mirowski · 2024-02-14 o 12:49

    Co się sprawdziło, a co nie – jest w podsumowaniu 2023. Ze wcześniejszych prognoz, polecam tę na 2022 rok.

Jan · 2024-01-29 o 12:03

Unia nie „tupnie nogą”, bo nogą ma wiele i jazda chodzi swoimi drogami. UE to zbiór państw, które mają wiele wspólnych interesów, ale mają też interesy odmienne, a nawet sprzeczne. Hiszpania nie odczuwa zagrożenia że strony Rosji, a los Ukrainy jest jej obojętny. My niezbyt interesujemy się losem Sahary Zachodniej. Dla nich to jest bliskie sąsiedztwo, a nie Ukraina, Białoruś, czy Moldawia. To jest normalne. My w ramach UE mamy swoje interesy, a każdy kraj ma swoje. Hiszpanie i Włosi nie upilnują morskich granic i Afrykanie będą do nich przypływać. To nie ich wina. Ich marynarki wojenne są dużo potężniejsze od naszej i lepiej zorganizowane. Nawet Amerykanie nie potrafią upilnowac boat people przypływających x Karaibów. W interesie Hiszpani i Włoch jest podesłać nam trochę boat people, bo to łatwiejsze, niż polowanie na pontony na otwartym morzu…

Tomek · 2024-01-01 o 21:03

UE musi wreszcie tupnać nogą i przestać wpuszczać ludzi z Afryki. Bo jak tego nie zrobi, to za kilkanaście lat będziemy tu mieli druga Afrykę, gospodarka runie, bezpieczeństwa nie będzie.

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *