Polska bez USA – pora dorosnąć

USA redukują obecność wojskową w Europie zaczynając od Polski. Czy poleganie Warszawy na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa okazało się strategicznym błędem?


20-05-2026


Po wielu dniach chaosu informacyjnego w końcu mamy pewność.

Ustami swojego rzecznika, Seana Parnella, Pentagon poinformował o zredukowaniu liczby europejskich brygadowych zespołów bojowych, z czterech do trzech. Decyzja ta doprowadziła do wstrzymania rotacji będącej w trakcie przerzucania do Żagania 2. Brygady Pancernej (1. Dywizja Kawalerii), która zastąpić miała poprzednią, szykującą się do powrotu zmianę (3. Brygadę Pancerną). Formalne przekazanie obowiązków między jednostkami odbyło się 1 maja. Oznacza to, że liczba amerykańskich żołnierzy na polskiej ziemi, z końcem maja zmniejszy się o prawie połowę (ok. 4200 ludzi). Od lutego 2022 roku stacjonowały u nas dwie ABCT, co związane było z pełnoskalową inwazją na Ukrainę.

Według Parnella, decyzję podjęto w drodze „kompleksowego i wielowarstwowego procesu”. Jego złożona natura przełożyła się na „tymczasowe opóźnienie rozmieszczenia sił USA w Polsce, która jest modelowym sojusznikiem USA”. Sekretarz Wojny Pete Hegseth był nieco mniej dyplomatyczny. W rozmowie telefonicznej miał zapewnić ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza, że USA zachowają „silną obecność wojskową” w Polsce, sugerując jednocześnie, że nasz kraj jest zdolny i zdeterminowany do własnej obrony, z której to postawy pozostali sojusznicy powinni brać przykład. Polski minister podkreślił zaś, że będą prowadzone dalsze „konsultacje”. Głos w sprawie zabrał także wiceprezydent JD Vance. Zapytany przez dziennikarzy potwierdził, że rotacja została wstrzymana, ale ostateczne decyzje w sprawie rozlokowania żołnierzy jeszcze nie zapadły. Podkreślił, że oddziały mogą trafić do innych lokalizacji.

W tym czasie nasi politycy dziękowali USA, zapewniając równocześnie o swoim oddaniu, a obywateli uspakajali, że tak naprawdę mamy do czynienia tylko z chwilową przerwą. Komu więc wierzyć? O ile można mieć pretensję o standardowo chaotyczną komunikację ze strony polskiego rządu i wzajemne obrzucanie się pretensjami z pałacem prezydenckim, o tyle to nie Warszawa stanowi źródło problemu. Tak samo zaskoczeni byli amerykańscy żołnierze, z których część (razem z ponad połową sprzętu) zdążyła już przylecieć do Polski. W pierwszych godzinach po publikacji portalu defensenews.com (który ujawnił wstrzymanie rotacji w dniu 14/05), mało kto w Waszyngtonie potrafił odpowiedzieć na pytanie, co się tak naprawdę dzieje, szczególnie że prezydent razem z najważniejszymi sekretarzami przebywał w tym czasie w Pekinie. Zaskoczeni byli zasiadający w Kongresie Republikanie, a nawet niektórzy dowódcy wojskowi. Pierwsze potwierdzenie otrzymaliśmy wcale nie z Białego Domu, tylko Kapitolu.

W do bólu szczerej wypowiedzi przed komisją (HASC) w Izbie Reprezentantów, p.o. szefa sztabu U.S. Army gen. Christopher C. LaNeve przyznał, że dowództwo podjęło decyzję o wstrzymaniu rotacji w ciągu „ostatnich dwóch tygodni”, po otrzymaniu polecenia od sekretarza Hegsetha nakazującego głównodowodzącemu sił amerykańskich w Europie, gen. Alexusowi Grynkevichowi, redukcję obecności wojskowej. Padło na „polską” ABCT ponieważ było to rozwiązanie szybsze i prostsze, od wycofania oddziałów na stałe stacjonujących w Niemczech, gdzie przebywają wraz z rodzinami. Zapytany wprost o komunikację z Warszawą, gen. LaNeve nie wiedział czy Polacy zostali poinformowani. Przesłuchujący go kongresman Don Bacon nie krył oburzenia, odpowiadając:

„A ja wiem, że nie zostali, ponieważ zadzwonili do mnie z pytaniami!”

Powinniśmy uważnie wsłuchiwać się w te słowa, ponieważ przeczą one twierdzeniom o planowanym i przemyślanym charakterze zmian. W pierwszych komentarzach polscy decydenci zapewniali nas, że chodzi tylko o wycofanie oddziałów z Niemiec, sugerując ich przesunięcie do Polski. Nadal jednak nie otrzymaliśmy oficjalnego potwierdzenia ze strony Pentagonu. Gdyby nawet taki ruch nastąpił, jego przygotowanie zajmie co najmniej kilka miesięcy, podczas których amerykańska obecność będzie ograniczona. Jak zwrócił uwagę były szef BBN Jacek Siewiera, w ubiegłych latach dochodziło do podobnych sytuacji, ale Polakom przeważnie udawało się skłonić partnerów do zastanowienia i dostosowania planów. Być może w ostatecznym rozrachunku Warszawie uda się na obecnej sytuacji coś ugrać. To jednak nie powinno nas uspokajać.

Zeznania gen. C. LaNeve przed komisją Izby Reprezentantów. 15.05.2026. Źródło: C-SPAN

Pewnie istnieje jakieś uzasadnienie dla tak gwałtownych decyzji. Brak przemieszczenia nowej zmiany i wycofanie starej, to „zysk” dla sztabowych planistów pod postacią ok. 9 000 żołnierzy sił lądowych. Można ich przerzucić w dowolny inny punkt globu, gdzie realizować będą aktualnie potrzebne zadania. Czy to w Ormuzie, czy na Grenlandii. Na łamach Wirtualnej Polski zasugerowano inny, bardziej prozaiczny powód. Miało chodzić o kwestie budżetowe i wymuszone złą finansową cięcia (zbyt duży koszt pilnowania granicy z Meksykiem). Nie do końca wierzę w takie wytłumaczenie, ponieważ polscy podatnicy dopłacają 15 000 USD rocznie do każdego amerykańskiego żołnierza, ponosząc bezpośrednie koszty ich obecności. Niezależnie od tego jaki był prawdziwy powód wstrzymania ABCT, dla niniejszych rozważań nie ma on znaczenia.

Ważne, że pod wpływem impulsu USA z dnia na dzień, bez jakiegokolwiek przygotowania czy konsultacji, złamały podjęte wcześniej zobowiązania wobec jednego z najwierniejszych sojuszników.

Znamiennym jest, że transakcyjna polityka „America First” dotyka najbardziej oddanego europejskiego sojusznika, a nie Hiszpanii, Włoch czy Niemcy, które amerykańskie działania krytykują, a jednocześnie nie są krajami frontowymi. Co gorsza, wbrew dominującemu w naszym kraju przekonaniu, idące w miliardy dolarów zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego, nie gwarantują uprzywilejowanej pozycji w relacji z Waszyngtonem. Przeciwnie, wykorzystywane są jako narzędzie politycznej presji. Decyzję o wstrzymaniu dyslokacji brygady do Polski musimy więc postrzegać nie jako będący wypadkiem przy pracy incydent, ale kolejne z długiego ciągu wydarzeń, które każą wątpić w rzetelność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.

*

W moim odczuciu, nadmierne doszukiwanie się wielopoziomowej, wielkiej strategii w działaniach Białego Domu, zwyczajnie mija się z celem. Długofalowe założenia przeważnie niweczone są przez fatalną realizację i brak profesjonalizmu. Najlepszym przykładem złego przygotowania jest odrzucona przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych polityka celna, czy naruszająca prawo działalność ICE, która zniweczyła pozytywny odbiór walki z nielegalną migracją. Pojedyncze sukcesy na arenie międzynarodowej, jak ten związany z uprowadzeniem Nicolasa Maduro, niewiele w tym obrazie zmieniają. Zauważmy, że ten drugi należy przypisać armii, a nie politykom.

Broniąc decyzji o ataku na Iran, Waszyngton argumentował, że blokada cieśniny Ormuz dotyka przede wszystkim Chiny, a odpowiedzialność za jej udrożnienie spada na sojuszników. Ci jednak odmówili zaangażowania się w amerykańsko-izraelską wojnę, co posłużyło Trumpowi za bezpośredni argument przemawiający za redukcją obecności wojskowej w Europie. Tymczasem chińskie rezerwy surowcowe i rozbudowana elektromobilność pozwoliły nie tylko maksymalnie ograniczyć negatywny wpływ zmniejszonego importu, ale także wesprzeć interwencyjnymi dostawami paliw najbardziej cierpiące państwa Azji, przede wszystkim amerykańskich sojuszników – Wietnam, Australię i Filipiny. Co prawda, Waszyngton zwiększył dostaw do Azji, ale był w tej reakcji istotnie spóźniony. Taką samą dezynwolturę Amerykanie demonstrują dziś w stosunku do Warszawy. Pytanie, kto zechce wykorzystać ich niefrasobliwość do rozbudowy własnych kontaktów z Polską? Jedno jest pewne, erozja amerykańskiego wizerunku w oczach Polaków jest coraz głębsza.

Antagonizowanie sojuszników jest polityką nie mającą sensu. Biały Dom chciał wychodzić z pozycji siły, narzucając grę innym, także kosztem najbliższych partnerów, trudno jednak mówić o szczególnych sukcesach tej strategii. Donald Trump miał przybyć do Pekinu w laurach zwycięzcy nad Teheranem, wzmocniony dźwignią wojny celnej. Tymczasem mimo przełożenia terminu, ostatecznie pojechał bez żadnego z tych argumentów, a w dodatku usłyszał z ust Xi Jinpinga komentarz o „słabnącej hegemonii”. Mimo cesarskiego przyjęcia, do żadnego przełomu nie doszło, a dalsze negocjacje odbędą się dopiero na jesieni. Niewielkim pocieszeniem były chińskie obietnice podpisania nowych kontraktów handlowych, bowiem na płaszczyźnie strategicznej pozostają one bez znaczenia. Krótko później Xi Jinping spotkał się Władimirem Putinem, po raz kolejny podkreślając, że amerykańskie marzenia o tzw. odwróconym manewrze Kissingera, pozostają mrzonką. Rosji od Chin nie da się odwrócić.

Nie da się jednak ukryć, że reorganizacja amerykańskiej obecności wojskowej ma swoje konkretne podstawy. Pomijając Donalda Trumpa mówiącego o „bezużytecznym NATO”, z punktu widzenia planowania strategicznego, redukcja sił wojskowych w Europie związana jest ze zmianą priorytetów amerykańskiej polityki. Opublikowana pod koniec 2025 roku Strategia Bezpieczeństwa Narodowego (NSS) czarno na białym informowała, że amerykańska obecność na kontynencie będzie redukowana na rzecz przejmowania odpowiedzialności przez Europejczyków. Logiczne więc, że rolę obrońców przejmować powinni najsilniejsi z nich. Priorytetem stała się zachodnia półkula, ale w dłuższym okresie najważniejszy dla Waszyngtonu jest Pacyfik, o czym mówił jeszcze prezydent Obama. Skąd więc zaskoczenie? Z fatalnego wykonania. Biały Dom po raz kolejny wywołuje pożar, który musi następnie gasić.

Działając w tak nieodpowiedzialny sposób Amerykanie systematycznie podkopują własną pozycję międzynarodową. W dodatku mocniej niż mogłyby to zrobić konkurujące z nimi mocarstwa. Prawdę mówiąc, wystarczy aby ich przywódcy zachowali powściągliwość, pozwalając Waszyngtonowi na popełnianie kolejnych błędów, aby rozbicie szeroko pojętego sojuszu Zachodu stało się faktem. Gdzie dochodzimy do sedna problemu.

Obiektywne osłabienie amerykańskich zdolności wojskowych, stanowi mniejsze zagrożenie niż postępująca inflacja kompetencji i gwarancji sojuszniczych. Polska ma wystarczająco dużą armię, aby wycofanie 4 200 amerykańskich żołnierzy nie stworzyło wyrwy w naszej obronie. Najważniejsze jest bowiem powiązanie ryzyka, że atak na nasz kraj, oznaczałby atak na USA, niezależnie od tego czy w roli „trip wire” (tzw. potykacza) wystąpi kilka tysięcy, czy kilkuset amerykańskich żołnierzy. Jeśli którykolwiek z nich zginie, USA przystąpią do wojny. Dlatego 800 Amerykanów stacjonuje w Bemowie Piskim, na tzw. przesmyku suwalskim. Na tym opiera się odstraszanie. Niestety ich również może zabraknąć. Polska strategia bezpieczeństwa narodowego, której fundamentem jest amerykańska obecność właśnie zbankrutowała.

Amerykańska obecność nie uchroniła bowiem arabskich sojuszników Waszyngtonu w Zatoce Perskiej przed atakami Iranu. Należy zakładać (choćby z przezorności), że nie uchroni nas przed podobnymi atakami lotniczymi ze strony Federacji Rosyjskiej, gdyby doszło do konfrontacji na wschodniej flance. A postawa administracji w Białym Domu przyspieszającej redukcję obecności w Europie, jedynie to ryzyko zwiększa. Zagrożenie bezpośredniej konfrontacji z Rosją jest realne, pomimo fatalnej kondycji rosyjskiej gospodarki i zaangażowania armii na Ukrainie. Buduje bowiem na Kremlu przekonanie, że w chwili próby Stany Zjednoczone nie staną na wysokości zadania, a NATO nie będzie zdolne do spójnej odpowiedzi. To otwiera okienko możliwości do wykonania szybkiej operacji mającej ustanowić nowy ład bezpieczeństwa na wschodniej flance.

Patrząc na sprawę obiektywnie, brygadowy zespół bojowy zostaje wstrzymany mimo trwającej wciąż wojny, bez poprawy środowiska bezpieczeństwa w regionie, bez przygotowania komunikacyjnego i bez towarzyszącej takiej decyzji demonstracji strategicznej, w rodzaju przerzutu np. dodatkowych sił lotniczych, rakietowych etc., które miałyby wzmocnić efekt odstraszania. Przeciwnie, Donald Trump wielokrotnie kwestionował sojusznicze zobowiązania, a działania administracji potwierdzają, że nie mamy do czynienia z chwilowymi wariactwami, a konsekwentną polityką.

*

Dlaczego więc nasi decydenci nadal pozostają nieprzygotowani? Mieliśmy dość sygnałów ostrzegawczych, aby nie dać się zaskoczyć. Tymczasem zamiast tego, widzę wśród polityków panikę i przejawy magicznego myślenia. Moje największe zniesmaczenie budzi zaklinająca rzeczywistość retoryka, w której zapewniani jesteśmy, że wszystko jest w porządku, której towarzyszy powtarzana wciąż mantra o „najlepszym sojuszniku”. Merdamy ogonem na każdą nic nie znaczącą pochwałę, podczas gdy jesteśmy zwyczajnie oszukiwani i wyłączani z procesu decydującego o naszym bezpieczeństwie. Zarzut ten dotyczy wszystkich naszych decydentów, od lewa do prawa, od Al. Ujazdowskich po Krakowskie Przedmieście.

Gen. C. Mahoney z min. W. Kosiniakiem-Kamyszem i gen. W. Kukułą. Warszawa, 20.05.2026. Źródło: WKK/MON

Przybyły do Polski gen. Christopher Mahoney zapewnił ministra Kosiniaka-Kamysza, że nie ma żadnych decyzji o redukcji „amerykańskiego zaangażowania wojskowego” w Polsce, która jest modelowym sojusznikiem, a inni powinni brać z niej przykład. Tymczasem fakty przeczą tym stwierdzeniom i wmawianie nam, że jest inaczej stanowi obrazę dla inteligencji. Szanujmy się. Waszyngton obiecuje skonsultować z nami reorganizację obecności wojskowej w Europie. Szkoda, że post factum. Czy naprawdę chcemy zawierzyć nasze bezpieczeństwo bałamutnym obietnicom? Liczą się tylko konkrety, a te świadczą na niekorzyść Waszyngtonu.

Po wielu latach opierania się wyłącznie na Amerykanach, jesteśmy dzisiaj od nich w dużym stopniu uzależnieni. Ta strategia miała sens, gdy USA nadal pełniły rolę łagodnego hegemona w ramach Pax Americana. Czasy się jednak zmieniły. Waszyngton od wielu już lat nie ma wystarczających sił i środków aby nadal pełnić rolę globalnego policjanta. Obecnie jest jednak jeszcze gorzej, Donald Trump kwestionuje istniejące zasady i instytucje, aktywnie przyczyniając się do rozbicia światowego ładu. Amerykańska polityka jest dzisiaj często sprzeczna z polską racją stanu, a to oznacza, że nie możemy za nią ślepo podążać. Dalsze bezkrytyczne zawierzanie USA jest nie tylko strategicznym błędem, ale nawet strategiczną naiwnością, na którą nie możemy sobie pozwolić.

Złamanie naszego uzależnienia wymagać będzie lat i żadne gwałtowne ruchy nie mają w tych warunkach sensu. Możemy np. zredukować istniejącą skalę zamówień wojskowych tam, gdzie są one politycznie zawyżone (niestety nie uda się to w przypadku śmigłowców Apache), ale nie możemy z nimi całkowicie zerwać. Potrzebujemy amerykańskich technologii i dostaw. Jednocześnie pierwsze kroki na drodze do dywersyfikacji zostały już wykonane, czy to poprzez budowę autonomicznych zdolności, współpracę w ramach Unii Europejskiej, czy też regionalne sojusze. Ten kurs należy utrzymać. Nie bójmy się wziąć odpowiedzialności za siebie i region.

Zamiast jechać do Stanów Zjednoczonych z kolejną prośbą o pozostawienie dodatkowych żołnierzy, przedstawmy plan budowy indywidualnych zdolności, który Amerykanie mogliby wesprzeć. Domagajmy się autonomii w wykorzystaniu środków do uderzeń dalekiego zasięgu, transferu zdolności serwisowych i wytwórczych, wzmocnienia parasola nuklearnego itp. Miejsca przy stole negocjacyjnym z Białorusią i Ukrainą. Konkretów, a nie obietnic. Jeśli spotkamy się z odmową, asertywnie podchodźmy do kolejnych amerykańskich próśb i propozycji. Zadbajmy o niezależność w strukturach dowódczych i rozpoznaniu. Zacznijmy grać we własnym interesie.

Możemy mieć w ręku wszystkie atuty, a jednak problemem pozostaje mentalność, która z jakiegoś powodu nakazuje nam wiecznie spoglądać na Amerykanów, tak jak dziecko kurczowo ściska rąbek maminej spódnicy. Waszyngton chciałby abyśmy dorośli. Wyraźnie nam to komunikuje. Myślę, że już czas wyjść spod mentalnego klosza.


Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ

Możesz też postawić mi kawę:

buycoffe.to/globalnagra/

suppi.pl/globalnagra/

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *