Ostatnia szarża kawalerii

(c) Grzegorz Jakubowski, źródło Kancelaria Prezydenta RP

W dniu 18 września 2018 roku odbyło się spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z prezydentem Polski Andrzejem Dudą. Wydarzenie było w naszych mediach antycypowane jako sukces polskiego polityka i być może historyczną chwilę, w której to nasz wielki sojusznik odwzajemni afekt i jednoznacznie wzmocni nas tak politycznie jak i wojskowo. Spekulowano o zakupie systemu HIMARS (w ramach programu „Homar”), zablokowaniu NordStream2, zapowiedzi rychłej budowy stałej amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce itp.

 

Tak się jednak nie stało. Piszę to jeszcze zanim pojawiły się jakiekolwiek analizy, zanim poznaliśmy relacje z rozmów w zaciszu gabinetów i zanim szum medialny wykrzywił obraz wydarzeń. Media i politycy budowali napięcie i podtrzymywali społeczne nadzieje, mimo iż jeszcze w ostatnich dniach przed wizytą prezydenccy urzędnicy starali się studzić emocje. Ujawniono, że póki co liczyć można na podpisanie „deklaracji”. To dość kluczowe w dyplomacji słowo i słysząc to sam wyzbyłem się resztek entuzjazmu. Dlaczego? Liczyć na umowy, a otrzymać deklarację, to mniej więcej tyle ile liczyć na romans a usłyszeć „lubię cię ale zostańmy przyjaciółmi”. Niby niewiele się zmienia w status quo, ale jednak najrozsądniej będzie się odkochać. Wystąpienie prezydentów na konferencji po spotkaniu tylko te obawy potwierdziło.

Czemu tak się stało i czyja to wina?

Wydaje się, że strona polska zrobiła bardzo wiele by do całego spotkania podejść możliwie pragmatycznie i profesjonalnie. Zanim do Waszyngtonu przyjechał prezydent Duda, bruki pod Kapitolem szlifował już szef MON Mariusz Błaszczak. Minister Szczerski od miesięcy stawał na głowie by wszystko zapiąć na ostatni guzik. Zresztą na prezydencką wyprawę zabrano jeszcze dwóch innych prezydenckich ministrów i szefa BBN, a do delegacji dołączył też Jacek Czaputowicz. Na zdjęciach z polskiej ambasady widać, że panowie powtarzali plan dyskusji jeszcze przed samą wizytą w Białym Domu. Pomijając rangę spotkania, skąd taka atencja i dbałość o szczegóły? Czy to tylko kwestia wizerunku? Otóż nie. Obecność dwóch rządowych ministrów temu przeczy. Dla mnie cała sytuacja dowodzi jedynie, że faktycznie ktoś z Pałacu przynajmniej stara się zrozumieć i reagować w wymiarze geopolitycznym, bo też sytuacja naszego kraju stała się ostatnio niewesoła. Także za sprawą USA.

Po pierwsze zarówno Donald Trump jak i Angela Merkel są według swoich słów, przygotowani na fakt ukończenia budowy gazociągu Nordstream2. O ile pani kanclerz wyrażała podobne zapatrywania w przeszłości o tyle podobna deklaracja Donalda Trumpa musiała zszokować naszych decydentów. Po drugie, ostatnie przedstawienie priorytetów niemieckiej polityki zagranicznej przez szefa MSZ Heiko Maasa i wyraźne szukanie porozumienia na linii Rosja-Niemcy przy jednoczesnym wypowiedzeniu posłuszeństwa Waszyngtonowi i naszym raczej chłodnym relacjom z Berlinem tylko sytuację pogorszyły. Nagle zauważono, że być może gwarancje bezpieczeństwa oparte na dwóch filarach NATO i Unii Europejskiej mogą nie być wystarczające. Amerykanie są u nas obecni, ale tylko rotacyjnie (dzisiaj są, jutro ich nie ma). Zarówno oni jak i Niemcy kwestionują tak naprawdę relacje w NATO, jedni żądają więcej, drudzy szukają alternatywy (europejskie siły zbrojne). Za niemieckim przykładem podążają Francuzi, z którymi też nie mamy dobrych stosunków. Trójmorze jako przeciwwaga w UE dla franko-germańskiego duopolu jest nadal zbyt słabe, ledwie w wieku niemowlęcym. Skoro więc sytuacja przedstawia się niekorzystnie, najrozsądniej jest wzmocnić sojusz z naszym głównym protektorem, czyli USA. W tym celu Polska cały czas kokietuje obietnicami zakupów sprzętu, współpracy gospodarczej, importem LNG. Zaoferowaliśmy nawet pokrycie kosztów budowy (a być może i utrzymania) amerykańskiej bazy w wysokości 2 mld USD.

Na komentowanym spotkaniu doszedł jeszcze element, który mnie trochę rozbawił, ale był jak najbardziej słusznym zagraniem. Mianowicie, prezydent Duda namawiając swojego interlokutora do stałej obecności amerykańskich żołnierzy w Polsce powiedział, że marzy mu się polsko-amerykańska baza wojskowa, którą nazwalibyśmy „Fort Trump”. Ten oczywisty, bezczelny pseudo komplement wyraźnie się amerykańskiemu prezydentowi spodobał. Nie ma w stosowaniu takich metod nic zdrożnego, tym bardziej, że to właśnie Amerykanie w każdej przemowie i przy każdym spotkaniu dyplomatycznym nawijają nam „makaron na uszy” jakim to wspaniałym narodem są Polacy i jak wiele znaczy nasza przyjaźń. Tak było i tym razem, co brzmiało jeszcze mniej szczerze niż normalnie. Nie podjęto żadnych zobowiązań, podpisana deklaracja jest pozbawiona konkretów (poza zupełnie nieistotnymi), a na jakiekolwiek nasze namowy Trump odpowiadał „zobaczymy”, „poważnie przyjrzymy się temu”, „jesteśmy przekonani do współpracy” itd. W spotkaniu brali też udział Mike Pompeo, John Bolton i wice-prezydent Mike Pence co tylko pokazuje, że Amerykanie także podeszli do tematu poważnie. Należy przyjąć, że w takiej obsadzie, doskonale zdawali sobie sprawę z naszego położenia. Prezydent Duda nawet sugerował, że postawiliśmy nasz punkt widzenia bardzo wyraźnie i jasno („mocno”), a następnie powtórzył nasze obawy i oczekiwania wobec USA w trakcie konferencji. Wypowiedzi miał długie i wyraźnie chciał się przebić z polskim punktem widzenia do szerszej świadomości, wykorzystując spotkanie z dziennikarzami jako nośnik spraw Europy Środkowo-Wschodniej. A jednak, mimo całej serdeczności, należytej powagi oraz ewidentnej, geopolitycznej potrzebie Amerykanów do utrzymania Polski w ich strefie wpływów, kazali nam czekać.

Wytłumaczenia są dwa. Oba dla nas negatywne (choć i niezależne od naszej woli).

Jedno jest takie, że nasza wizyta trafiła na fatalny czas w polityce wewnętrznej USA. Trwa festiwal oskarżeń wobec Trumpa, dopiero co ukazała się książka legendarnego dziennikarza Boba Woodwarda przedstawiającego amerykańskiego prezydenta jako osobę niezrównoważoną, a New York Times wydrukował anonimową deklarację rzekomo jednego z prezydenckich urzędników, który przyznaje, że w Białym Domu funkcjonuje antyprezydencka opozycja hamująca jego nieodpowiedzialne decyzje. Do tego były szef kampanii wyborczej Trumpa – Paul Manafort, postanowił współpracować z prokuraturą i istnieją przesłanki, że śladem skazanego pójdą inni oskarżeni w sprawie rosyjskiej ingerencji w wybory prezydenckie prowadzonej przez Roberta Muellera. Być może sprawy mają się ku gorszemu i trwa wyczekiwanie na kolejne uderzenie. Jeśli tak, oznacza to paraliż prezydenckiej administracji i możliwy impeachment. W takiej sytuacji mimo najlepszych chęci nikt nie podejmie wiążących decyzji o znaczeniu strategicznym, a przecież nałożenie sankcji na NS2 i przebazowanie oddziałów do Polski wywołałoby na pewno gwałtowną reakcję Moskwy. Coś, na co „płonący” Waszyngton nie mógłby miarodajnie i szybko odpowiedzieć.

Drugi powód to sytuacja w polityce międzynarodowej. Amerykanie nadal nie są pewni jak rozegrać Rosjan przeciwko Chińczykom. Dialog z Kremlem ma być kontynuowany pod koniec roku i prawdopodobnie do tego czasu chcą pozostawić wszystkie opcje na stole (łącznie z przehandlowaniem naszej części Europy, np.: Ukrainy czy Białorusi). Nasila się też wojna handlowa z Chinami i trwają dyplomatyczne zmagania w Korei. Nie do końca też wiadomo jak zdyscyplinować Niemcy, bo może się okazać, że Polska będzie wygodnym do tego narzędziem. Tutaj także, budowa amerykańskich baz jest kartą przetargową. Berlin będzie temu na pewno przeciwny. Podobnie jak kwestia blokowania NordStream2. To wszystko wymaga rozmów i gier, a Polska nie jest niestety w tym wszystkim podmiotem. Na to jest w tej chwili już za późno. Zbytniej, trwającej całe lata uległości w relacjach z Amerykanami, nie zamienimy nagle w twarde partnerstwo. Na pewno nie na jednym spotkaniu. Poza tym potrzebujemy do tego argumentów, które dopiero co zaczynamy formułować. Musimy mieć jakiś lewar negocjacyjny. W przyszłości będzie nim możliwość eksportu gazu LNG do całego regionu, moderowanie polityki w UE, ale jeszcze nie dzisiaj. Bo teraz to tylko perspektywa. Prezydencka delegacja wydawała się to rozumieć.

W swojej ostatniej szarży dobrej woli, z kawaleryjską fantazją postanowiliśmy Amerykanów zaczarować pieniędzmi, kontraktami, obietnicami i komplementami. A oni się tylko tajemniczo uśmiechali. Czy cokolwiek z tego wyjdzie, pokażą najbliższe miesiące.

Pora jednak na poważnie rozważyć możliwości oparcia naszego bezpieczeństwa na czymś więcej niż dobrej woli USA.