(Nie)Wojna NATO z Rosją

Premier Donald Tusk ostrzegł, że Ukraina, Polska i Europa weszły w geopolitycznie bardzo trudny okres. Nadchodząca jesień i zima mają być czasem pełnym zagrożeń i wyzwań powodowanych w głównej mierze agresywną polityką Federacji Rosyjskiej.
22-09-2026
Polski premier nakreślił wizję wzmożonych ataków dronowych i rakietowych, w tym na terytorium Rzeczypospolitej. Ostrzegał przed uderzeniami na ukraińską infrastrukturę i energetykę. Diagnozował, że celem Rosji jest doprowadzenie do porażenia logistyki, nie tylko samej Ukrainy, ale też całego systemu wsparcia w państwach europejskich, w tym osłabienia społecznej woli oporu. Nawoływał do jedności w obliczu prób podkopania solidarności NATO.
Wszystkie słowa, jakie wypowiedział tego dnia z mównicy sejmowej były jak najbardziej prawdziwe. Obserwowane wydarzenia są nie tylko logicznym rozwinięciem wcześniejszych, ale też spodziewanym od dawna następstwem bierności i reaktywności naszych polityków w stosunku do agresora. Ta postawa wybrzmiewała też w wypowiedzi premiera, który co prawda zapowiedział budowę umocnień na przejściach granicznych, ale słowem nie wspomniał o konsekwencjach ataku na terytorium Polski.
Nie chcę jednak omawiać katalogu możliwych działań, jakie można było zastosować aby zniechęcić agresora (zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych opracowań), a skupić się na bieżącym problemie.
Myślę, że przedstawiony przez premiera obraz należy uzupełnić i rozbudować, tak aby jasnym stało się, z czym tak naprawdę przyjdzie nam się zmierzyć. Błędy komunikacyjne polityków powodują w społeczeństwie niepotrzebną nerwowość i strach, co może zakłamywać rzeczywistość i budować błędną ocenę proporcji sił w tym konflikcie. Najważniejsze jednak – i o to pytany jestem najczęściej – jest to, że nie grozi nam pełnoskalowa inwazja Federacji Rosyjskiej. Przynajmniej nie w najbliższej przyszłości.
Atak na Europę
Głównym obiektem rosyjskiej agresji pozostanie Ukraina, jednakże zanim do niej przejdę, chciałbym pokrótce opowiedzieć, czego powinniśmy spodziewać się w Europie.
W tej chwili Rosjanie nie przygotowują inwazji na wschodnią flankę. Nie ma ku temu żadnych przesłanek pod postacią dyslokacji jednostek wojskowych, sprzętu, przerzutu zaopatrzenia, przechwyconych rozkazów itp. ruchów, które obserwowaliśmy pod koniec 2021 roku. Mówili o tym przedstawiciele łotewskiego i estońskiego wywiadu czy prezydent Finlandii Alexander Stubb. Armia jest całkowicie zaangażowana w wojnę na Ukrainie i nie posiada zasobów do przeprowadzenia udanego, pełnowymiarowego ataku na państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. Być może sytuacja zmieni się po przeprowadzonej mobilizacji, ale biorąc pod uwagę bardzo niekorzystną dla Kremla dynamikę działań na froncie, byłoby to skrajnie ryzykowne.
Nadal tkwimy więc w logice wojny hybrydowej, ponieważ jest ona nie tylko „tania” (angażuje relatywnie niewielkie środki), ale skuteczna. Omawiana w niniejszym artykule rosyjska eskalacja oznacza uderzenia w infrastrukturę drogową, kolejową i lotniczą, nie tylko Ukrainy, ale też zaangażowanej po jej stronie części Europy. Jedną z ostatnich tego typu prób było użycie uzbrojonych dronów na lotnisku w niemieckim Lipsku. Do tej kategorii zdarzeń należał też ubiegłoroczny sabotaż torów kolejowych w Polsce. Co ważne, w tych działaniach spodziewane są ofiary w ludziach i poważne zniszczenia.

Przerwy pomiędzy kolejnymi aktami dywersji i sabotażu to nie tylko kwestia udaremniania ich przez kontrwywiad, ale celowa pauza, podczas której Rosjanie sprawdzają naszą reakcję. Nie tylko decydentów, służb czy wojska, ale także społeczeństwa. Im bardziej stonowana odpowiedź, tym większe prawdopodobieństwo powtórzenia ataku. To doskonale znana metoda „salami”, polegająca na powolnym przesuwaniu granicy tego, co dozwolone. Każde działanie, które nie wywoła otwartej wojny, staje się dopuszczalne. Podobne postępowanie stosowały państwa zachodnie, wspierając Ukrainę, choć w moim odczuciu miało ono charakter pasywny, nieporównywalny do rosyjskich aktów agresji. Niemniej sama mechanika jest tożsama: ruch, pauza, kontynuacja działania o stopień wyżej.
Doszliśmy więc do momentu, w którym nasza reaktywność, w połączeniu z obiektywnymi czynnikami geopolitycznymi (o czym później), skłoniła Rosjan do maksymalnej eskalacji. Najwyraźniej zdecydowali się na próbę odcięcia Kijowa od europejskiego zaplecza. Celem ataku są wszelkiego typu zakłady zbrojeniowe produkujące amunicję, drony i pociski rakietowe dla sił ukraińskich, ale równocześnie ciężar operacji przekierowany zostaje na logistykę, łącznie z nalotami na pojedyncze stacje benzynowe.
To oznacza uderzenie w linie komunikacyjne, ze szczególnym naciskiem na „wąskie gardła” i wrażliwą infrastrukturę. W przypadku ruchu kolejowego, nie tylko same tory, ale:
* podstacje trakcyjne (odcięcie zasilania)
* systemy ERTMS/ETCS, GSM-R, LCS (cyberataki, zakłócenie komunikacji)
* mosty, wiadukty oraz tunele (uszkodzenia wymagające długotrwałych napraw)
* centra przeładunkowe (podpalenia i drony w województwach podkarpackim i lubelskim)
Szczególnie zagrożone linie to te należące do tzw. Korytarza Solidarności: Szlak Północ-Południe (np. linia E65), Trasa Zachodnia (np. linie E20 i E30) i LHS (Szerokotorowa Linia Hutnicza). Prócz infrastruktury, celem ataku są także lokomotywy.

Taki trend obserwowany jest obecnie na Ukrainie gdzie, inaczej niż to było w ubiegłych latach, na drugi plan spadają zakłady energetyczne i elektrociepłownie, a priorytetem stało się polowanie na lokomotywy, szczególnie spalinowe, działające bez zasilania z trakcji. Zastąpienie zniszczonych pojazdów stanie się zapewne priorytetem Europy w miesiącach jesienno-zimowych. Przed wojną Ukrzaliznycia dysponowała 1532 lokomotywami (nieco ponad połowa tej liczby była spalinowa), jednak ponad 500 z nich zostało zniszczonych lub uszkodzonych w wyniku rosyjskich nalotów.
Kolejnym elementem układanki są przejścia graniczne. To wąskie gardła, których ustawiczne paraliżowanie może prowadzić do długich przestojów w odprawianiu oczekujących pojazdów. To właśnie z tego powodu premier poinformował o budowie tymczasowych schronień złożonych z gabionów HESCO. Sześciennych kontenerów wypełnionych ziemią, a mogących wytrzymać bezpośrednie trafienie drona kamikadze. Na pracę przejść może też wpłynąć wzmożony ruch cywilny, na przykład powodowany ucieczką ukraińskiej ludności, z dużych miast.
Ostatnie w tym katalogu są lotniska. Ich zakłócanie poprzez wtargnięcie dronów w strefę ochronną jest najskuteczniejszym środkiem powodującym paraliż w obsłudze połączeń. Rosjanie wielokrotnie testowali w tym roku podobne rozwiązania wyłączając lotniska w Danii, Szwecji, Niemczech, na Litwie itd. To idealne narzędzie, ponieważ jego niebojowy charakter oraz trudność z namierzeniem operatora pozwalają na zachowanie względnej „łagodności” działania, przy utrzymaniu niskich kosztów i całkowitym ukryciu rzeczywistej atrybucji (powiązania sprawcy z rosyjskimi służbami).
Naniesienie na mapę wszystkich wrześniowych „incydentów” pokazuje największe ich nagromadzenie na terytorium Polski i Rumunii/Mołdawii.
Atak na Ukrainę
W powszechnej narracji Ukraina zmierzy się z najtrudniejszą dotychczas zimą, mimo że za taką uważano także ubiegłą. Przyczyna tego stanu rzeczy jest dość prozaiczna, wyczerpanie efektorów do systemów Patriot spowodowane wzmożonym ich użyciem w wojnie USA z Iranem, uniemożliwia zestrzeliwanie rosyjskich pocisków balistycznych. Uzupełnienie zapasów będzie czasochłonne i zależne od bliskowschodnich zmagań, a także woli waszyngtońskiej administracji, która jak dotąd była skrajnie zachowawcza wobec ukraińskich próśb.
Dodatkowo, w minionych miesiącach byliśmy świadkami skoku technologicznego, jaki dokonał się wśród rosyjskich dronów kamikadze. Najnowsze Gierań-5 oraz pociski Banderol mają napęd odrzutowy, co czyni je dużo trudniejszymi do zestrzelenia. W tej chwili wypierają starsze wersje, przyczyniając się do przeciążenia ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Ukraińskie firmy zbrojeniowe opracowują nowe wersje dronów przechwytujących, a pierwsze bojowe testy przyniosły pozytywne rezultaty. Jednakże wprowadzenie ich masowego użycia zajmie co najmniej kilka tygodni.
Rosjanie wykorzystują swoją czasową przewagę do porażania ukraińskiej logistyki, składów amunicji i magazynów, a więc elementów krytycznych dla zdolności armii. Głównym ograniczeniem pozostają dla nich moce produkcyjne (pociski zużywane są na bieżąco) oraz dostępność nośników (siły ukraińskie polują na wyrzutnie mobilne i okręty). Cyniczne rosyjskie uderzanie w obiekty cywilne ma nie tylko doprowadzić do kryzysu humanitarnego (brak wody, ogrzewania, elektryczności, jedzenia), ale także dodatkowo obciążyć logistykę kraju. Zamiast amunicji czy dronów, transporty będą musiały przewozić artykuły pierwszej potrzeby.

Ukraińskie nadzieje na poprawę sytuacji nie polegają wyłącznie na wzmocnieniu OPL, ale także na symetrycznej, a nawet przeskalowanej odpowiedzi. W połowie września ponad połowa rosyjskich mocy rafineryjnych została czasowo wyłączona. Efektem wielomiesięcznej kampanii są też zniszczone centra logistyczne, przetrzebiona obrona przeciwlotnicza, a do tego dojdą zniszczone elektrownie. Od dłuższego czasu ukraińskie naloty są liczniejsze niż rosyjskie, i ta tendencja wyraźnie się utrzymuje.
Podczas sesji ONZ 22 września 2026, odpowiadając na apel Donalda Trumpa, prezydent Wołodymyr Zełenski zaproponował zawieszenie nalotów na obiekty cywilne, pod warunkiem pełnej symetrii ze strony rosyjskiej. Nad podobnym porozumieniem pracuje Turcja w kontekście Morza Czarnego. Biorąc pod uwagę, że siły ukraińskie zdolne są do wykonania skutecznych nalotów nawet na Moskwę, co zdarzyło się w głównym dniu wyborów do Dumy, taka propozycja powinna być dla Rosjan równie atrakcyjna, co dla Ukraińców.
Gdyby nie Stany Zjednoczone…
Niniejszy artykuł nie byłby jednak pełny, bez omówienia sprawy „słonia w pokoju”. Jednym z podstawowych czynników przyspieszających destabilizację ładu międzynarodowego jest polityka prezydenta Donalda Trumpa, która w moim odczuciu, stała się motorem napędzającym eskalację ze strony Federacji Rosyjskiej.
W osiemnastym miesiącu jego drugiej kadencji potwierdza się wszystko to, o czym pisałem od wyborów w listopadzie 2024 roku. Wiele zadań administracji, w tym najważniejsze zagadnienia z zakresu polityki zagranicznej, jest prowadzonych przez ludzi pozbawionych kompetencji i wystarczającej wiedzy, aby mogli sprostać wyzwaniom. Wielu z nich kieruje się wyłącznie prywatnym interesem.
Co więcej, sam prezydent raz po raz udowadnia, że jest człowiekiem niestabilnym emocjonalnie, ograniczonym poznawczo, a jednocześnie przekonanym o własnej nieomylności. Nie ma zaufania do prawa, procedur, eksperckiej wiedzy, ani wypracowanych przez pokolenia urzędników schematów postępowania. Pod tym względem jego prezydentura nie przypomina okresu z pierwszej kadencji, gdy nie tylko wydawał się być w lepszym zdrowiu, ale też otoczony był przez ludzi, którzy kontrowali jego najbardziej radykalne pomysły.
Druga kadencja charakteryzuje się brakiem ograniczeń, a sprawowana jest w duchu nieustającej rewolty. To, czy jest to wynik pogarszającego się stanu zdrowia czy połączenia korupcji i niekompetencji, jest kwestią wtórną. Podobnie jak długofalowa strategia Stanów Zjednoczonych, jej dalekosiężne cele wynikające z obiektywnych czynników geopolitycznych. Żaden, nawet najlepszy plan nie wytrzymuje konfrontacji z prezydencką wizją świata, którą nieustannie forsuje. Często bez konsultacji z ekspertami. Jedyna stała motywacja, którą można dostrzec w niemal każdym przejawie działalności, to osobista korzyść, często majątkowa.
Uprzedzając zarzuty o stronniczość, czuję się w obowiązku podkreślić kilka tylko faktów na poparcie postawionych wyżej tez.
Donald Trump publicznie stwierdził, że gdyby wstrzymać handel z państwami, w których USA odnotowują deficyt handlowy, kraj zyskałby 1,5 mld USD. Jest to oczywista nieprawda, wypływająca z niezrozumienia zagadnienia. Bilans między tym, co zostaje kupione, a co sprzedane, nie jest prostym rachunkiem zysków i strat. Według tej logiki najlepszą oszczędnością w życiu każdego człowieka byłoby np. zrezygnowanie z zakupów żywności. Natomiast wypowiedź ta doskonale tłumaczy, dlaczego prezydent jest tak przywiązany do polityki celnej, której skutki najbardziej odczuwają płacący cła importowe Amerykanie.
Przykładem motywacji majątkowej są z kolei liczne spekulacje finansowe i giełdowe oparte na manipulacji kursami poprzez oficjalne komunikaty Białego Domu, prowadzenie działalności zarobkowej związanej ze sprzedażą produktów i usług (coiny, dostęp do Truth Social, aplikacje), oraz inwestycje prowadzone przez członków rodziny w cieniu oficjalnej polityki zagranicznej (przykłady to próby inwestycji m. in. w Gazie, Serbii, Albanii) lub zbrojeniowej (spółka z udziałami Erica i Donalda Trumpa Jr. z kontraktem Pentagonu).
Do tego dochodzi trzymający pieczę nad funduszem Affinity Jared Kushner, który przyjmuje setki milionów wpłat od rządów państw arabskich, a jednocześnie półoficjalnie prowadzi politykę zagraniczną kraju. Podobne oskarżenia padają wobec Steve’a Witkoff’a, z którym wspólnie jeżdżą do Moskwy. Niemały skandal wywołała informacja o sponsorowaniu przyjęcia weselnego Trumpa juniora przez człowieka rosyjskich służb, Umera Kremlowa. Krytycy twierdzą, że wpłaty te pomagają wpłynąć na politykę Donalda Trumpa.
Na razie, zarzuty te stawiane są głównie na poziomie politycznym, bowiem po czystkach we władzach federalnych prowadzenie dochodzeń jest utrudnione. Sytuacja może ulec zmianie, jeśli Republikanie przegrają zarówno Izbę Reprezentantów, jak i Senat, w nadchodzących listopadowych wyborach połówkowych.
Mając powyższe na uwadze uważam, że tradycyjne narzędzia analityczne, oparte o czynniki obiektywne, nie zdają egzaminu w ocenie aktualnej amerykańskiej polityki. Dlatego nie mam wątpliwości, że co do zasady, Stany Zjednoczone pozostaną państwem agresywnym wobec sojuszników, a koncyliacyjnym wobec przeciwników tak długo, jak Donald Trump pozostanie na urzędzie.
Wszelkie umowy i zobowiązania międzynarodowe, które Waszyngton zawiera, należy traktować jako nietrwałe. Jak pokazują minione doświadczenia, mogą nie trzymać się wymogów prawnych (przypadek ceł), ignorować okoliczności międzynarodowe, albo w ogóle iść w kontrze do zobowiązań, w tym tych wynikających z NATO. Wywołanie wojny handlowej z Kanadą, czy poddawanie w wątpliwość zobowiązań wobec najbardziej narażonych na agresję sojuszników (przykład Korei Południowej), fatalnie rezonują w globalnej grze.
Na to podłoże nakładają się jeszcze konsekwencje wojny z Iranem. Teheran od samego początku postawił na pełną eskalację w Zatoce Perskiej, skutecznie rażąc infrastrukturę państw arabskich. W rezultacie nie doszło do powołania antyirańskiej koalicji. Przeciwnie, obecnie wspierają one rozmowy zmierzające do zakończenia konfliktu, w których jednym z rezultatów byłoby zachowanie irańskiej kontroli nad cieśniną Ormuz. Co gorsza, konflikt ten pokazał słabość USA, nie tylko w możliwości realizowania woli politycznej poprzez presję militarną, ale także ewidentne braki w amerykańskim uzbrojeniu. Przede wszystkim efektorach przeciwlotniczych oraz pociskach manewrujących dalekiego zasięgu. Zasobów krytycznie ważnych w ewentualnym konflikcie z Rosją i Chinami.
Dlatego moim zdaniem, Rosja jest przekonana, że NATO uda się rozbić. Taktyka salami przesunie próg bólu poza akceptowalny obszar państwa atakowanego, ale jednocześnie będzie on bagatelizowany przez jego obawiających się wojny partnerów. Szczególnie gdy Stany Zjednoczone pozostaną wyłączone z bezpośredniego udziału. W tym momencie, cicho i bez fajerwerków, umrze sojusznicza solidarność. Tyle wystarczy, w założeniu Kremla, aby doprowadzić do mentalnej kapitulacji w wielu europejskich stolicach, co otworzy drogę do negocjacji na warunkach satysfakcjonujących Moskwę.
Prawdziwy obraz – Rosja jest słaba
Przedstawione powyżej informacje mogą nie napawać optymizmem, ale będzie to błędny wniosek. Wbrew wszelkiemu czarnowidztwu chcę podkreślić, że Federacja Rosyjska tkwi dzisiaj w wielowymiarowym kryzysie wewnętrznym. Strukturalnie jest najsłabsza od 1991 roku, a jej pozycja międzynarodowa, zacofanie technologiczne i wyniszczenie wojskowe przypomina rok 1921. Upadek kraju jest powolny, ale niepowstrzymany. Na ironię zakrawa fakt, że doprowadzony został do tego stanu przez marzącego o odbudowie imperium Władimira Putina.
Tymczasem państwa wschodniej flanki, w tym przede wszystkim Polska, pokazują całkowicie odwrotny obraz. Siły zbrojne Rzeczypospolitej są dzisiaj w najlepszej kondycji od trzech dekad, z nieustannie rosnącym potencjałem i możliwościami, a samo państwo pod względem gospodarczym, społecznym i finansowym wydaje się najsilniejsze we współczesnej historii. Jedynym adekwatnym porównaniem musiałyby być czasy I Rzeczypospolitej. Dlaczego więc zachowujemy się jak zastraszony młodziak, ciągle szukający potwierdzenia własnej wartości u starszych kolegów? Czemu boimy się zawalczyć o swoje?
A przecież nie jesteśmy sami. Krytykowane twierdzenie ministra Radosława Sikorskiego o absolutnej przewadze sił powietrznych NATO w stosunku do Rosji, nawet odliczając udział USA, było całkowicie uprawnione. Podobnie ma się sprawa z marynarką wojenną. W zakresie wojsk lądowych, Rosjanie dominują w liczbie żołnierzy czy jednostek sprzętu, ale ustępują technologicznie. Sojusz regularnie ćwiczy różnorakie „scenariusze wojenne”, o których Szef Komitetu Wojskowego NATO adm. Giuseppe Cavo Dragone mówił, iż ich plany liczą przeszło 4000 stron. Gdyby dojść miało do bezpośredniej konfrontacji sił NATO z Federacją Rosyjską, wojna ta zakończyłaby się porażką tej drugiej. Szczególnie w chwili, gdy jest ona związana walkami na Ukrainie.
A jeśli o nich mowa, zbyt lekko traktowana jest moim zdaniem fundamentalna zmiana równowagi sił na froncie. Według danych ISW, siły ukraińskie odbiły w tym roku terytorium o łącznej powierzchni ok. 1000 km2 (do połowy września), podczas gdy postępy Rosjan dotyczą jedynie ok. 700 km2. Po raz pierwszy od ponad dwóch lat, bilans ten jest korzystniejszy dla strony ukraińskiej. Widać to zresztą wyraźnie po porażce wiosenno-letniej ofensywy. Kolejnym dowodem jest seria skutecznych ukraińskich kontrataków w rejonie Stepanohirska, trójstyku obwodów zaporoskiego-dnipropietrowskiego-donieckiego, Kupiańska i Łymania, gdzie w ostatnich tygodniach zlikwidowano liczące ok. 200 km2 rosyjskie wybrzuszenie.
Na co więc liczy Rosja? Na naszą słabość charakteru i paniczny strach przed wojną. Co ważne wcale nie przegraną, ale perspektywą konieczności stanięcia we własnej obronie. Liczy, że zastraszenie społeczeństw skłoni polityków do ustępstw, szczególnie gdy pojawią się coraz większe koszty i zniszczenia. Być może wyciągając wnioski z najnowszej historii Ormuzu, decydencie na Kremlu przekonani są, że atak, jaki Iran wykonał na państwa Zatoki Perskiej skutecznie przejmując kontrolę eskalacyjną nad wojną z USA, możliwy jest do przeszczepienia na grunt europejski? To prawdopodobne.
Naszym zadaniem jest przekonać ich, że całkowicie mylą się w swych kalkulacjach, a jedyną drogą do tego celu jest nałożenie wyraźnych i bolesnych kosztów pełzającej agresji.
Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.
Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ
Możesz też postawić mi kawę:


