NATO bez USA

Donald Trump poważnie zastanawia się nad opuszczeniem NATO przez Stany Zjednoczone.


02-04-2026


Słowa te padły w szeroko komentowanym wywiadzie, którego udzielił gazecie The Telegraph.

Nie była to pierwsza tego typu krytyka. Trump wielokrotnie kwestionował zasady na jakich oparty jest Sojusz, oraz jego rzeczywiste zdolności do działania, nazywając organizację „papierowym tygrysem”. Tym razem nie mamy do czynienia z kolejnym wyskokiem, a postawą całej administracji, co zwiastuje poważne problemy dla Sojuszu.

Najnowsze napięcia w relacjach transatlantyckich nie są spowodowane starą niechęcią, a wydarzeniami na Bliskim Wschodzie. Okazało się bowiem, że wbrew buńczucznym zapewnieniom, Amerykanie potrzebują swoich europejskich sojuszników do skutecznej projekcji siły w regionie. Niepowodzenie pierwotnych założeń operacji „Epic Fury”, mającej doprowadzić do szybkiego załamania się reżimu w Teheranie (Trump zdradził, że spodziewał się jej sukcesu w zaledwie 3 dni), zmuszają ich do poszukiwania wsparcia w próbach odblokowania Cieśniny Ormuz.

Ku zdumieniu Białego Domu, nie znalazł się ani jeden sojusznik z Europy lub Azji, który chciałby pomóc w tym zadaniu. Propozycja budowy międzynarodowej koalicji morskiej spotkała się z gremialną odmową. Nic dziwnego. Atak na Iran przygotowywany był w pełnej tajemnicy, bez konsultacji z sojusznikami (z wyjątkiem Izraela), bez podstaw prawnych i jak się okazuje, bez właściwego planu. Doprowadził do eskalacji i rozlania się konfliktu na całym Bliskim Wschodzie, a także globalnego kryzysu surowcowego. Co więcej, Waszyngton nie ma kontroli nad intensywnością konfliktu, a cele jakie realizuje, według opinii wielu zachodnich komentatorów, bliższe są racji stanu Tel Awiwu, a nie Waszyngtonu. Stąd żadne z państw nie chce się angażować w tak powstały chaos, a tym bardziej w wojnę napastniczą, sprzeczną z zapisami prawa międzynarodowego.

Przyczyny irytacji

Bezpośredni wybuch wściekłości Trumpa spowodowany był jednak innym wydarzeniem. A dokładnie trzema incydentami, w których państwa europejskie odmówiły siłom amerykańskim dostępu do baz na ich terytorium. W dniu 27 marca Włochy nie wydały zgody na lądowanie amerykańskim bombowcom w bazie Sigonella (na Sycylii), ponieważ loty nie były notyfikowane jako logistyczne. W świetle umów bilateralnych łączących oba państwa, loty bojowe muszą być zaakceptowane przez rząd, a faktycznie przegłosowane przez parlament, co nie nastąpiło z uwagi na brak formalnego wniosku strony amerykańskiej.

Dwa dni później, 29 marca podobną odmowę wystosowała Francja. Tym razem chodziło o przelot samolotów transportowych przewożących uzbrojenie dla Izraela. Paryż od dawna sprzeciwia się izraelskiej polityce w prowadzonych konfliktach zbrojnych. Niemniej, w tym konkretnym przypadku sprzeciw związany był z wyraźną odmową francuskiego zaangażowania w konflikt z Iranem. Paryż rozpatruje każdy tego przypadek indywidualnie, ale podobnie jak Włosi, Francuzi nie chcieli przymknąć oczu i egzekwując zakaz lotów związanych z bliskowschodnią operacją wojskową.

Wreszcie, 30 marca Hiszpania postanowiła zamknąć całą swoją przestrzeń powietrzną dla amerykańskich samolotów biorących udział w atakach na Iran. Madryt już miesiąc wcześniej wydał podobny zakaz dla dwóch baz lotniczych położonych na południu kraju (Rota i Morón), więc teraz chodziło o jego poszerzenie. Warto zauważyć, że socjalistyczny premier kraju Pedro Sánchez jest jednym z największych krytyków bliskowschodniej wojny nazywając ją „nielegalną” i „niebezpieczną”.

To właśnie postawa tych trzech państw tak zdenerwowała Amerykanów. Przedstawiciel USA przy NATO Matthew Whitaker, stwierdził, że prezydent Trump podda ocenie i zrewiduje amerykańskie zaangażowanie w NATO, wsparcie dla europejskich wysiłków na Ukrainie i inne działania w ramach Sojuszu. Sekretarz wojny Pete Hegseth dodał, że decyzja należy do prezydenta, choć jego zdaniem wyraził jasne stanowisko. Podkreślił, że nie ma silnego sojuszu bez stawania po stronie USA.

Podobną opinię wyraził sekretarz stanu Marco Rubio publicznie oświadczając, że Stany Zjednoczone będą musiały ponownie „przeanalizować przydatność NATO dla USA”, ponieważ Sojusz staje się „ulicą jednokierunkową”. Tłumaczył jak rozczarowująca jest sytuacja, gdy Stany Zjednoczone potrzebują pomocy, a bronieni przez Amerykanów członkowie NATO, odmawiają im dostępu do przestrzeni powietrznej i jeszcze się tym chwalą. Rubio ma nieco racji. Jedna sprawa to brak aktywnego udziału w amerykańskich operacjach, a druga utrudnianie im prowadzenie działań. Tym bardziej jeśli dyslokowana na terytorium gospodarza baza wojskowa została wybudowana i jest utrzymywana przez USA.

Polska, która sama zbudowała amerykańskim wojskom infrastrukturę i płaci za jej utrzymanie, należy do nielicznych wyjątków. Większość państw zachodniej Europy nie ponosi takich kosztów amerykańskiej obecności. Czy więc za normę uznać można odmowę wykorzystania stworzonej przez Amerykanów infrastruktury? W zdrowym sojuszu takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Warto więc zastanowić się dlaczego wymienione państwa zdecydowały się na tak radykalne i potencjalnie groźne kroki, mając świadomość jak zareaguje Donald Trump? Odpowiedź na to pytanie będzie bolesna.

Dlaczego Europejczycy sprzeciwili się USA?

Ryzyko nie ma znaczenia jeśli to czego się obawiamy, stało się faktem. Amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa w rzeczywistości już nie istnieją. A przynajmniej taką oceną mogą kierować się przywołane państwa. Nie chodzi o postawę samego Trumpa, ale także pokaz niemocy w wykonaniu USA.

1. Słabość polityczna

USA stały się partnerem nieobliczalnym. Podpisane umowy są kwestionowane, zrywane lub anulowane przez sądy. Waszyngton zawsze prowadzi politykę z pozycji siły. Czy chodzi o cła, wymuszanie inwestycji, żądanie opłat za obecność wojskową, czy sięganie po cudze terytoria (Grenlandia). Polityka zagraniczna nie jest konsultowana z sojusznikami, a często prowadzona wbrew ich racji stanu, w porozumieniu z wrogami (Federacja Rosyjska). Zawsze chaotyczna, często destrukcyjna, także dla interesów USA. Amerykańskie „soft power” nie istnieje, a to wiele zmienia na poziomie wzajemnych relacji.

Co gorsza, nawet argument finansowy nie może być traktowany jako gwarant oczekiwanego postępowania. Okazuje się, że sojusznicy którzy wybrali amerykańskie systemy uzbrojenia, mogą ich nie otrzymać albo może to nastąpić z dużymi opóźnieniami. Duże wydatki amunicyjne USA i Izraela na Bliskim Wschodzie doprowadzają do opóźnienia zakontraktowanych dostaw. Dla przykładu Polska, może się spodziewać opóźnień w dostawach efektorów dla baterii Patriot. Z kolei Ukraina, staje przed groźba braku dostaw z natowskiego instrumentu PURL. Pentagon złożył do Kongresu wniosek aby 750 mln USD wpłaconych do niego środków wykorzystane zostało na zaspokojenie potrzeb amerykańskich. Środki te pochodzą z europejskich kieszeni.

Wreszcie, Donald Trump (choć nie tylko on) ma zwyczaj ośmieszania i obrażania swoich partnerów, nie tylko psując osobiste relacje, ale zmuszając ich do demonstracyjnego sprzeciwu wobec swoich żądań. Najlepszym przykładem jest ostatnia publiczna wypowiedź o księciu Arabii Saudyjskiej, o którym Trump powiedział, że „całuje go w tyłek”. Taki język skierowany do monarchy, którego władza opiera się na wizerunku i demonstracyjnej sile, podkopuje legitymizację i nie może być tolerowana.

2. Słabość wojskowa.

Wojna z Iranem unaoczniła nieprzygotowanie do współczesnego konfliktu, w następstwie czego Stany Zjednoczone nie były w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim sojusznikom. Przeciwnie, sprowadziły na nich zagładę, mimo ewidentnej amerykańskiej przewagi w sile uderzeniowej, technologii i sprawności bojowej. Koronnym dowodem na poparcie tej tezy jest łatwość z jaką irańskie drony sieją zniszczenie w Zatoce Perskiej. O ile infrastruktura portów czy rafinerii mogła być teoretycznie słabiej chroniona przez krajowe systemy obrony, o tyle trafienie wartych miliardy dolarów specjalistycznych radarów ulokowanych w amerykańskich baza wywołało szok. Podobnie śmiałe rażenie terytorium Izraela, w tym strategicznie ważnych okolic miasta Dimona, obok którego znajduje się ośrodek nuklearny, a być może także zasoby broni jądrowej.

Mimo ponad czterech lat doświadczeń z wojny na Ukrainie, amerykańskie siły zbrojne nie przygotowały się na zagrożenie jakie stanowią drony Szahid, codziennie nadlatujące nad ukraińskie miasta. Mało tego, ukraińska propozycja wspólnej produkcji środków antydronowych z sierpnia 2025 roku została przez Waszyngton wyśmiana. Dzisiaj, podobne kontrakty podpisane zostały z Kijowem przez wszystkie atakowane państwa Zatoki. W polityce bezpieczeństwa liczą się Ci, którzy mogą zaoferować faktyczne, a nie deklaratywne zdolności obronne. W tym konkretnym przypadku, znacznie wyżej plasuje się oferta Ukrainy, a nie USA, które „nie posiadają kart” w wojnie dronowej.

To nie koniec. Apel o pomoc w odblokowaniu Cieśniny Ormuz pokazuje, że amerykańskie zdolności wojskowe mają swoje ograniczenia. Wielokrotnie słabsze od nich państwo jakim jest Iran, jest w stanie kontrolować kluczowy szlak wodny świata, a przy tym dowolnie trafiać w cele w rejonie całego Bliskiego Wschodu. To Teheran decydować może kiedy konflikt się zakończy, a nie USA lub Izrael. Oczywiście sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby USA zaangażowało siły wojskowe adekwatne do postawionych zadania. To oznacza jednak rozpoczęcie operacji lądowej oraz dużo większe i dużo dłuższe zaangażowanie, czego Donald Trump z przyczyn politycznych stara się za wszelką cenę uniknąć. Mszczą się błędne kalkulacje sprzed ataku. Ich skutki bardzo trudno jest odwrócić.

3. Brak odstraszania.

Powyższe punkty prowadzą do gorzkiej konstatacji. Amerykańska projekcja siły przestała być czynnikiem odstraszającym. Do niedawna sama tylko obecność amerykańskich żołnierzy, traktowana była niczym wspaniała tarcza radykalnie obniżająca ryzyko agresji na terytorium kraju, który ich gościł. Czy wydarzenia na Bliskim Wschodzie, w połączeniu z amerykańską retoryką, pozwalają mieć nadzieję, że sojusz transatlantycki zachowuje jedność? Wydaje mi się, że nie. Retoryka jaką obecnie słyszymy ze strony Białego Domu jedynie to przekonanie wzmacnia. Połajanki, oskarżenia i szantażowanie wystąpieniem USA z NATO jest otwartym zaproszeniem wystosowanym w kierunku Federacji Rosyjskiej aby ta podjęła próby testowania granic wschodniej flanki.

W optyce Trumpa takie naruszenie może wręcz być pożądanym rozwojem wypadków. Państwa, które jednowymiarowo oparły własne bezpieczeństwo o gwarancje USA znajdą się w bardzo trudnej sytuacji. Rosyjska agresja stanowi wręcz idealne narzędzie presji pozwalające na zmuszenie atakowanego do zgody na daleko idące koncesje, np. zrzeczenie się kontroli nad kluczowymi gałęziami gospodarki lub akceptację polityki mocarstw. Wszystko w imię uzyskania amerykańśkiej przychylności i obrony przez silniejszym przeciwnikiem. Przypomnijmy sobie, do czego zmuszana była pozbawiona swobody Ukraina. Czy inaczej będzie w przypadku państw bałtyckich lub Polski?

Śmierć kliniczna NATO

Donald Trump nie musi formalnie wycofywać się z Sojuszu Północnoatlantyckiego. Byłoby to zresztą bardzo trudne, ponieważ do takiego ruchu konieczna jest zgoda 2/3 Senatu, czego nie uda się uzyskać przy obecnej arytmetyce w Kongresie. Niejako uprzedzając taki ruch, wpływowi senatorowie Mitch McConnel (R) i Chris Coons (D) wydali wspólne oświadczenie, w którym podkreślali jak istotne jest NATO dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Mamy więc ponadpartyjny sprzeciw.

Niestety, Biały Dom ma wiele innych narzędzi, za pomocą których może doprowadzić Sojusz do „śmierci klinicznej”, czyli paraliżu wewnętrznego uniemożliwiającego jakiekolwiek większe ruchy.

Kilka przykładów:

1. Kwestionowanie artykułu 5.

Samo tylko kwestionowanie mocy obowiązującej artykułu 5 Traktatu, lub różnicowanie stopnia pomocy sojuszniczej w zależności od postawy danego państwa członkowskiego względem Waszyngtonu, nieuchronnie doprowadzi do poważnego rozbicia wewnętrznego. Siła kolektywnej obrony polega na niezachwianej wierze we wzajemne zobowiązania. To kwestia polityczna. Wszelkie zawirowania w relacjach sojuszniczych, w tym przede wszystkim zmiana postawy głównej siły napędowej sojuszu jakim jest USA, może przesądzić o braku skutecznej reakcji na agresję.

Pamiętajmy, że amerykańskie dowodzenie Sojuszem (obecnie funkcję tę pełni gen. Grynkievich) to nie tylko oficerowie, ale przede wszystkim fakt, że podlegają im siły US Army obecne na kontynencie. Wydanie im rozkazu do wymarszu zmusza wymusza ruch państw europejskich stawiając je przed faktem dokonanym. Jakiekolwiek wahanie USA w chwili kryzysu, będzie sygnałem dla państw mniej zaangażowanych, że mogą pozostać na ławce rezerwowych i wspierać sojuszników z bezpiecznej dali.

2. Wycofanie/redukcja wojsk USA w Europie

Donald Trump może zadecydować o redukcji sił wojskowych w Europie. Biorąc pod uwagę wcześniejsze komunikaty oraz treść Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, taki ruch nie byłby specjalnie zaskakujący. Zwłaszcza w stosunku do państw południa Europy, które okazały się nielojalne. Z drugiej strony, najłatwiej jest wycofać obecność rotacyjną, w której poszczególne jednostki pełnią służbę jedynie przez określoną liczbę miesięcy. Wystarczy wstrzymać przemieszczenie kolejnej brygady, aby rotacja nagle ustała. To zagrożenie dotyczy przede wszystkim wschodniej flanki. Brak Amerykanów na granicy, wystawi te kraje na cios.

Niewielkie pocieszenie stanowi fakt, że prezydent jest ograniczany przez Kongres. Pentagon nie może trwale zredukować liczby żołnierzy w Europie poniżej progu 76 000 ludzi, na okres dłuższy niż 45 dni. To jednak oznacza zmniejszenie ich liczby od kilku do kilkunastu tysięcy. Niemniej, stosunek części kongresmanów do członków NATO odmawiających współpracy z Waszyngtonem, może skłonić ich do zgody na ograniczone terytorialnie redukcje, np. w Hiszpanii czy Włoszech. Szczególnie w przypadku, gdy wysunięte bazy wojskowe, których głównym celem jest wsparcie projekcji siły w Afryce i na Bliskim Wschodzie, nie będą mogły dalej pełnić tej roli.

3. Paraliż w NATO

Sojusz działa w oparciu o jednomyślność. Jakakolwiek obstrukcja ze strony Waszyngtonu doprowadzi do sparaliżowania decyzji i utrudni planowanie obronne. Dodatkowo Waszyngton może ograniczać dzielenie się informacjami wywiadowczymi, rozpoznaniem satelitarnym, komplikować logistykę (amerykańskie zdolności w przerzucaniu wojsk i materiałów przekraczają wszystko czym dysponują sojusznicy). Nietrudno mi sobie wyobrazić, że podając argumenty finansowe nagle wstrzymuje finansowanie instytucji sojuszniczych.

USA może stosować obstrukcję, nie biorąc udziału we wspólnych ćwiczeniach. Może tak samo podchodzić do wspólnych inicjatyw, czego przykładem jest wspomniany już PURL. Biały Dom może wstrzymywać nominacje dla oficerów, paraliżując dowodzenie. Jednym słowem, codzienne działanie sojuszu opiera się na dziesiątkach pojedynczych decyzji i mechanizmów, których zakłócenie bardzo szybko negatywnie przełoży się na jego działanie.

Co dalej? Podsumowanie.

Prawie dokładnie rok temu, na początku marca 2025 roku opublikowałem artykuł pod tytułem „Ameryka zabija Zachód”, chciałbym przywołać otwierający go akapit:

Donald Trump dąży do jak najszybszego rozstrzygnięcia wszystkich toczących się obecnie konfliktów (Europa i Bliski Wschód), przy jednoczesnej redukcji kosztów amerykańskiej projekcji siły, oraz ekspansji terytorialnej w swoim bezpośrednim sąsiedztwie. Celem jest osiągnięcie resetu w relacjach z Rosją, neutralizacja Iranu oraz przygotowanie się do próby sił z Chinami. By to osiągnąć, Biały Dom gotów jest poświęcić bardzo wiele, w tym własną wiarygodność i partnerskie relacje.

Biały Dom nie zmienił swojego postępowania, a wręcz wykazuje się konsekwencją. Skoro tak, należy przyjąć do wiadomości, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa stały się obecnie niewiarygodne. Nie tylko z przyczyn politycznych, ale także poważnych braków na innych polach, niezależnych od retoryki i kwestii politycznych. Jeśli spojrzymy na poruszany problem w ten sposób, trudno dziwić się Hiszpanom, Francuzom czy Włochom, że postanowiły zachować rezerwę w stosunku do konfliktu z Iranem. Opisane okoliczności źle wróżą relacjom z państwami arabskimi, które ponoszą największe koszty wojny.

Szczególnie, że Teheran prowadzi bardzo sprytną politykę podkopując pozycję Waszyngtonu. Ponieważ kontroluje Cieśninę Ormuz, może decydować kto nią przepłynie. Obowiązują trzy kategorie. Państwa zaprzyjaźnione i wspierające Iran mają prawo swobodnego tranzytu. Państwa neutralne mogą pływać po uiszczeniu myta. Pełna blokada obowiązuje tylko państwa wrogie, lub udzielające wsparcia agresorom.

Gdy USA w końcu zakończa swoją operację i odpłyną, co według orędzia Donalda Trumpa z dnia 1 kwietnia nastąpi w przeciągu „dwóch lub trzech tygodni”, relacje w Zatoce Perskiej będą musiały znaleźć nową równowagę. Fakt, że wielu z tradycyjnych amerykańskich partnerów nie dało się wciągnąć w wojnę, może oznaczać, że bardzo szybko dojdą do porozumienia z Teheranem. Żadne siłowe odzyskanie kontroli nad Ormuzem, do czego namawia Donald Trump, nie będzie konieczne. Iranowi zależeć będzie na odblokowaniu cieśniny, ale na własnych warunkach.

Najwyraźniej ta właśnie kalkulacja, w połączeniu z brakiem wiary w gwarancje bezpieczeństwa, wzmaga asertywność Europy w stosunku do Waszyngtonu. Obecny kryzys pokazał, parafrazując Marco Rubio, że relacje USA z sojusznikami to ulica dwukierunkowa. Projekcja siły Waszyngtonu okazała się ściśle związana z pomocą otrzymywaną przez kraje partnerskie. Bez niej, amerykańskie możliwości ulegają znaczącej redukcji. Bez europejskich baz, amerykańskie lotnictwo nie byłoby w stanie prowadzić nalotów na Iran. Nie jest więc tak, jak to sobie Donald Trump wyobraża, że USA świetnie poradzą sobie same.

NATO bez amerykańskiego komponentu będzie dysponować jedynie fragmentem dawnych możliwości, ale przecież nie zostaną one zredukowane do zera. Przeciwnie, w obecnej fazie europejski potencjał zatrzymał redukcję i rozpoczął fazę wzrostu. Narodzi się coś nowego, czy to w ramach NATO, czy też innej formuły współpracy. Podobnie Stany Zjednoczone, bez NATO pozostaną osamotnione i ograniczone. Odsłonięte na ciosy. Przez lata, to wzajemne uzależnienie czyniło relacje transatlantyckie fundamentem stabilności Zachodu. Dzisiaj już jej nie ma.

Polityka Donalda Trumpa jest więc szkodliwa dla strategicznych interesów USA. Mimo to, nie ma przesłanek świadczących o możliwości zmiany kierunku w jakim zmierza. USA nie muszą opuszczać NATO, wystarczy aby skutecznej podkopano wiarę w zobowiązania do kolektywnej obrony. Wyciągnijmy naukę z obserwowanych wydarzeń. Nie powinniśmy wierzyć w amerykańskie zapewnienia, widząc jak mało są wiarygodne. Zamiast tego dostosujmy naszą politykę do zaistniałych okoliczności, dywersyfikując zarówno źródła dostaw uzbrojenia, jak też partnerów w polityce obronnej.


Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ

Możesz też postawić mi kawę:

buycoffe.to/globalnagra/

suppi.pl/globalnagra/

2 komentarze

Tom · 2026-04-03 o 10:12

Brakuje mi analizy co będzie w relacjach Nato-usa po tym jak ten pomarańczowy kretyn odejdzie. W scenariuszu gry wygra republikanin lub demokrata. Czy wrócimy do dobrych relacji czy na stałe już zostały zerwane. Bo pomarańczowy wiecznie prezydentem nie będzie, albo odejdzie z urzędu albo wcześniej z tego świata, swój wiek już ma.

    Filip Dąb-Mirowski · 2026-04-03 o 22:26

    Podejrzewam, że wygrana republikanina niewiele zmieni. Dewastacja jaką zrobi Trump do końca swoich rządów nie pozwoli na przywrócenie status quo ante, to będzie coś innego. W najlepszym razie jakaś zmodyfikowana formuła, może na szkielecie NATO, ale nie jest to obowiązkowe.

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *