Komentarz: Spotkanie Duda – Trump. Kto dostał kosza?

Co poszło nie tak?


To było dziwne wydarzenie. Nagle, na finiszu polskiej kampanii prezydenckiej Biały Dom wysyła sygnał, że możliwe będzie spotkanie prezydentów Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa. Pałac na Krakowskim Przedmieściu przystaje na propozycję. Rozmowy z Amerykanami toczą się już od długiego czasu i wiele spraw jest już dopinanych. Pojawia się okazja do przybicia porozumień i zdobycia przewag wyborczych. Wbrew pozorom, korzyści są obopólne. Dla polskiego prezydenta nowe umowy, zwiększające bezpieczeństwo Polski to dowód na skuteczność, dla amerykańskiego to sięgnięcie po głosy Polonii i element normalizacji. Legenda głosi, że to właśnie Amerykanie polskiego pochodzenia przechylili szalę zwycięstwa na korzyść Trumpa w poprzednich wyborach, a słabnący w sondażach lokator Białego Domu bardzo potrzebuje każdego głosu by wygrać listopadowy wyścig o reelekcję.

Pora na takie rozmowy była jednakże wyjątkowo trudna. Za kilka dni miała odbyć się pierwsza tura polskich wyborów prezydenckich, w USA trwają zamieszki i epidemia koronawirusa. Były współpracownik Donalda Trumpa John Bolton, właśnie wydał mocno niepochlebną książkę zdradzającą kulisy amerykańskiej dyplomacji. Pojawiły się też nowe informacje w sprawie gen. Michaela Flynna, byłego prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa poddające w wątpliwość trwające wiele lat postępowanie karne ws. okłamania agentów FBI na temat jego kontaktów z Rosjanami (opierało się ono głównie na odwołanych później zeznaniach samego oskarżonego). Co więcej, ujawnione transkrypcje miały osobiście obciążać Baracka Obamę oraz Joe Bidena, którzy mieli zlecić objęcie Flynna nadzorem przez „odpowiednich ludzi” jeszcze podczas trwającej kampanii wyborczej 2016 roku, gdy działał w sztabie Trumpa. Polityka krajowa USA była więc w dużym rozchwianiu.

Tymczasem w rozognionych kampanią polskich mediach pojawiało się coraz więcej spekulacji. W ostatnich dniach najpierw Dziennik Gazeta Prawna, później inne media opublikowały nawet listę spraw jakie Duda i Trump mieli załatwić w czasie spotkania. Mówiono zwłaszcza o dodatkowym tysiącu żołnierzy amerykańskich (ponad już uzgodnionych) oraz 30 samolotach F-16 prosto z Niemiec, umieszczeniu w Polsce dowództwa V Korpusu, , eskadry dronów i podarowaniu nam przez USA samolotów transportowych Hercules C-130H. Wspominano także o bliskim porozumieniu dotyczącym budowy elektrowni jądrowej w oparciu o amerykańską technologię i wspólnej pracy nad szczepionkami i lekarstwem na COVID-19. Nie była to może lista marzeń, ale dość solidny wyznacznik, że relacje polsko-amerykańskie są stale zacieśniane. Gdyby spekulacje te się sprawdziły, Andrzej Duda zyskałby potężny atut wyborczy.

Jednak do żadnego porozumienia nie doszło.

Podpisano jedynie niewiele wnoszącą deklarację podtrzymującą kierunek współpracy wyznaczony jeszcze w zeszłym roku. W zasadzie, pewnym krokiem naprzód można nazwać deklarację w sprawie atomu oraz trochę niespodziewaną współpracę w walce z COVID-19. Potwierdzono także spodziewaną inwestycję firmy Google w budowę chmury danych w Polsce (wartość inwestycji 2 mld USD). Niemniej, to nie miał być główny punkt programu, a jedynie dodatki do najważniejszych spraw o charakterze czysto wojskowym.

To ogromne zaskoczenie.

Doniesienia prasowe musiały mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości (przed polskimi mediami, podobne przecieki płynęły zza granicy). Ich szczegółowość była na to zbyt duża. Co więcej, wiele wysiłku strony amerykańskiej poszło w odpowiednią oprawę wizyty, która nota bene, budziła spore zainteresowanie na świecie. Była pierwszym tego typu wydarzeniem od początku pandemii. Pikanterii dodawała też niedawna deklaracja Trumpa o redukcji sił amerykańskich w Niemczech o ~1/3 (o 9.500 żołnierzy, do 25.000) – szeroko krytykowana jako bardzo niekorzystna nie dla Niemiec, ale tzw. wschodniej flanki NATO.

Powiedziano więc mnóstwo gładkich i przymilnych słów o Polsce, Polakach i osobiście prezydencie Dudzie. Jeszcze w czasie spotkania i zaraz po nim Biały Dom publikował cytaty Trumpa a samo oświadczenie prasowe zaczynało się od słów „Ameryka kocha Polskę i Polaków”. Stworzono krótki filmik z urywkami z wizyty, a na spotkaniu byli także m.in. wice prezydent Pence, sekretarz stanu Pompeo oraz sekretarz obrony Esper. Mimo takiej ilości cukru nie dało się uciec od wrażenia, że amerykańscy urzędnicy mieli kwaśne miny.

Pierwsze znaki, że nie wszystko idzie zgodnie z planem pojawiły się kilka dni przed wizytą. Doszło do przecieków prasowych, które mówiły o cynicznej grze Amerykanów żądających wyłączenia swoich żołnierzy spod polskiej jurysdykcji karnej, za ewentualne przestępstwa (to uproszczenie, ale mniej więcej o to chodziło). Dla Polski byłby to duży problem, a dla samego prezydenta obciążenie wizerunkowe. Waszyngton liczył jednak, że polscy politycy pójdą na ustępstwa pod presją wyborów i przełożą interes partyjny ponad rację stanu.

Drugim sygnałem, że coś jest nie tak, była informacja działu prasowego Białego Domu już w dniu wizyty, że spotkanie prezydentów potrwa ok. 45 minut. Tak krótkie „ważne” rozmowy co do zasady odbywają się w sytuacji gdy wszystko jest już domówione i trzeba tylko podpisać papiery, albo gdy faktycznie do porozumienia nie doszło, a strony robią dobrą minę do złej gry.

Trzecim, nerwowa atmosfera w czasie początkowego pozowania do zdjęć dla prasy, w którym obaj prezydenci siedzieli razem ze współpracownikami, pozując dla reporterów i odpowiadając na pojedyncze pytania. Amerykańscy dziennikarze zachowywali się standardowo – dość głośno – co starała się opanować krzycząca na nich sekretarz prasowa. Atmosfera była więc dość dziwna, wrzaskliwa i chaotyczna, co wywołało na twarzach polskiej delegacji nerwowe uśmiechy, a wyraźnie zakłopotało co bystrzejszych Amerykanów. Nikt tu nie był pewny siebie, poza zobojętniałym Trumpem i nieco zbyt mocno uśmiechniętym Dudzie.

Gwoździem do trumny okazał się briefing po spotkaniu. Donald Trump wyraźnie odczytał tylko przycięte przemówienie z kartki, bez wchodzenia w szczegóły. Owszem, nadal chwalił Polskę (i jej praworządność), wymienił wszystkie istotne kwestie: elektrownię atomową, wspólną politykę wobec sieci 5G, chwalił inicjatywę Trójmorza, wspominał o wspólnych pracach nad szczepionką i zakupie F-35. Jednocześnie jednak, po tych wszystkich superlatywach, wypowiedział zdanie, które w luźnym tłumaczeniu brzmiało „wierzę, że najlepsze w naszych relacjach jest jeszcze przed nami”. W języku dyplomacji oznacza to tyle, że nie dobiliśmy targu ale liczymy na szczęśliwy finał w innym terminie.

Powyższą wiadomość prezydent D.Trump wysłał w trakcie spotkania z prezydentem A. Dudą.

Dla mnie wszystkie te powyższe szczegóły, mowa ciała i cały anturaż (Donald Trump w czasie trwającego spotkania prezydenckiego pozwolił sobie na wysłanie twitta wymierzonego w politykę krajową USA – raczej więc na nim zbytnio nie uważał) dowodziły poczucia zawodu ze strony Amerykanów.

Utwierdził mnie w tym prezydent Duda, który po prostu przejął konferencję. Mówił długo (nieco przesadził ze szczegółowością), ale za to przytoczył przynajmniej parę szczegółów współpracy, dokonał szkicu historycznego, oraz poświęcił sporo czasu na… narzucenie narracji Trumpowi. Nazwał po imieniu neoimperialne działania Rosji (czego jego rozmówca unikał) i wręcz wtłoczył w amerykańskiego prezydenta deklarację o tym, że USA będą bronić przed nią Polskę. Wspominał o Ukrainie i państwach bałtyckich, o NATO, o gwarantowaniu pokoju przez obecność amerykańskich żołnierzy. Wyraźnie powiedział, że nie zgadza się z pomysłem Trumpa na wycofanie amerykańskich żołnierzy z Europy i namawiał go na ich pozostawienie. To ostatnie zdanie było szczególnie mocno cytowane przez zagraniczne media.

Przy czym, polski prezydent zachował przy tym swobodę i pewność siebie. Stąd wniosek, że przygotował się wcześniej i nie był zaskoczony brakiem porozumienia.

Nie zajmuję się naszą krajową polityką i walką wyborczą, ale moim zdaniem w kontekście rozbudzonych oczekiwań, wizyta zakończyła się porażką. Nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

Jednocześnie, być może doszło do przełomu i to potencjalnym kosztem (aż nie chce mi się wierzyć) reelekcji prezydenta Andrzeja Dudy. Mówiąc wprost, do porozumienia nie doszło ponieważ Polacy nie zaakceptowali Amerykańskich warunków. Przełomem w tym znaczeniu, jest przełożenie polskiej racji stanu ponad interes partyjny, mimo perspektywy przegranych wyborów.

To oczywiście tylko moje spekulacje, na których potwierdzenie lub zaprzeczenie będzie trzeba poczekać.

Idąc jednak dalej za tą teorią. Zmianą byłoby twarde postawienie się przez naszych urzędników Amerykanom. W środowisku analityków już od dłuższego czasu mówi się o tym, że Polska jest dzisiaj w pozycji, w której może pozwolić sobie na ostrzejszą grę wobec sojuszników, ponieważ znalazła się w takim miejscu i czasie w historii, który czyni z niej punkt ciężkości tej części Europy. Niezależnie od tego kto rządzi. Dlatego nie powinniśmy zgadzać się na byle jakie zapewnienia i propozycje sojuszników, protekcjonalne traktowanie i kolorowe pustosłowie komplementów, tylko mocno negocjować o jak najlepsze warunki, bo stać nas na to.

Amerykanie chcieli zagrać dość nieczysto, przekuwając swoje pozbawione kosztów polityczne poparcie w duże ustępstwa natury prawno-politycznej. Doskonale przecież wiedzieli, że obóz rządzący w Polsce może mieć trudności w wygraniu drugiej kadencji prezydentury dla swojego kandydata. Najwyraźniej bardzo się przeliczyli. W tym przekonaniu upatruję domniemanej asertywnej postawy naszej delegacji, co automatycznie przerodziło się też w wejście w buty rzecznika – państw bałtyckich i regionu, oraz po części NATO i Europy. Tym bardziej, że wizyta była konsultowana m.in. z prezydentem Litwy i sekretarzem generalnym NATO. Delegacja zamiast odwoływać wyjazd (bo o fiasku rozmów na pewno wiedziano wcześniej), postanowiła wykorzystać okazję medialną do powiedzenia kilku ważnych dla Europy i NATO rzeczy. Jestem przekonany, że wiele oczu w różnych stolicach patrzyło bardzo uważnie na to wystąpienie i wyciągało zupełnie inne wnioski niż te, które dominować będą w polskiej prasie i Internecie. W końcu tego samego dnia odbywała się w Moskwie parada wojskowa o zupełnie innym wydźwięku, stąd waszyngtońska wizyta była uważnie śledzona w poszukiwaniu adekwatnych symboli i te faktycznie nadeszły.

Wobec powyższego, stawiam tezę, że odbiór polskiego prezydenta będzie wśród sojuszników zmęczonych amerykańskimi wariactwami – zdecydowanie pozytywny.

Czy ta gra va banque się uda? Być może nasi politycy liczą na dobicie targu w czasie pomiędzy pierwszą turą wyborów a drugą. To mogłoby się udać, ale wcale nie jest pewne. To ryzykowna zagrywka. Czas pokaże jak będzie.

Jedno uważam za pewne, mimo wyraźnej porażki w kontekście krajowej polityki, ostatnia waszyngtońska wizyta Andrzeja Dudy wcale nie musi być uznana za takową w wymiarze negocjacyjnym i polityki międzynarodowej.

Na koniec załączam galerię twittów przeróżnych osób obserwujących spotkanie – głównie zagranicznych dziennikarzy i analityków.


Data: 24-06-2020


Jeśli powyższy artykuł ci się podobał, proszę rozważ czy nie warto mnie wesprzeć.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

PayPal

PayPal



https://patronite.pl/globalnagra

6 Komentarzy

Paweł · 2020-06-26 o 11:36

Ciekawe i całkowicie zgodne z moim odczuciem. Uważam, że amerykanie zagrali bardzo nieczysto i w swoim stylu. Postanowili wydusić ile się da z partnera znajdującego się w trudnej sytuacji (sondaże przedwyborcze). I tu chwała prezydentowi, że się nie ugiął, choć trudno powiedzieć czy rzeczywiście nie ugiął się (czy o czymś nie wiemy), a jeżeli tak, kto się nie ugiął – on czy jego otoczenie. Ciężko sobie wyobrazić, że człowiek bezrefleksyjnie posłuszny, w kraju, swoim politycznym mocodawcom, w konfrontacji z naciskami USA, wykazuje się ponadprzeciętną asertywnością.

    Jan · 2020-06-27 o 00:49

    Prezydent na pewno konsultuje swoje postępowanie w polityce zagranicznej z rządem i chyba tak powinno być. Przecież trudno sobie wyobrazić sytuację, że w jednym kraju prezydent i premier prowadzą swoje odrębne polityki zagraniczne, bo prowadziłoby to do dysfunkcji naszego państwa (choć po najbliższych wyborach wszystko się może zdarzyć :). Czy Duda jest „bezrefleksyjnie posłuszny, w kraju, swoim politycznym mocodawcą”? Czy jest bardziej „posłuszny” niż jego poprzednik na tym stanowisku? Wątpię. Może, po prostu, jego poglądy polityczne są dość zbieżne z tym co głosi PIS?

      Paweł · 2020-07-01 o 23:29

      Niewykluczone, że jest tak jak piszesz. Ocena postępowania będzie zależała od poglądów oceniającego i tego się nie uniknie. W każdym razie, dziś MON nieoczekiwanie zmienił dostawcę samochodów dla wojska, z Nissana (który wygrał przetarg) na Forda (z wolnej ręki). 120 mln zł, więc dla Amerykanów to drobne, ale rasowy biznesmen i po drobne się schyli.

Jan Orszanowski · 2020-06-25 o 23:49

Tak, ciekawe spojrzenie i w sumie, dość optymistyczne. Bo może w polskiej polityce jest jednak coś ponad prymitywnym partyjniactwem?
Dziękuję i pozdrawiam.

Iska · 2020-06-25 o 19:20

Dziękuję za tą analizę. Zwięzłe i konkretne podsumowanie.

Paweł Broda · 2020-06-25 o 15:37

Bardzo ciekawy artykuł.
Pięknie dziękuję za jego opublikowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *