Husaria Międzymorza.

Wiele mówi się o budowaniu polskiej potęgi nie tylko w wymiarze materialnym, ale też kulturowo-politycznym. Temat ten od kilku już lat stanowi przedmiot dyskusji publicystów i analityków od lewej do prawej strony. Był poruszany przez premiera Mateusza Morawieckiego w ostatnim exposé. Wyraźnie więc widać, że nie tylko jest to kwestia dostrzegana i dyskutowana, ale nawet podejmowane są próby jej implementacji. Pytanie, na ile jest to spójna koncepcja i jak skuteczne jest jej wdrażanie w warunkach niekończącej się wojny informacyjnej. Czy dysponujemy odpowiednimi do tego narzędziami oraz czy odpowiednio adresujemy przekaz?

**

Gdzie jesteśmy?

Coraz bardziej słyszalne są głosy mówiące, że jeśli chcemy, by Polska przetrwała postępujący rozpad dotychczasowego ładu światowego, nie możemy skupiać się w naszych działaniach wyłącznie na aspektach tzw. „hard power”, czyli potęgi państwa mierzonej siłą ekonomiczną i wojskową. To oczywiście ogromnie ważne, ale samo w sobie niewystarczające w naszym położeniu geopolitycznym, niosącym równie wiele szans rozwojowych, co zagrożeń. Nasza ojczyzna, jako jedno z największych państw regionu, dodatkowo umiejscowione w centralnym punkcie między Wschodem a Zachodem, stanowi naturalny punkt ciężkości. Powołano inicjatywę Trójmorza, ożywiono współpracę w ramach grupy V4 ale to nadal zbyt mało by stawić czoła pojawiającym się wyzwaniom. Walka między USA a Chinami, agresywna polityka Rosji i tarcia wewnątrz Unii Europejskiej zmuszają nas do samodzielnego decydowania o naszym otoczeniu.

Jednocześnie jesteśmy fizycznie zbyt blisko twardego jądra Europy, by samo tylko położenie było parametrem wystarczającym do budowania własnej atrakcyjności. Bez warstwy kulturowej i sprawnej polityki, odpowiednich warunków rozwojowych dla obywateli, będziemy jedynie kawałkiem ziemi między Odrą a Bugiem. Jak dobitnie pokazał upadek pierwszej Rzeczpospolitej, niczym więcej niż szlakiem wojennym i handlowym między dwoma potężnymi sąsiadami. Trzymając się historycznych porównań, sympatyczną, ale pozbawioną politycznego znaczenia karczmą przy trakcie, gdzie co prawda wiele osób zagląda, ale nikt na dłużej nie zostaje. W końcu, polityka prowadzona jest w pałacach przez władców, a nie w gospodach przez karczmarzy.

Stąd konieczność budowania atrakcyjności naszej kultury, systemu politycznego czy propozycji społecznej, innej niż ta utożsamiana z Berlinem i bardziej atrakcyjnej niż ta oferowana przez Moskwę. A obie przecież tak bardzo dominują dyskurs w naszym regionie, że zdają się nie pozostawiać miejsca na inny konstrukt, co wielu z nas irytuje. Żadna z nich bowiem nie jest skrojona na naszą miarę, nie odpowiada naszym potrzebom i wobec tego nie może stanowić wzorca rozwojowego. Musimy tę pracę zacząć od podstaw, a czas ku temu jest sprzyjający.

O ile, koncepcyjnie, budowanie „twardej siły” odbywa się w sposób przeliczalny i namacalny (np.: wiemy jaka ilość samolotów czy czołgów i jakiego typu zapewni nam względne bezpieczeństwo albo jaka gałąź gospodarki może być jej kołem zamachowym), o tyle budowanie „miękkiej siły” nie jest ani tak szybkie, ani łatwe.

Czy możemy bowiem stworzyć kulturowe przyciąganie dla dowolnego regionu lub państwa? Tak jak prawie „z niczego”, według utartych prawideł sztuki buduje się armię lub fabryki? Czy w ogóle da się stworzyć potęgę danego narodu bez istniejącej wcześniej ideowej podbudowy określonej państwowości: historii, kultury i języka? Teoretycznie tak, ale jest to zadanie wybitnie trudne, rozłożone na dziesiątki, jeśli nie setki lat i oczywiście ściśle zależne od położenia geograficznego.

W nowożytnej historii najlepszy przykład stworzenia konceptu nowego narodu stanowią Stany Zjednoczone Ameryki. Historia tego kraju stanowić powinna dla nas inspirację w konstruowaniu własnej atrakcyjności. Jest to państwo, o którego sukcesie w dużej mierze decydowała zdolność przyciągania ludności napływowej. Powstałe jako szczytowe osiągnięcie epoki oświecenia w oparciu o wspólny interes gospodarczy trzynastu kolonii, było projektem od początku do końca świadomym i zaplanowanym. Jego spoiwem kulturowym stała się wolność myśli i sumienia jednostki. W połączeniu z szansą na bezpieczną pracę i rozwój (bezkresne, gotowe do kolonizacji przestrzenie) stanowiło prawdziwą migracyjną ziemię obiecaną. Oczywiście, położenie geograficzne Stanów, skrytych za potężnym oceanem, w oddaleniu od agresywnych sąsiadów, w dużej mierze zdecydowało o powodzeniu tego przedsięwzięcia. Inaczej niż to było w przypadku rewolucyjnej Francji czy próbującej uniknąć gorzkiego końca Rzeczpospolitej.

Ani wtedy, ani dzisiaj Polska nie posiada tak komfortowego otoczenia, wobec czego nie dysponuje czasem potrzebnym na spokojny rozwój. Poddawana jest nieustannej presji zewnętrznej, co wydatnie utrudnia nam działania. W przeciwieństwie jednak do osiemnastowiecznych Amerykanów, dysponujemy bardzo bogatą i długą historią. Silną kulturą i tożsamością. Naszym wyzwaniem nie jest więc czasochłonna budowa nowego narodu tylko redefinicja tożsamościowa. A nawet nie tyle jej zmiana, co swoiste wydestylowanie wszystkiego co w nas najlepsze, a jednocześnie mogącego być wspólną, uniwersalną wartością dla innych. Tak, by w przyszłości móc na tej podstawie skutecznie realizować nasze interesy. Wiedząc skąd pochodzimy i kim jesteśmy, będziemy zawsze wiedzieć dokąd zmierzamy. Podobnie to robią np.: Rosjanie (russkij mir) starając się przekształcić bezpośrednie sąsiedztwo na swój wzór, co zmusza nas do proporcjonalnej odpowiedzi.

Kim jesteśmy?

Stereotypy były, są i będą. To, jak jesteśmy postrzegani, nie powinno mieć wpływu na to, jak sami siebie oceniamy. Poczucie własnej wartości musi pochodzić ze samoświadomości, a nie opierać się na widzimisię innych. Nie wolno nam jednak zaniedbywać naszego wizerunku, choćby z powodów czysto praktycznych. Jak w życiu, czyści, uśmiechnięci, schludnie ubrani i z gotowym planem w głowie na pewno lepiej poradzimy sobie, czy to w kontaktach międzyludzkich, czy handlowych. Świadome granie cechami pozytywnymi zwiększa naszą atrakcyjność, odsuwając na drugi plan cechy negatywne i odwrotnie. Pozostawienie wizerunku własnemu losowi zawsze doprowadzi do sytuacji, że „zadbają” o niego inni (vide „polskie obozy śmierci”).

Jeden z najpopularniejszych stereotypów o Polakach narodził się jeszcze w XVII wieku w głowach naszych zachodnich sąsiadów. Co ciekawe, był później wzmacniany przez nas samych. Tak pisze o tej korelacji dr hab. Igor Kąkolewski¹:

„Są one refleksem niemieckiego autostereotypu deutsche Ordnung, któremu wielu naszych rodaków będzie przeciwstawiać „polski bałagan”, będący z kolei odbiciem niemieckiego heterostereotypu polnische Wirtschaft”.

Niemiecki porządek i polski bałagan. Stereotyp, który wykorzystany został później do budowania akceptacji dla rozbiorów. Kto dziś pamięta, że w czasach początków walki o odzyskanie niepodległości zastąpiony został przez wizerunek „szlachetnego Polaka” (der Elde Pole) i „pięknej Polki” (die schöne Polin)? Romantycznego powstańca bez skazy i nieprzytomnie go kochającej piękności, powielany piórem niemieckich literatów, m.in. przez znanego i u nas E.T.A. Hoffmanna (nazywanego czasem ojcem fantastyki).

Od czego zacząć kształtowanie obrazu? Sporządzenie katalogu naszych wad i zalet byłoby dobrym punktem wyjścia. Przyjmijmy na potrzeby niniejszych rozważań, że generalizowanie uprości dyskusję. Każda cecha negatywna, może być zastąpiona pozytywną.

Nie dokonam wielkiego odkrycia, jeśli powiem, że należałoby unikać tematyki wzmacniającej negatywne stereotypy o Polakach. Kwestia tego, na ile wyobrażenia te mają związek z rzeczywistością, powinny być poddawane naszej wewnętrznej ocenie przez socjologów w ramach kształtowania się życia społecznego i zasad, wedle których żyjemy. Nigdy zaś eksponowane na zewnątrz. Brak planu w świadomym kreowaniu wizerunku prowadzi do dysonansu poznawczego u niezaznajomionego z niuansami polskiej historii odbiorcy. Łatwo wtedy o pomyłkę. Wzięcie patriotyzmu za nacjonalizm, a przywiązanie do tradycji za dewocję. A przecież historia, czy nawet współczesność, daje nam wystarczającą ilość pozytywnych inspiracji, które w czytelny sposób pomogą opowiedzieć kim jesteśmy.

Musimy wiedzieć, co chcemy powiedzieć innym o sobie i co dzięki temu osiągnąć. Poza kwestią określenia własnych przymiotów, ważne jest posiadanie uniwersalnego nośnika idei. Czegoś, co mogłoby stanowić punkt odniesienia dla innych narodów. Na tę chwilę, naszym głównym zainteresowaniem powinno być budowanie regionalnej tożsamości skierowanej tak na Zachód, jak i Wschód Europy.

Tymczasem wydaje się, że w ciągu ostatnich kilku lat gros wysiłków administracji państwowej skupiony został do wewnątrz. Budowa poczucia dumy narodowej jest naturalnie bardzo istotna, ale nie może przesłaniać albo, co gorsza szkodzić (!), działaniom obliczonym na odbiór międzynarodowy. Nie w obecnej sytuacji geopolitycznej. Czerpiemy przy tym nie z wystarczająco odległej (by nie budziła skrajnych emocji) i nieporównywalnie bardziej bogatej historii wielonarodowej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, tylko z hermetycznej i czasem budzącej wiele kontrowersji historii XX wieku. Nie tędy droga. Nie musimy budować własnego poczucia wartości kosztem innych. Przeciwnie, musimy wyzbyć się poczucia wyższości.

Odzyskanie niepodległości, bitwa warszawska czy powstanie wielkopolskie to ważne elementy naszej współczesnej tożsamości. Jednak krótkie trwanie międzywojnia czy beznadziejna walka „żołnierzy wyklętych” to nie materiał, który mógłby pozytywnie przemawiać do wyobraźni naszych sąsiadów. Zwłaszcza, że mogą oni mieć w tych sprawach całkowicie odmienne poglądy. Z kolei walka o niepodległość stanowi element powszechny dla wielu narodów, a przez to mało wyróżniający. Dlatego fundamentem, na którym zbudujemy nasz nowoczesny wizerunek powinna być historia pierwszej Rzeczpospolitej. Wielkiego europejskiego mocarstwa, którego liczne nacje Europy Środkowej i Wschodniej były immanentną częścią. Taką interpretację można powtórzyć również dzisiaj ale nie z pozycji siły tylko otwartej oferty, partnerstwa.

Widać to było doskonale 22 listopada 2019 roku, na zorganizowanej przez władze litewskie i polskie ceremonii pochowania powstańców styczniowych na wileńskiej Rossie². W uroczystościach, poza tłumem zwykłych ludzi, wzięli także udział prezydenci Polski Andrzej Duda i Litwy Gintanas Nauseda, premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Białorusi Ihar Pietryszenko, oraz oficjele z Ukrainy, Estonii i Łotwy. Wydarzenie odbiło się szerokim echem w regionie. Musimy zdać sobie sprawę, że choć jesteśmy politycznymi depozytariuszami pierwszej Rzeczpospolitej, to nie jest ona wyłącznie naszą własnością. Należy zarówno do nas, jak i Litwinów, Białorusinów, Ukraińców czy mieszkańców dawnych Inflant (państw bałtyckich). Wszyscy jesteśmy jej dziećmi, tak jak byli nimi Mickiewicz, Kalinowski czy Piłsudski, niezależnie jak zapiszemy ich nazwiska. A za pośrednictwem elekcyjnych królów czy licznych kontaktów międzynarodowych, stanowi ona wyraźny punkt odniesienia dla pozostałej części Europy: Niemców, Rosjan, Francuzów, Holendrów, Szwedów i Węgrów.

Nie bądźmy zazdrośni. Dzielmy się nią z innymi. Jej religijną tolerancją, samorządnością i legendą skrzydlatej husarii. Niech to będzie koncept, który nie tylko każdy Polak ale ktokolwiek chcący zamieszkać w naszym kraju będzie mógł wziąć za swój. Co ważne, takie postawienie sprawy predestynuje migrację z określonego (preferowanego) kręgu kulturowego, cywilizacji łacińskiej (w szerszym kontekście także bizantyjskiej – wg klasyfikacji F. Konecznego). Z drugiej strony, ślady dawnej Rzeczpospolitej rozsiane są po wielu krajach, od Bałtyku po Morze Czarne. To gotowy szkielet do ekspansji dla nowych idei, dla naszego wkładu w kulturę i bezpieczeństwo. Pozwólmy innym na czerpanie z tego skarbca. Ich zaangażowanie zmultiplikuje siłę narracji. Będzie to znakomite uzupełnienie innych, nieodzownych działań prowadzonych już w wymiarze czysto praktycznym: polityki prorodzinnej, stymulacji podatkowej, dbania o bezpieczeństwo i zaangażowania w konstruktywną politykę wspólnotową.

Nowoczesny Polak

Czy chcemy być niczym walący głową w mur, odrealnieni idealiści z czasów kolejnych klęsk powstańczych? Czy raczej jak niepozbawieni fantazji, ale na wskroś pragmatyczni husarze, wbijający się nieustępliwym klinem w szeregi wroga? A może nie powinniśmy ulegać starym kliszom, tylko brać z historii to, co najlepsze? Jedną sprawą jest bowiem nośnik idei symbolizowany przez skrzydlatego rycerza, a drugą to, kim jesteśmy lub chcemy być dzisiaj.

Jak wybrać właściwą drogę?

Odpowiedzią musi być nasz dalekosiężny, pragmatyczny cel, do którego realizacji pasują określone cechy osobowościowe. A w zasadzie nie jeden a kilka, wzajemnie połączonych pozwalających realizować polską rację stanu.

Polska kultura może nieść wartości pożądane przez innych. Te dla zachodniego kręgu kulturowego będą jednak zupełnie inne od tych ze wschodu. Warto, żebyśmy zdawali sobie z tego sprawę, ponieważ jest to głęboki konflikt wewnątrz cywilizacji łacińskiej.

Tak pisze o tym zjawisku prof. Chantal Delsol, francuska neokonserwatystka³:

„Gdy obie Europy mówią o wartościach, do których są przywiązane, to nie chodzi o te same wartości. Europa Zachodnia ma na myśli wielokulturowość, uniwersalizm, globalizm i społeczeństwo rynkowe. Europa Środkowa ma na myśli tożsamość kulturową, duchowość, solidarność zachwianych”.

Nie ma najmniejszego sensu, byśmy ścigali się z Zachodem w liberalizmie światopoglądowym. Syte społeczeństwa tamtej części Europy kierują się już zupełnie innymi przesłankami, niż będący na wiecznym dorobku, czujący nieustanne zagrożenie dla własnej egzystencji mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej. Czy zarzucimy zachodnim społeczeństwom postępujący nihilizm, samolubny indywidualizm, czy po prostu uznamy, że racjonalizm i liberalizm są stanem naturalnym w ponowoczesności, fakty są takie, że postawy te będą jeszcze przez dłuższy czas nie do pogodzenia z naszą wrażliwością. Różnic jest zresztą wiele, od dysproporcji majątkowej, wynikającej z rozwoju po przeciwnych stronach żelaznej kurtyny, przez religijność (słabiutką, czasem protestancką versus nadal jeszcze powszechną, prawie jednolicie rzymsko-katolicką) po postkolonialne poczucie winy, które u nas zastępowane jest co najwyżej przez poczucie krzywdy („zdrady”).

Pewne wartości konserwatywne (np.: patriotyzm, przywiązanie do tradycji, ewolucja a nie rewolucja, sanacja) są pożądane przez część obywateli na zachód od Odry, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w wynikach wyborów, w których coraz więcej głosów otrzymują partie neokonserwatywne, antysocjalistyczne, sprzeciwiające się polityce multikulturalizmu itp. Z drugiej strony, ostrożna tolerancja światopoglądowa i wolność jednostki, przy jednoczesnym poszanowaniu zasad państwa prawa oraz dostarczeniu „normalnych” warunków do życia (bezpieczeństwo, infrastruktura, sprawność administracji, brak powszechnej korupcji, polityka prorodzinna), jest propozycją bardzo atrakcyjną dla naszych wschodnich sąsiadów. Szczególnie, że na pewnym poziomie łączy nas nie tylko podobieństwo języka, ale też związki kulturowe. To bardzo ważne, bo przy obecnych deficytach na rynku pracy, nasza gospodarka uzależniona jest od migrantów zarobkowych ze wschodu (głównie Ukrainy). Dla wielu z nich, Polska jest kulturowo bardziej atrakcyjna niż Niemcy. Jeśli jednocześnie rosnąć będą płace, to możliwe że ludzie ci nie pojadą dalej na zachód przy pierwszej nadarzającej się sposobności.

Według badania przeprowadzonego dla Fundacji im. Stefana Batorego w grudniu 2018 roku, Polacy stają się stopniowo coraz mniej religijni (81% wierzy w Boga, mimo iż aż 92-95% uważa się za katolików – co i tak jest wynikiem niebotycznym przy sekularyzacji Zachodu), ale pozostają kulturowo konserwatywni. Mogą nie wierzyć na poziomie osobistym, ale jednocześnie nie kwestionują wartości chrześcijańskich. Większość uznaje homoseksualizm za typ orientacji seksualnej a nie dewiację (66%), a jednocześnie uważa małżeństwo za związek kobiety i mężczyzny (75%), w dodatku związek formalny, a nie tzw. partnerstwo (67%). Aż 81% respondentów deklaruje przywiązanie do patriotyzmu. Z kolei 65% chce legalizacji marihuany, 63% popiera ruchy feministyczne, a 88% uważa o. Tadeusza Rydzyka za biznesmena, a nie zakonnika. Niezależnie od wieku, poglądów i wykształcenia 73% jest przeciwne idei bezwarunkowego przyjmowania imigrantów, a nawet do 91% zadeklarowało poparcie dla Unii Europejskiej.

Na tej podstawie łatwo wysnuć tezę, że Polacy w wielu aspektach są dość racjonalni, natomiast pozostają przywiązani do własnej tożsamości. To idealne połączenie plasujące nas w racjonalnym centrum toczonej w ostatnich latach wielopłaszczyznowej wojny kulturowej. To dobry punkt wyjścia do kształtowania kierunku rozwoju Unii Europejskiej. Ścieranie się liberalnego światopoglądu z konserwatywnym jest zagadnieniem nie tylko polaryzującym społeczeństwa, ale również przekłada się na różne aspekty polityki państwa: klimatyczne, energetyczne, wojskowe, polityczne i społeczne. O to wszystko trwa spór wewnątrz wspólnoty europejskiej.

Ta destabilizacja mentalna wynika w znacznym stopniu z Wielkiej Recesji5 (lat 2007-2008) i jej ogromnych społeczno-politycznych kosztów (pauperyzacji, poczucia braku sprawiedliwości). Niestety, wynikła z realnych problemów obywatelska frustracja wykorzystana została także do prowadzenia wojny środkami asymetrycznymi, co bezpośrednio przełożyło się na działanie państw (vide rosyjska ingerencja w procesy wyborcze krajów Zachodu) i ich wewnętrzną niestabilność. Stąd tak ostra polaryzacja i tak gwałtowny charakter protestów (np.: „żółte kamizelki” we Francji, katalońscy secesjoniści w Hiszpanii). Nastąpił wzrost populizmów i postaw radykalnych.

Pozostając społeczeństwem na dorobku, ze świeżą pamięcią chaotycznych lat 90. XX wieku potrafimy docenić zasady prawne i administracyjne, według których funkcjonuje świat demokracji liberalnej, ale jednocześnie zbyt często i zbyt długo pozbawiani byliśmy własnej tożsamości, by godzić się na jej dobrowolne odrzucenie w imię nieokreślonego multikulturalizmu i ultraliberalizmu obyczajowego. Wbrew romantycznej historii ostatnich 200 lat, pozostajemy dziś społeczeństwem na wskroś racjonalnym, suwerennym, rozumiejącym stojące przed światem i Polską wyzwania, gotowym stawić im czoła. Co tłumaczy bezwzględne przywiązanie do szeroko pojętego własnego bezpieczeństwa, będącego wartością nadrzędną tak w wymiarze pojedynczej jednostki, jak i szerszej grupy.

To jest filozofia, którą możemy śmiało propagować jako trzecią drogę polityczno-kulturalnego dyskursu. Neutralizującą skrajny nacjonalizm i różnorakie populizmy. Fundament, który z czasem będzie się konkretyzować, tak jak powoli ustabilizują się sprawy ustrojowe, gdy dojrzewając w demokracji znajdziemy w końcu stan równowagi.

Od pomysłu do realizacji

Na ile jednak nasz punkt widzenia i wartości są w stanie skutecznie oddziaływać na innych w dobie wyzwań XXI wieku?

Nie wystarczy samookreślenie i bierne czekanie na efekty. Tak jak konflikt asymetryczny, tak i nasza polityka musi być aktywna i wielopłaszczyznowa. A samo działanie musi odbywać się w sposób przemyślany. Inaczej niż w przeszłości, dzisiaj o sukcesie prowadzonej polityki decyduje dynamiczne reagowanie w wysoce niestabilnym środowisku. Jednym słowem, kto szybciej uzyska informację, szybciej ją przetworzy i rozpocznie adekwatne działania, ten wygrywa. Do tego potrzebny jest nie tylko wywiad, ale także nowoczesna analityka i bezpośredni kontakt między nią, a centrum decyzyjnym kraju.

Przy czym nie należy zaniedbywać „marketingu”, czyli sposobów dystrybucji naszych idei na zewnątrz. Nawet wszechpotężne po drugiej wojnie światowej Stany Zjednoczone bardzo wiele uwagi przykładały do kompleksowych działań związanych z globalną projekcją siły. Nie chodziło przecież tylko o potężną i innowacyjną gospodarkę, system walutowy, najsilniejszą armię i marynarkę, ale też o „American dream”. O Hollywood, hamburgery i Myszkę Mickey. Bo każdy, nawet najlepszy produkt potrzebuje odpowiedniego marketingu. A idea polityczna jest produktem jak inne.

Za USA stały twarde argumenty (tzw. hardware), dlatego jej dyplomacja miała w wielu przypadkach komfort narzucania swojej woli innym. Wielką uwagę przykładały również do analityki. Think tanki, ośrodki myśli, instytuty, fundacje i uczelnie wyższe zawsze obracały w umysłach niezliczoną ilość koncepcji, którą nieustannie suflowały kręgom rządowym. A te, pragmatycznie i z rozwagą podchodziły do pozyskania, przetwarzania i obiegu informacji. Jednak na poziomie zwykłych obywateli, a nie polityków, Amerykanie przekonywali do siebie za pomocą popkultury.

W przypadku Polski, ogromna diaspora wschodniego autoramentu, zarówno wśród pracowników jak i studentów jest idealnym adresatem takiego przekazu. W dobie społeczeństwa informacyjnego, ukierunkowane, sprawnie opracowane treści oddziałują dużo silniej niż czyniła to „propaganda” w przeszłości.

Pomijając skalę działań (raczej regionalną, a nie globalną), emblematyczny przykład Stanów Zjednoczonych jest dobrym punktem odniesienia. Nie musimy jednak szukać tak daleko. Podobnie postępują Niemcy, którzy działaniami miękkimi na arenie międzynarodowej, skutecznie oddzielili winę za zbrodnie drugiej wojny światowej od narodu niemieckiego. Powstała asocjacja politycznego bytu „nazistów” i kolaborujących z nimi narodowych faszystów, z naczelną rolą dyżurnego szwarccharakteru „antysemickiej” Polski. Jeśli ktokolwiek jeszcze zastanawia się jak doszło do takiego zawłaszczenia narracji o drugiej wojnie, niech spojrzy na twarde dane. Instytut Goethego (niem. Goethe-Institut), stworzona przez niemiecki MSZ organizacja pożytku publicznego mająca promować język i kulturę, posiada 136 placówek i 11 biur kontaktowych w 92 krajach świata. Nasz odpowiednik – Instytut Polski – jedynie 25 placówek w 22 krajach.

To prawda, że dopiero budujemy swoje zdolności, korzystając z relatywnie niewielkiej ilości atutów. Niemniej, nie można tłumaczyć wyraźnych zaniedbań w tym zakresie jedynie brakiem środków i struktur. Wiele winy upatruję w naszym myśleniu. Jedną z największych bolączek ostatnich lat w prowadzeniu skutecznej polityki zagranicznej państwa był powtarzający się brak właściwego obiegu informacji, brak wystarczającej analizy i świadomości sytuacyjnej na każdym etapie postępowania. Przez co władza wykonawcza, podejmowała albo błędne decyzje, albo zaniedbywała komunikację.

Wynika to nie tylko z ludzkich słabości (np.: stawiania własnego lub partyjnego interesu ponad rację stanu), ale i braku spójnych mechanizmów działania w poszczególnych ministerstwach czy urzędach. Ważną analizę ktoś mógł przeczytać lub po prostu wsadzić do szuflady biurka. Ktoś inny nie przekazał istotnych zastrzeżeń od ambasadora zaprzyjaźnionego państwa. W rezultacie w Sejmie przegłosowana została ustawa, która doprowadziła do wielkiego kryzysu dyplomatycznego. A to przecież nie jedyne, codzienne zagrożenia.

W toczonym nieustannie konflikcie asymetrycznym, wiele energii służb specjalnych idzie w podsycanie niepokojów społecznych. Mogą to być operacje medialne lub dezinformacyjne, ale też obliczone na finansowanie grup protestu (o jakichkolwiek poglądach czy afiliacji). Polaryzacja prowadzi ostatecznie do zaostrzenia konfliktów wewnętrznych w danym państwie, a te do chaosu. W połączeniu z innymi działaniami (agenturą, dyplomacją, szantażem militarnym lub surowcowym, sabotażem gospodarczym) agresor zyskuje duży wpływ na politykę atakowanego państwa (tzw. zarządzanie kryzysem). Wyzwania globalnej rywalizacji są bardzo złożone, a działania prowadzi się na kilku płaszczyznach równocześnie, poniżej progu otwartej wojny. Bez nowoczesnego systemu analitycznego, wywiadowczego i bez ciągłego pozostawania w gotowości, przy jednoczesnym dbaniu o „miękkie oddziaływanie”, skuteczna ich neutralizacja jest niemożliwa.

A skoro tak, priorytetem administracji rządowej powinno być opracowanie sprawnego, centralnego systemu obiegu informacji: od zbierania danych, poprzez ich przetworzenie (analizę), opracowania strategii, na dystrybucji wśród organów wykonawczych skończywszy. Tak, by dynamicznie reagować na nieustannie zmieniające się środowisko międzynarodowe.

Tymczasem, naszą politykę zagraniczną prowadzą zasadniczo trzy główne ośrodki: prezydent, premier oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych (celowo pomijam komisje parlamentarne jako mniej istotne).

Każdy z nich ma swoich analityków i doradców oraz cały aparat wykonawczy. W Kancelarii Prezesa Rady Ministrów istnieje aż pięć departamentów związanych z analityką i opracowywaniem strategii (Analiz, Analiz Przygotowań Obronnych Administracji, Bezpieczeństwa Narodowego, Spraw Zagranicznych i Studiów Strategicznych) o czasem zbieżnych kompetencjach. Do tego dochodzi jeszcze podległy premierowi Ośrodek Studiów Wschodnich oraz powołane w grudniu 2018 roku Centrum Analiz Strategicznych. Ta ostatnia instytucja wydaje się być zresztą próbą uporządkowania analityki i planowania. Do roku 2006 istniała podobna instytucja – Rządowe Centrum Studiów Strategicznych. Później koncept ten zupełnie zarzucono.

Idąc dalej, w samym MSZ, podległym premierowi ale mimo wszystko będącym administracyjnie odrębnym bytem, są kolejni analitycy zrzeszeni w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych oraz działający „w terenie” ambasadorowie, którzy niejako trzymają rękę na pulsie wydarzeń w miejscu delegowania. Poza tym wiele innych ministerstw (choćby MON) czy instytucji posiada swoich własnych ekspertów od spraw międzynarodowych i bezpieczeństwa. Czasem pojedyncze osoby, albo niewielkie zespoły, rzadziej rozbudowane departamenty.

To spora grupa ludzi. Tysiące dokumentów i informacji, które nie zawsze docierają tam gdzie i kiedy powinny. Z pewnością podana wyżej struktura analityczno-decyzyjna powinna ulec uproszczeniu lub przynajmniej scentralizowaniu. Ostatnia kompleksowa reforma administracyjnego centrum państwa miała miejsce za rządów SLD-UP, w 1997 roku. Pewnych zmian w latach 2018-2019 dokonał rząd premiera Mateusza Morawieckiego. Powołano wspomniany CAS, wydzielono ministra do spraw europejskich ze struktury MSZ oraz stworzono całkowicie nowe ministerstwo do spraw klimatu. Wydaje się, że jest to nadanie szczególnego priorytetu kwestiom międzynarodowym i chciałbym traktować te zmiany jako dobry prognostyk na przyszłość. Warto zastanowić się jak daleko powinny sięgać reformy i czy nie warto iść za ciosem?

Trzeba przy tym pamiętać, że tego typu reorganizacja musiałaby być rozsądnie zaplanowana, a jej faktyczną realizację utrudniałyby uwarunkowania krajowej polityki. O propozycjach reformy MSZ pisał choćby Ośrodek Analiz Strategicznych piórem Witolda Jurasza6. Sam uważam za wskazaną centralizację rządowej analityki i wpięcie jej bezpośrednio w aparat wykonawczy, przy jednoczesnej rozbudowie niezależnych ośrodków myśli i think tanków, tak by istniała konkurencja. W analityce nie chodzi przecież o mówienie tego, co politycy chcą usłyszeć, tylko o brutalną prawdę.

Być może pewną pomocą mogłaby w tym stanowić cyfryzacja. Wielką zmianą jakościową byłoby stworzenie wielopłaszczyznowego systemu informatycznego, swoistego repozytorium wiedzy, do którego każdy z rozproszonych ośrodków analitycznych mógłby wysłać swoje materiały. Na początku tylko te, które oparte zostały o tzw. biały wywiad (OSINT). Odpowiednia klasyfikacja materiałów, pozwoliłaby na ich dynamiczne zaszeregowanie (za pomocą odpowiednich algorytmów) wedle tematyki, pilności i aktualnej rządowej agendy. Platforma ta mogłaby też służyć wymianie myśli i koncepcji pomiędzy poszczególnymi ośrodkami.

Pomysłów jest z pewnością wiele i dobrze byłoby o nich rozmawiać w ramach szerszej debaty.

Podsumowanie

Zmiany rozsadzające dotychczasowy globalny porządek są faktem. Chcąc nie chcąc musimy zacząć adaptować się do nowego środowiska. Państwo o naszej wielkości i położeniu, nie stać na myślenie życzeniowe i opieranie się na innych. Musimy włączyć się do gry, a najlepiej zrobić to poprzez zadbanie o nasze bezpośrednie otoczenie. Jego skonsolidowanie musi odbywać się na czymś więcej niż tylko strachu przed nieznanym. W sytuacji, w której kontestowane są dotychczasowe wartości i zasady, dobrą propozycją jest ta odwołująca się do wspólnego dziedzictwa kulturowego i nowoczesnego partnerstwa, a nie hegemonii silnych wobec słabych. To promieniowanie kulturowe wzmocni także ofertę materialnego bezpieczeństwa: wojskowego (na co liczą państwa bałtyckie) i gazowego (na co liczą Białoruś i Ukraina). Coś co praktycznie już dziś jest w naszej dyspozycji.

Niezależnie od tego jak skonstruujemy swój komunikat i jakich narzędzi użyjemy do jego propagowania, proces ten zajmie wiele lat. Oznacza to konieczność osiągnięcia szerszego konsensusu wśród możliwie dużego grona polityków. Chodzi o to by ewentualna zmiana partii rządzącej nie wywracała do góry nogami pracy poprzedników. To może być trudne, ale nie jest niemożliwe. Potrzebna jest otwarta dyskusja, nie tylko w kręgach neokonserwatywnych, ale też szeroko rozumianych neoliberalnych.

Jestem pewien, że niezależnie od sympatii politycznych podstawowe wnioski będą takie same dla wszystkich. Polska racja stanu musi opierać się o zdroworozsądkową zasadę budowy własnego potencjału i maksymalnej samodzielności. Zawsze więc chodzić musi np.: o niezależność energetyczną, zdolną do obrony armię, dobrą współpracę z partnerami. Sprawą wtórną będą takie lub inne sojusze międzynarodowe lub wewnątrz wspólnotowe, krajowa polityka (do pewnego stopnia) i sposoby realizacji wspomnianych założeń. Tak długo jak ten paradygmat zostanie zachowany, zawsze pozostaniemy w ruchu we właściwym kierunku.

Bierność byłaby niewybaczalnych błędem.

Data: 06-12-2019

**

Przypisy:

¹ Od „Polnische Wirtschaft” do polskiej gospodarności? Konfiguracje i kontynuacje niemieckich stereotypów o Polakach od XVIII do początków XXI wieku, Kultura Współczesna : teoria, interpretacje, krytyka. 2015, nr 1, s. 88-99.

² Wileńska lekcja, Jerzy Haszczyński, https://www.rp.pl/Komentarze/311249972-Jerzy-Haszczynski-Wilenska-lekcja.html dostęp: 02-12-2019.

³ „Rewolucja konserwatywna przechodzi przez Europę” Wszystko Co Najważniejsze 17 czerwca 2018, prof. Chantal Delsol, https://wszystkoconajwazniejsze.pl/chantal-delsol-rewolucja-konserwatywna-przechodzi-przez-europe/ dostęp 02-12-2019

⁴ „Jaka jest Polska. Raport z badania”, Fundacja im. Stefana Batorego, 15.07.2019, prof. dr hab. Henryk Domański https://www.batory.org.pl/upload/files/Programy%20operacyjne/Masz%20Glos/OK-2_Final_Domanski.pdf dostęp 02-12-2019

5 Kryzys finansowy rozpoczęty w USA na rynku kredytów tzw. subprime, który w krótkim czasie przełożył się na załamanie gospodarcze na prawie całym świecie. Apogeum przypadło na lata 2008-2009, doprowadzając do upadku liczne instytucje finansowe (banki i fundusze kapitałowe) oraz przełożyło się na pauperyzację społeczeństw państw rozwiniętych. Nim wprowadzone środki zaradcze uspokoiły sytuację i pozwoliły na powolną odbudowę gospodarczą, minęło kilka lat który to okres potocznie nazwano Wielką Recesją (The Great Recession).

6 „MSZ – diagnoza stanu obecnego i propozycje reform”, Ośrodek Analiz Strategicznych, 02.01.2019, Witold Jurasz https://oaspl.org/2019/01/02/msz-diagnoza-stanu-obecnego-i-propozycje-reform/ dostęp 05-12-2019