Francja przed szansą.

W jednym z kwietniowych postów pisałem obszernie o wyborach prezydenckich we Francji. Mam teraz chwilę czasu by wrócić do tego tematu. Zgodnie z przewidywaniami Emmanuel Macron pokonał w nich Marine LePen dając Francji i Europie chwilę oddechu. Tymczasem jesteśmy już po wyborach parlamentarnych i cóż się okazało? Ich wynik jest sporym zaskoczeniem. Co prawda większość komentatorów raczej zgodna była co do ponownej (po prezydenckich) wygranej Macrona ale mało kto podejrzewał, ze zgarnie on absolutną większość miejsc w parlamencie.

Na jego korzyść zagrało kilka elementów. Po pierwsze, Macron (lub jego sztab) doskonale rozegrał całą sprawę politycznie. Ruch zasilony został licznymi kandydatami z innych partii, w tym republikańskimi, socjalistycznymi i liberalno-lewicowymi. Pozyskał też rozpoznawalnych kandydatów niezależnych, którzy dotychczas nie zajmowali się polityką (np: założyciel firmy komputerowej Infogrames, znany sędzia czy utalentowany matematyk). Dodatkowo, En Marche! nie startował w tym wyścigu samotnie, tylko wszedł w koalicję z MoD (Ruch Demokratyczny) znanego centrowego polityka François Bayrou. Tym sposobem nowy prezydent upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, przekonał wyborców, że buduje szeroką koalicję na rzecz ratowania Francji i odebrał konkurencji najcenniejszych kandydatów.

Z kolei marginalizowana politycznie Marine LePen i jej Front Narodowy nie potrafiła wyjść ponad zaklęty krąg izolacjonizmu i strachu przed imigracją, a tematy te w miarę trwania kampanii wyraźnie traciły na popularności. Ostatnim elementem, który bardzo pomógł En Marche! w wygranej była nieprawdopodobnie niska frekwencja wyborcza (I tura – 48,70%, II tura – 42,64%) co przy dość nietypowym systemie wyborczym dodatkowo premiowało siły mniej radykalne. Dla przykładu, Front Narodowy zebrał w pierwszej turze niemal 3 mln głosów, blisko dwa razy więcej niż cała lewica razem wzięta i tylko pół miliona mniej niż trzecia siła – Republikanie. Podobnie było w drugiej turze, a mimo to lewica zebrała łącznie 45 mandatów, podczas gdy Front Narodowy raptem 8. Wiele też o samych wyborach mówi aż 7% oddanych pustych kart do głosowania i 3% głosów nieważnych. Z jednej strony to wyraz sprzeciwu wyborców wobec klasy politycznej, a z drugiej, gdyby nie ich poczucie odpowiedzialności za demokrację frekwencja byłaby znacznie niższa. To pokazuje w jak trudnym położeniu jest Francja, nie tylko gospodarczo ale też społecznie (kryzys polityczny dotychczasowych partii władzy to tylko logiczne następstwo powyższych).

Emmanuel Macron wziął wszystko co było do wzięcia, zdobywając samodzielną większość (ponad 60% miejsc w Zgromadzeniu Narodowym, licząc razem z koalicjantem). Jego zwycięstwo było też gwoździem do trumny socjalistów i konserwatywnej UMP (rozpad na dwie frakcje). W tej chwili nie istnieje siła polityczna stanowiąca realną alternatywę, ponieważ En Marche! skutecznie przejęło ludzi ze wszystkich środowisk, doprowadzając pozostałe partie na skraj upadku. Tak na marginesie, skalę porażki dotychczasowych polityków pokazuje jeden istotny wskaźnik. Tylko 25% kandydatów wybranych na poprzednią kadencję w 2012 roku, uzyskało reelekcję w wyborach 2017 roku. Spróbujmy sobie to wyobrazić na przykładzie polskiego Sejmu, gdzie ze znanych nam twarzy zostałoby raptem nieco ponad 100 osób. Zmęczenie wyborców dotychczasowym establishmentem jest więc oczywiste.

Obecny prezydent jest bardzo młody jak na polityka tej rangi, a przed nim ogromne wyzwanie. Jeśli podoła zadaniu uratowania Francji przed osunięciem się w chaos i destrukcję stanie się bohaterem, który panować będzie przez długie lata. A przed nim tytaniczna praca, m.in. starcie z potężnymi związkami zawodowymi i reforma kodeksu pracy, pobudzenie zmrożonej stagnacją gospodarki, rozwiązanie problemu miejskiej przestępczości, w tym konfliktów społecznych i integracji mniejszości narodowych (zwłaszcza muzułmańskich). Wreszcie niełatwa sytuacja międzynarodowa, trapiący Francję terroryzm, jej niepewna pozycja w Europie i uwikłanie w konflikty na świecie, trwający kryzys Unii Europejskiej. Wszystko zależy od tego, czy Emmanuel Macron jest mężem stanu na jakiego się kreuje (tak samo mówili o sobie Hollande, Sarkozy czy Chirac) czy nie. Czas pokaże.