Europa – kryzys republiki, początek imperium?

Kryzys migracyjny, terroryzm, przesilenia polityczne, powolne popadanie w recesję, BREXIT, wreszcie pandemiczne zamrożenie ze wszystkimi tego konsekwencjami, to tylko część wyzwań, z którymi mierzyła się Unia Europejska w ciągu minionych pięciu lat. A to nie koniec problemów.

Podsumowanie:

  • Sytuacja geopolityczna pcha UE na ścieżkę prowadzącą do neoimperium.
  • Władzę w pogrążonej w kryzysie wspólnocie, w sposób zupełnie otwarty przejmuje Berlin.
  • Fundusz Odbudowy ma pełnić dwie funkcje – łagodzić skutki pandemii ale też konsolidować unię, wiążąc z nią państwa członkowskie niczym kredytobiorców z bankiem.
  • Rywalizacja UE – USA staje się faktem, Polska może być zmuszona wybrać pomiędzy nimi.

Spis treści:
I. Chaos w Europie.
II. Pułapka finansowa.
III. Wielka gra UE vs. USA.
IV. Trudne czasy.
V. Materiały.


I. Chaos w Europie

Na jej zewnętrznych granicach jest przecież równie niespokojnie. Trwa wojna na Ukrainie, rośnie tumult na Białorusi, Turcja prowadzi ekspansywną politykę w rejonie wschodniego Morza Śródziemnego, islamski terroryzm rozlewa się po Sahelu, trwa wojna domowa w Libii. A jakby tego było mało, wspólnota pozostaje pod ogromną wielowymiarową presją USA, Chin i Rosji.

Trwające i potencjalne punkty zapalne w sąsiedztwie i na pograniczu UE: Sahel, Libia, Morze Śródziemne, Bliski Wschód, Kaukaz, Ukraina, Białoruś, państwa bałtyckie.

Wszystkie wyżej wymienione, nagromadzone wyzwania, plus często trudna wewnętrznie sytuacja państw członkowskich czynią położenie, w jakim znalazł się nasz kontynent iście beznadziejnym, wymagającym dynamicznego działania. Bez niego UE grozi implozja i rozpad. Organizacja zrzeszająca dwadzieścia siedem niepodległych państw z natury rzeczy nie cechuje się wysokim stopniem sprawności decyzyjnej i zdolnością do reformy, stąd sygnał wyszedł z faktycznego centrum decyzyjnego kontynentu, które w ciągu ostatniego roku przestało kryć się w cieniu.

Tym samym, niczym w wierszu T.S. Elliota, świat partnerskiej Europy skończył się nie z hukiem, ale skomleniem.

O potrzebie zmiany mówiło się już od kilku lat, ale jak dotąd wszelkie próby grzęzły w miejscu z powodu różnicy stanowisk między poszczególnymi krajami. W szerokim i dość uproszczonym ujęciu, stagnacja wynikała ze skutecznego zablokowania idei dalszej integracji forsowanej przez unijnych Federacjonistów. Jednocześnie zwolennicy „Europy ojczyzn” nie zdobyli wsparcia dla żadnej innej alternatywnej koncepcji rozwoju. Biurokratyczny moloch utrudniający wprowadzanie zmian, polityczne kalkulacje i powiązania premiowały politykę trwania, liczącego na „przeczekanie” trudniejszego okresu. Sojusz chadeków z socjalistami zakładał po prostu, że fala przetaczających się przez Europę i świat „populizmów” wywołanych jednostkowymi kryzysami (np.: migracyjnym) w końcu opadnie i do władzy powrócą ludzie o podobnych im zapatrywaniach.

Stało się jednak inaczej, sytuacja nie uległa uspokojeniu. Przeciwnie wyborcy wyraźnie dali temu duopolowi żółtą kartkę. Do ruchów eurosceptycznych i konserwatywnych dołączyli wyjątkowo wzmocnieni Zieloni i pomniejsze grupy populistyczne. To oznaczało konieczność osiągnięcia nowego porozumienia w wybranym w 2019 roku Parlamencie Europejskim, z uwzględnieniem nowej sytuacji geopolitycznej. Po kilku miesiącach negocjacji powołano Komisję Europejską pod przywództwem byłej minister obrony RFN – Ursuli von der Leyen, która zapowiedziała jej „geopolityczny” charakter. Wtórował jej nowy szef dyplomacji UE – Josep Borrell mówiąc:

Jeśli nie chcemy przegrać w konflikcie USA-Chiny, musimy od nowa nauczyć się języka siły i stworzyć z Europy geostrategicznego gracza najwyższej próby”

Już na samym początku swego działania Komisja stanęła przed wielkim wyzwaniem nie tylko globalnego rozchwiania, ale też niszczycielskiej gospodarczo pandemii. Gwałtowność tych procesów spowodowała, że unia momentalnie pogrążyła się w wewnętrznych sporach, a przedłużająca się kwarantanna uniemożliwiła osiągnięcie konsensusu w tradycyjny dla eurokratów sposób – poprzez liczne osobiste spotkania i zakulisowe negocjacje. Co ważne, Komisja nie posiadała wystarczających kompetencji do poradzenia sobie z kryzysem, ponieważ w rzeczywistości jest jedynie organem wykonawczym o kompetencjach zarządczych i pozostaje reaktywna w stosunku do decyzji podejmowanych przez Radę Europejską (przywódców państw). Czy to się komuś podobało czy nie, potrzebny był ktoś z autorytetem i siłą przebicia, kto dałby impuls do działania i przerwał niekończące się awantury. Co więcej, presja czasu i okoliczności prowokowały do zajęcia się wszystkimi zagrożeniami niemal w tym samym momencie. Nie było więc wielkim zaskoczeniem, gdy po przywództwo UE otwarcie sięgnęła Republika Federalna Niemiec w osobie Angeli Merkel, co zbiegło się czasowo z przejęciem przez ten kraj prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Niemiecki prymat nie jest przecież niczym nowym, dotąd jednak okoliczności i brak determinacji Berlina w narzucaniu woli ograniczały jego wpływy do działań pośrednich. Dzisiaj sytuacja ta uległa radykalnej zmianie.

Koncepcja federalistyczna UE, zastąpiona została przez nową, neoimperialną (choć jeszcze tak nie nazwaną, na razie to „geostrategiczna podmiotowość”), mającą być próbą odzyskania kontroli nad toczącymi się wydarzeniami. Co znamienne, propozycja zmian wyszła prawie jednocześnie z trzech stolic: Brukseli, Paryża i Berlina. Faktycznie jednak, to ta ostatnia miała głos decydujący, wszak Ursula von der Leyen prezentuje niemiecki punkt widzenia (jest też w bliskiej osobistej relacji z kanclerz Merkel), a francuski prezydent Emmanuel Macron gra w tym tercecie na ledwie drugich skrzypcach. To jest właśnie centrum decyzyjne UE, co w świetle powyższych faktów trudno dziś kwestionować, zwłaszcza że co i rusz wspomina o tym szef niemieckiego MSZ – Heiko Maas.

Podobnie jak niegdyś w pogrążonej w kryzysie Republice Rzymskiej, także we wspólnocie pojawił się ktoś, kto chciał opanować chaos kosztem odejścia od republikańskich zasad współpracy.

Proponowane zmiany i środki zaradcze składają się z dwóch części. Jedna poświęcona jest doraźnemu przeciwdziałaniu skutkom kryzysu, a druga -długofalowej polityce, która pozwoliłaby skonsolidować unię, nawet jeśli dyscyplinowanie poszczególnych członków miałoby odbyć się z użyciem siły (polityczno-prawno-finansowej). W ten sposób kryzys wykorzystany zostanie do próby pogrzebania autonomii decyzyjnej członków, którzy sprzeciwiają się jej polityce, co zastąpione ma być przez jawną hegemonię „twardego jądra” wspólnoty (używając rzymskiej analogii – „pryncypatu”). Inaczej jednak niż w antyku, zmiany nie zostaną wprowadzone mieczami pretorian, a piórami prawników.

II. Pułapka finansowa

To o czym najczęściej mówi się w mediach, to przede wszystkim propozycja Komisji Europejskiej sporządzona na wniosek Rady Europejskiej, czyli Fundusz Odbudowy w wysokości 500 mld euro bezzwrotnych grantów oraz 250 mld euro w formie nisko oprocentowanych pożyczek. Ma on łagodzić skutki pandemicznego kryzysu finansowego, szczególnie w państwach Południa. Wcześniej z podobną inicjatywą wystąpiły Niemcy i Francja proponując 500 mld euro w formie euroobligacji. Z kolei, niejako w następstwie, „skąpa czwórka” czyli Holandia, Dania, Szwecja i Austria, zaproponowały by ewentualny fundusz oparty był wyłącznie na pożyczkach. Stąd oferta Komisji miała być kompromisem między tymi dwoma stanowiskami.

Oczywiście, pieniądze te nie spadną z nieba, powstaną poprzez emisję obligacji podlegających wykupowi. Kompromisowy plan przewodniczącej Ursuli von der Leyen zakłada, że pierwsza spłata nastąpiłaby dopiero po 2027 roku, a kolejne trwałyby przez okres 30 lat. Oznacza to, że finansowaniem zajęłyby się rynki, które wysoko wyceniają Unię Europejską (rating AAA), a sama spłata następowałaby z nadwyżki w dochodach własnych wspólnoty. Stąd takie „upowszechnienie” pomocy płynącej z Funduszu nie stanowiłoby bezpośredniego obciążenia budżetowego dla państw członkowskich. Nadto kraje pogrążone w kryzysie, które miałyby problem ze sprzedażą własnych obligacji, będą żyrowane przez powagę UE i za jej pośrednictwem otrzymają środki szybciej i na dużo lepszych warunkach, niż gdyby próbowały robić to na własną rękę.

Podział środków z Funduszu Odbudowy: granty (ciemna czerwień) i pożyczki. Źródło grafiki: Politico.

Z kolei, odsunięta w czasie spłata oznacza, że budżet UE, którego perspektywa na lata 2021-2027 jest obecnie negocjowana, nie zostanie obciążony i będzie go można zwiększyć w stosunku do wcześniejszych propozycji (pamiętać należy, że wyjście Wielkiej Brytanii zmieniło pulę dostępnych środków). Co do zasady, sam pomysł nie budzi większego sprzeciwu państw członkowskich. Tego typu mechanizmy były wprowadzone zaraz po kryzysie finansowym lat 2007-2009 i zostały wtedy gruntownie przedyskutowane. Opór „skąpej czwórki” zasadza się wyłącznie na kwestii tego, jak ewentualne granty i pożyczki zostaną rozdysponowane. Skąpcy (a szerzej, tzw. Północ) nie wierzą, że Południe wyda je w rozsądny sposób. Chcą więc mechanizmów, które kontrolowałyby sposoby i cele wydatkowania.

Z tego powodu jest bardziej niż pewne, że wypłata środków powiązana będzie z kryterium praworządności chociaż nie w taki sposób jak przyzwyczailiśmy się o niej myśleć w kontekście postępowania w trybie art. 7 Traktatu. Takich uprawnień KE w rzeczywistości nie ma, a próby przeprowadzenia procedury dyscyplinującej Polskę czy Węgry w ciele Rady po prostu się nie powiodły (brak kwalifikowanej większości) gdzie dochodzimy do sedna. Wobec powyższych przeciwności wymyślono inny, skuteczniejszy mechanizm. Brak przejrzystości prawnej oznacza zagrożenie dla sposobu wydatkowania funduszy, a to stwarza zagrożenie ich defraudacji (co obserwowaliśmy w Czechach). Póki więc władza sądownicza nie będzie całkowicie niezależna, póty zawsze będzie można każdą wątpliwość związaną z wydatkami podciągnąć pod zagrożenie praworządności. Wielokrotnie wspominała o tym wice-przewodnicząca Komisji – Viera Jourova. Jeśli więc Komisja dojdzie do wniosku, że taka sytuacja ma miejsce, wypłata środków budżetowych będzie wstrzymywana do czasu sądowego rozstrzygnięcia, które toczyć się będzie przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.

Wprowadzenie takiego rozwiązania jest bardzo prawdopodobne, ale nie pewne. W Unii Europejskiej wszystko zależy od koalicji politycznych, układów między partiami i państwami, równoważenia własnych celów z dążeniami innych. Stąd konsolidująca Europę Środkową Polska otrzymała bardzo hojną ofertę finansowania z Funduszu Odbudowy (~38 mld euro w grantach i ~26 mld euro w pożyczkach), mimo że sama została relatywnie lekko dotknięta przez koronawirusowy kryzys. Wysokość przyznanej pomocy stawiałaby nas na trzecim miejscu po zdewastowanych Włochach i Hiszpanii, a przed Francją i Grecją. Jednocześnie, proporcjonalnie skromniejsze środki otrzymać miałyby Czechy czy Węgry. W moim mniemaniu to pułapka mająca zmiękczyć stanowisko Warszawy w negocjacjach budżetowych i rozbić solidarnościowy sojusz budowany wokół Grupy Wyszehradzkiej. Przyjęcie przez nasz rząd wielomiliardowego „prezentu” (łapówki?) od Brukseli może zostać wykorzystane do pozbawienia nas sojuszników w negocjacjach budżetowych i znacznego pogorszenia pozycji politycznej. Z drugiej strony, ewentualne lobbowanie za redukcją alokowanych środków i przeniesieniem ich na rzecz naszych regionalnych sojuszników może spotkać się z niezrozumieniem obywateli i niekoniecznie przyniesie spodziewane korzyści polityczne na forum unijnym. Oferta ma też formę wyciągnięcia ręki do Polski jako kraju coraz częściej kształtującego politykę w tej części Europy. To bardzo skomplikowana gra, w której pod uwagę należy wziąć także aktualną sytuację w poszczególnych krajach i spodziewaną trwałość zawieranych porozumień (pytanie: na co i z kim się umawiamy i czy ten ktoś pozostanie u władzy?). Niemniej, warto z rezerwą podchodzić do pozornie wielkodusznych planów Komisji. To tzw. „miodowa pułapka” (z ang. honey trap), która z pewnością wpleciona będzie w negocjacje dotyczące kształtu kolejnej perspektywy budżetowej. Zwłaszcza, że proponowany Fundusz może pełnić jeszcze jedną rolę – gwaranta utrzymania państw, korzystających z pomocy we wspólnocie. Trudno wyobrazić sobie, by na fali kolejnych wstrząsów jakikolwiek włoski czy hiszpański rząd zdecydował się na „exit”, opuszczenie unii na wzór brytyjski, jeśli łączyć by się to miało z koniecznością spłaty przyznanych środków. Niemniej, ostateczny kształt programu pomocowego, nie jest w chwili pisania tych słów ustalony.

Podsumowując, z wielu względów propozycje finansowe Komisji stanowią ucieczkę do przodu i próbę scalenia podzielonej wspólnoty. Zadłużanie się i drukowanie kolejnych transz pieniędzy, stanowi dla niej dużo mniejsze zagrożenie niż chaotyczny rozpad. Jednocześnie, kryzys jest świetną okazją do uporządkowania spraw finansowych i powiązania ich z elementami dyscyplinującymi poszczególnych członków, co de facto stanowić będzie konsolidację władzy wokół centralnego ośrodka decyzyjnego zbudowanego wokół duopolu francusko-niemieckiego. Bunt Południa i Wschodu stłumiony zostanie wodospadem pieniędzy, a powstały dług i konieczność jego spłaty z nadwyżek budżetowych, zmusi wszystkich członków do poparcia Brukseli w walce o podatek cyfrowy i korporacyjny, które tak skutecznie blokowane były przez USA. Tym samym dochodzimy do polityki międzynarodowej.

III. Wielka gra – UE vs. USA

Od dłuższego czasu obserwujemy jak struktury unijne powolnie adaptują się do zmiany geopolitycznego układu sił. Dojrzewa pogląd, by Unia Europejska stała się możliwie niezależna od polityki Stanów Zjednoczonych, czemu na przeszkodzie stoi przede wszystkim brak adekwatnych zdolności wojskowych. Podczas tegorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa minister obrony RFN, Annegret Kramp-Karrenbauer zwracała uwagę, że Europa i Niemcy muszą być gotowe do działania, bo znalazły się w sytuacji strategicznej, która zdominowana została przez rywalizację mocarstw.

Spotkanie G7 w Kanadzie, 09.06.2018. źródło: Adam Scotti/Prime Minister’s Office/Handout via REUTERS.

Jasnym jest, że w wielu aspektach trudno o porozumienie z USA, które w negocjacjach spraw gospodarczych cynicznie używają dźwigni w postaci polityki bezpieczeństwa. W kolejnej odsłonie tego sporu, Amerykanie poinformowali o redukcji sił zbrojnych w Niemczech o 9500 żołnierzy, co de facto oznacza zmniejszenie tamtejszego kontyngentu o trzydzieści procent. Miało to być powodowane oporem Niemiec w wydatkowaniu 2% PKB na zbrojenia. W niejasnych komunikatach obiecywano przesunięcie niewielkiej ilości tych sił do Polski. Jednakże na razie trudno fakt ten interpretować inaczej niż jako próbę poróżnienia Warszawy z Berlinem, a szerzej – element rozgrywki w negocjacjach handlowych.

Czy ta trwająca kłótnia w transatlantyckiej rodzinie powinna nas zaskakiwać? Jeszcze podczas przemówienia na pl. Krasińskich w Warszawie w lipcu 2017 roku, Donald Trump nie pozostawił żadnych wątpliwości co do kierunków amerykańskiej polityki (co potwierdzono pisemnie w grudniu 2017 stategią bezpieczeństwa NSS). Amerykanie redukują swoją obecność na mniej istotnych dla nich kierunkach, konsolidując siły w rejonie Pacyfiku. Robiąc to, cedują odpowiedzialność za bezpieczeństwo w danym rejonie świata na swoich regionalnych sojuszników. Na Bliskim Wschodzie polityce tej miał służyć nieformalny sojusz saudyjsko-izraelski, a w Europie punktem ciężkości miały stać się Polska i Rumunia. Takie były plany, które są nadal realizowane, choć nie bez komplikacji (vide sytuacja bliskowschodnia). Ameryka nie ma wystarczających sił i środków, by pełnić rolę globalnego policjanta, którą znaliśmy z przeszłości. Widać to tym wyraźniej, im większy chaos polityczno-gospodarczy toczy się w samych Stanach. Sednem prezydentury Donalda Trumpa była przecież wewnętrzna odbudowa (Make America Great Again), a ta najwyraźniej nie obejdzie się bez kompleksowej dekonstrukcji i zbudowania na nowo „amerykańskiego snu” i to niezależnie, kto miałby zostać kolejnym prezydentem. Jednakże słabość wewnętrzna Ameryki nakłada się na sprzeczność interesów w relacjach z Europą.

Wspólnota (a zwłaszcza Niemcy) przez lata korzystała na amerykańskim parasolu ochronnym, przeznaczając fundusze obronne na rozwój. Dzisiaj powrót do tej podległości jest dla eurokratów niewyobrażalny. Gospodarka Europy z komplementarnej stała się konkurencyjną wobec amerykańskiej. Dlatego europejskie centrum decyzyjne wyraźnie odrzuciło amerykański prymat, szukając samodzielności geopolitycznej, nawet jeśli jeszcze tego nie widzimy. O takiej postawie pisałem ponad rok temu, po podpisaniu przez Francję i Niemcy traktatu w Akwizgranie (niem. Aachen) w dniu 22 stycznia 2019 roku. Przedstawione wtedy ramy działania, nazwałem „rozpadem Zachodu”, polityką zmierzającą do emancypacji Berlina i Paryża, definitywnego zerwania z zależnością od Waszyngtonu. Traktat ten stanowi dziś o kierunku polityki unijnej. Jest tu sporo ironii, bo właśnie o wzięcie odpowiedzialności za własny los od kilku lat apelowała amerykańska administracja. Waszyngton liczył, że Europa zacznie dbać o swoje bezpieczeństwo wojskowe. Tymczasem w zglobalizowanym świecie i czasie konfliktu o hegemonię, samodzielność strategiczna zmusza do operowania na bardzo wielu polach, w tym gospodarczym, które od kilku lat stanowi istotny punkt sporu między Unią, a Stanami. Najważniejszą aktualnie toczoną bitwą wydaje się ta o podatek cyfrowy i korporacyjny, który ukróciłby samowolę unikających płatności amerykańskich gigantów jak Google, Apple czy Amazon. Właśnie z tego źródła spłacony zostałby Fundusz Odbudowy. Dotąd wszelkie próby jego wprowadzenia przez poszczególne państwa członkowskie były brutalnie torpedowane przez Waszyngton (przykłady widzieliśmy m.in. w Polsce i Francji). Dzisiaj skuteczne opodatkowanie amerykańskich korporacji stanowić może o przetrwaniu gospodarki. W tle tego ważnego wyzwania toczą się inne zmagania – o autonomię gospodarczą, infrastrukturalną i cyfrową (zwłaszcza w sprawie sieci 5G). Wyraźne różnice między stanowiskami stron dotyczą także polityki wobec Iranu, rurociągu Nordstream 2 czy Chin. Państwa członkowskie występując pod wspólnym szyldem UE działają w tym przypadku w swoim własnym interesie. Ich pozycja negocjacyjna w relacjach z USA jest w ten sposób silniejsza, mniej podatna na szantaż. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że opór wspólnoty zostanie wykorzystany przez Waszyngton do dalszej redukcji obecności w Europie. Polska jest w tym kontekście w relatywnie dobrym położeniu, ponieważ nadal stanowi amerykański punkt ciężkości w regionie i sama prawdopodobnie nie odczuje tej redukcji w sposób bezpośredni. Wynika to nie tylko z naszego geograficznego położenia i potencjału, ale także z prostego faktu odrzucenia podobnej propozycji (opartej o senioralną zależność) przez Niemcy.

Po lewej: szacowany koszt utraconych podatków w latach 2013-2015 (niebieski Facebook, zielony Google) tylko w pięciu krajach UE. Po prawej, podatki faktycznie zapłacone w 2015 roku, w UE oraz na świecie. Źródło: AFP

Słabnące więzi transatlantyckie martwią, bo obniżają poziom bezpieczeństwa kontynentu. Minie jeszcze wiele lat nim uda się odbudować europejski potencjał wojskowy czy to poprzez indywidualną politykę zbrojeniową poszczególnych państw, czy też szersze inicjatywy typu PESCO czy Wspólną Politykę Bezpieczeństwa i Obrony. Zagrożenie powstałe w wyniku przedwczesnego (w tym kontekście) wycofania sił amerykańskich stanowi główną obawę Europy w relacjach z USA. Z małym wyjątkiem. Jedynym polem, na którym Francja może stanowić wzór dla pozostałych państw członkowskich, są zdolności wojskowe. W nich swoją szansę upatruje prezydent Emmanuel Macron, który podczas wizyty w Warszawie, a także wykładu w École Militaire w lutym 2020 roku, proponował możliwość otworzenia francuskiego „atomowego parasola” nad Europą. Nawet jeśli takie zapewnienia wydają się nam niepoważne, polityka ta odnosi skutek. Trwa konsolidacja sojuszu obronnego pod przywództwem Francji, z udziałem Niemiec, Włoch i Hiszpanii (na potwierdzenie czego przytaczam list ministrów obrony tychże z czerwca 2020).

Przy czym Berlin pilnuje, by póki co inicjatywa wpisywała się w potrzeby NATO, przeciwnie niż Paryż, który wyraźnie koncentruje się na powolnym budowaniu całkowitej autonomii. Stąd jego agresywne komentarze mówiące o „śmierci mózgowej” NATO i kwestionowanie sprawności sojuszu. Tu nie chodzi o reformę i próbę naprawy, a o demontaż sojuszu. Dla Polski to nie lada problem, ale też szansa. Co prawda, jesteśmy skazani na pomoc Waszyngtonu, która (co coraz bardziej prawdopodobne) będzie miała dużo mniejszą skalę od naszych potrzeb, ale oznacza to, że pod względem wojskowym jesteśmy mniej zależni od Europy. A to powinno zmusić naszych decydentów do pragmatycznego zacieśnienia współpracy z Berlinem, który być może chętnie widziałby Warszawę w roli siły stabilizującej Wschód, tak jak Francja stabilizuje Południe. Wszystkiego czego w tej relacji potrzebujemy, poza gwarancją przepuszczenia sił sojuszniczych w drodze na nasze terytorium, to silnej współpracy niemieckiego przemysłu zbrojeniowego w budowie naszych zdolności produkcyjnych. Coś czego najwyraźniej nie możemy uzyskać od Amerykanów. Na to Berlin powinien przystać (bo o stacjonowaniu niemieckiej armii nie ma mowy), to niewielka cena za względny spokój od wschodu. Nawet jeśli Amerykanie pozostaną w Polsce (na co wskazują choćby nieustannie realizowane inwestycje infrastrukturalne), nasza pozycja negocjacyjna byłaby wobec nich silniejsza w kontekście niekończącej się listy zakupów nowego sprzętu wojskowego. Przyczynkiem do dyskusji z Niemcami mogą być choćby użytkowane i remontowane czołgi Leopard 2 oraz wspólny projekt nowego MBT (Main Battle Tank) w ramach programów PESCO (co już się dzieje). Ta współpraca balansowałaby też tendencje francuskie i stanowiła łącznik w relacjach transatlantyckich. Oczywiście, w mniejszym lub większym zakresie zacieśnianie tej relacji łączyłoby się też z akceptacji niemieckiej hegemonii w Europie.

Pytanie, czy mamy jakikolwiek wpływ na ten fakt i czy przedwczesne występowanie przeciw Berlinowi nie doprowadzi do naszej izolacji w czasach gdy potrzebujemy każdego z sojuszników?

IV. Trudne czasy

Przed Unią Europejską bardzo trudne lata. Upowszechnienie długu to ucieczka do przodu i neutralizacja bieżącego kryzysu polityczno-gospodarczego, ale w kolejce czekają już kolejne, nie tylko wewnętrzne. A każde z nich stanowić będzie duże zagrożenie.

Zacznijmy od tych międzynarodowych. Relacje między USA i Chinami stanowią dylemat pozornie największy. Czy zachować neutralność w tym coraz ostrzejszym konflikcie? Czy, przeciwnie, zdecydowanie opowiedzieć się po jednej ze stron? Wiele wskazuje na to, że stosunki Europy z Chinami przypominać będą w najbliższym czasie te z Rosją. Z jednej strony, w sprawach najważniejszych politycznie UE postawi veto, z drugiej, pozostanie otwarta na współpracę gospodarczą. To na pewno po raz kolejny zwiększy dystans między Europą a Ameryką, mającą zgoła inny pogląd. Już dzisiaj amerykańskie nadzieje pokładane są raczej w pragmatycznych sojuszach typu „pięciu oczu” (Kanada, USA, Wielka Brytania, Australia, Nowa Zelandia) niż w zdecydowanych działaniach Brukseli i multilateralizmie.

Jednakże całkowite sprzeciwienie się Ameryce byłoby lekkomyślne, bowiem najpoważniejsza sytuacja jest tuż przy europejskich granicach. Europa nadal potrzebuje amerykańskiego wojska. Na południu zaognia się konflikt na Morzu Śródziemnym, gdzie coraz śmielej poczyna sobie Turcja. Jej relacja z rządem libijskim w Trypolisie, spór wokół cypryjskich złóż oraz konflikt z Grecją o wody terytorialne bardzo źle wróżą na przyszłość i mogą stać się powodem rozpadu NATO. Dżihad w Sahelu i kolejne bliskowschodnie konwulsje tylko komplikują ten obraz. A co ze wschodnią flanką? Jaka będzie reakcja na wydarzenia na Białorusi? Polityka wobec Rosji? Amerykańskie zaangażowanie jest nadal nieodzowne. Wiele wskazuje na to, że ciężar bezpośrednich decyzji spoczywać będzie na indywidualnych państwach członkowskich będących najbliżej wydarzeń. Stąd w sprawy południa zaangażowana jest Francja, Włochy i Grecja, a sytuację na wschodzie kontrolować musi Polska (czy tego chce czy nie). Niemcy będą w tej sytuacji zachowywać się pasywnie, tak jak w przypadku każdego konfliktu wojskowego, co pod pewnymi warunkami może pozwolić na kształtowanie ich optyki przez bardziej zdecydowanych sojuszników. To niestety oznacza, że będziemy mieli wpływ na politykę unijną tylko, jeśli pozostaniemy wystarczająco blisko Berlina. Zbyt duży opór z naszej strony w pozostałych kwestiach skończy się próbą usunięcia nas z pola gry przez niemiecko-francuskich eurokratów. A trzeba pamiętać, że w razie konfliktu u naszych granic, reakcja skupionych na Pacyfiku Amerykanów może być mniej dynamiczna niż oczekujemy (konieczność przerzutu sił na duże odległości).

Innego rodzaju niebezpieczeństwo dla istnienia UE zaszyte jest w relacjach wewnętrznych. Mimo postępującej pragmatycznej, doraźnej integracji gospodarczej wspólnoty, problemem pozostaje wzmacniający się podział na poszczególne regiony: północ i południe, wschód i zachód, twarde jądro i peryferia. Unia Europejska jest dziś podzielona jak nigdy wcześniej, a jej jedynym spoiwem zdaje się wizja ogromnych profitów związanych z funduszem pandemicznym i obietnica hojnego budżetu lat 2021-2027. A przecież to jedynie jej wymiar polityczny, a co z destabilizacją społeczną grożącą rewoltami, możliwą pogłębioną recesją, niestabilnością rządów? Niebezpiecznie wiele zależy w tym przypadku od indywidualnych zdolności poszczególnych polityków. Czy Angela Merkel pozostawi po sobie Europę silniejszą niż wcześniej, czy przeciwnie jedynie gruzy? Czy Emmanuel Macron zapisze się w historii inaczej niż enfant terrible polityki międzynarodowej? Czy też jego porażka utoruje drogę do władzy siłom bardziej radykalnym? Zbyt wiele tu znaków zapytania by pokusić się o szczegółowe prognozy.

Czy Francja może zapewnić komukolwiek bezpieczeństwo? Rozmieszczenie francuskich sił zbrojnych na świecie, w lipcu 2018 roku.

Na nasze nieszczęście, Francja i Niemcy idą w kierunku mocnej integracji, do którego to kręgu dołącza pewnie pomniejsze kraje europejskie. Wygląda na to, że zarówno Południe, jak i Wschód Europy, będą mogły wstąpić do tego klubu jedynie na zasadach podległości, wymuszanej szantażem finansowym. Nie ma przy tym żadnych wątpliwości, że decydujący wpływ na politykę Unii Europejskiej ma Berlin, a nie Paryż. A w wymiarze osobistym, niemiecka kanclerz.

Dotąd myśleliśmy, że najtrudniejszy wybór geopolityczny, przed jakim stajemy odnosi się do konfliktu USA-Chiny. Nic bardziej mylnego.

Prawdziwym, diabolicznym wręcz dylematem jest ten, który każe Polsce odnaleźć się w konflikcie pomiędzy kierowaną przez Niemcy Unią Europejską a słabnącymi Stanami Zjednoczonymi. Sporem, który może doprowadzić do zerwania (przynajmniej czasowego albo po prostu w obecnej formie) transatlantyckiego sojuszu Zachodu. Dla Warszawy jest to sytuacja patowa, z której nie ma dobrego wyjścia.

Musimy sobie odpowiedzieć na to fundamentalne pytanie i to niezależnie od tego, czy europejskie imperium stanie się w dłuższej perspektywie czasowej faktem, czy też rozpadnie się na części.

Data: 06-07-2020


Materiały:

https://www.dw.com/pl/faz-spory-o-podział-pieniędzy-z-funduszu-odbudowy-ue/a-53895891https://estonianworld.com/opinion/josep-borrell-embracing-europes-power/

https://businessinsider.com.pl/finanse/fundusze/pieniadze-z-ue-na-odbudowe-gospodarcza-budzet-i-fundusz-odbudowy-ue/1m80rr1

https://www.politico.eu/article/eu-recovery-plan-by-the-numbers/

https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1483931,europejski-fundusz-odbudowy-polska-unia-europejska.html

https://www.pism.pl/publikacje/Sankcje_bud_etowe__jako_mechanizm_ochrony_praworz_dno_ci_w_UE

https://www.iiss.org/publications/strategic-comments/2020/macrons-strategic-vision-for-europe

https://pism.pl/publikacje/List_czworki_w_sprawie_przyszlosci_europejskiej_obronnosci

https://www.eupoliticalreport.eu/andrej-babis-accused-of-siphoning-off-eu-funds/


Jeśli powyższy artykuł ci się podobał, proszę rozważ czy nie warto mnie wesprzeć.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

PayPal

PayPal



https://patronite.pl/globalnagra

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *