Dylemat Ukrainy – pokój przez szantaż?

Biały Dom przedstawił Wołodymyrowi Zełenskiemu projekt 28 punktowego planu pokojowego, w którym Ukraina zobowiązuje się do szeregu ustępstw, przede wszystkim wycofania z kontrolowanej przez siebie części Donbasu.
22-11-2025
Co więcej, Donald Trump dał Zełenskiemu czas do 27 listopada, czyli amerykańskiego Dnia Dziękczynienia. Gdyby Kijów odmówił akceptacji planu, Amerykanie zagrozili kolejnym w tym roku odcięciem dostaw uzbrojenia i pomocy wywiadowczej. Komentatorzy zgodnie zwracają uwagę, że działanie to przypomina kopię bliskowschodniej umowy pokojowej, zbiega się także w czasie z problemami Trumpa w polityce wewnętrznej.
Zostawmy na chwilę temat szczegółowych zapisów, ponieważ w obiegu są obecnie aż trzy wersje tego dokumentu i tak naprawdę nie mamy pewności która z nich jest prawdziwa, a żadna nie jest finalna. Jedna z nich wydaje się nieco korzystniejsza od pozostałych, wszystkie natomiast można na razie określić jako „miękką kapitulację” Ukrainy, choć teoretycznie niekoniecznie jednoznacznie niekorzystną – diabeł tkwi w szczegółach. Wspólną zasadą jest, że Rosja w zasadzie nie czyni istotnych ustępstw i nie ponosi większej odpowiedzialności, natomiast Ukraina zrzeka się Donbasu i akceptuje rosyjską kontrolę nad pięcioma regionami według linii kontaktu, redukując liczebność własnych sił zbrojnych. Do całości dorzuca się też NATO, które podjąć ma korzystne dla Rosji zobowiązania oraz Europa finansująca to porozumienie.
Ważne, że projekt został opracowany w toku rozmów Steve’a Witkoffa i Kiryła Dimitriewa bez udziału lub konsultacji państw Europy lub samej Ukrainy. Niektórzy komentatorzy twierdzą nawet, że dokument posiada rosyjskie kalki językowe, których nie stosuje się w tego typu zapisach w angielskiej transliteracji. Znaczące, że w tym samym czasie swoją rezygnację ze stanowiska ogłosił gen. Keith Kellogg, odpowiedzialny za negocjacje z Ukrainą (nie chce przedłużenia kadencji od stycznia). Publikacja projektu wywołała duże zaskoczenie wszystkich zainteresowanych. W tym pewnie najbardziej samego Zełenskiego, który dopiero co powrócił do kraju z zagranicznych podróży, z intencją zmierzenia się ze skandalem korupcyjnym we własnym otoczeniu. Na razie przyjął on bardzo stonowaną retorykę, polegającą na sygnalizowaniu woli rozmowy i rzetelnego pracowania nad „propozycjami”.
Tego samego dnia wydał jednak dość dramatyczną odezwę do narodu, w której przekonywał, że Ukraina znajduje się pod ogromną presją, w jednym z najtrudniejszych momentów w swojej historii. Powiedział, że zmuszona została do wyboru między godnością, a utratą kluczowego partnera oraz między trudnymi 28 punktami, a najtrudniejszą zimą i dalszymi ryzykami. Podkreślił, że Ukraińcy zmuszani są do uwierzenia w zapewnienia Rosji, która już dwukrotnie łamała podpisane porozumienia. W sukurs przyszli mu Europejczycy. Merz, Starmer i Macron po wspólnej konsultacji zapewnili o swoim niezmiennym poparciu. Wspólną odpowiedź wydały także państwa Nordic Baltic 8, oraz szereg pojedynczych państw jak choćby Polska czy Czechy. Europa domaga się rozmów w oparciu o rzeczywistą strefę kontroli oraz nie pomijania jej w negocjacjach. Jeśli jednak naprawdę chce podkreślić swoją podmiotowość, słowa nie wystarczą. Potrzebne będą czyny, w tym finansowanie, choćby pod postacią aktywowania zamrożonych rosyjskich funduszy.
Wygląda na to, że termin ujawnienia afery korupcyjnej w Kijowie nie był przypadkowy, idealnie łącząc się z przedstawieniem ultimatum (NABU powstało pod patronatem FBI). W tym kontekście większego sensu nabierają też działania Kremla. Masowe bombardowania ukraińskiej energetyki mające zmęczyć społeczeństwo, a także zmiana narracji. Putin zaczął ostatnio uderzać w triumfalne tony, bardziej pokazowe niż uzasadniałaby to rzeczywista sytuacja. Odwiedził stanowisko dowodzenia grupy „Zachód” przyjmując raport od gen. Gierasimowa, który zapewnił go o zdobyciu Kupiańska, co całkowicie mija się z rzeczywistością. Podobnie nie można mówić o pełnej kontroli nad Wołczańskiem, ani Siewierskiem, a nawet aglomeracją Pokrowska i Myrnohradu, mimo że tam Rosjanie są najbliżsi sukcesu. Zagadnieniu sytuacji na froncie poświęcę osobną analizę, a w niniejszym tekście zwrócę tylko uwagę na kilka faktów.
Mnożą się przypadki „flagowania”, czyli nagrywania żołnierzy na różnych odcinkach frontu, co ma dowodzić rosyjskiej kontroli nad danym terytorium. W rzeczywistości jest to trwająca od dłuższego czasu działalność myląca, do której celowo wysyłane są najczęściej dwuosobowe grupy rozpoznawcze, a ich jedynym zadaniem jest przedarcie się na głębokie tyły i pomachanie flagą do kamery drona. Z oczywistych względów po wykonaniu misji znikają, albo zostają przechwyceni. Obrazy te, tak jak teatr Putina i Gierasimowa, wzmacniają rosyjską narrację o zwycięskim pochodzie. Niestety, taktyka ta wydaje się skutecznie wpływać na percepcję Białego Domu. Kreml to wykorzystuje, łaskawie godząc się na negocjacje planu, który odzwierciedla sytuację na froncie. Putin mówił nawet, że „jeśli zostanie odrzucony, sytuacja w Kupiańsku powtórzy się na innych odcinkach frontu”. Podkreślmy, w tej chwili nie ma mowy o zajęciu miasta czy odcięciu w nim ukraińskich sił.
Oczywiście, nie da się ukryć, że ukraińska armia przeżywa kryzys. Mszczą się zaniedbane reformy i brak odważnych decyzji. Głównym problemem są braki kadrowe. Jednakże daleko jeszcze do szybkiego zajęcia całego Donbasu. Inaczej uważa Donald Trump, który w rozmowie z jednym z dziennikarzy wyraził opinię, że tereny te zostaną bardzo szybko przez Ukraińców utracone, nie ma więc sensu ich bronić. Problem w tym, że są one mocno ufortyfikowane, a za nimi nie ma już nic, co powstrzymałoby rosyjską armię przed rajdem w kierunku Dniepru i wejściem na zaplecze Charkowa. Co więcej, ofensywa mająca je zająć pochłonęłaby pewnie setki tysięcy kolejnych ofiar po stronie rosyjskiej, zajmując wiele miesięcy, a być może lat. A Rosja weszła właśnie w głęboki kryzys gospodarczy i każdy kolejny dzień wojny dokłada kolejne koszty. Nie ma żadnych gwarancji, że będzie zdolności ofensywne w tak długiej perspektywie. Przeciwnie, są one coraz mniejsze.
Zełenski stoi przed ogromnym dylematem. Kryzys korupcyjny przeszkadza w konsolidacji sceny politycznej i osłabia jego pozycję w oczach społeczeństwa, a także przynajmniej części opinii międzynarodowej. Armia jest niezadowolona z braku reform, a także działalności gen. Syrskiego, głównodowodzącego i lojalnego protegowanego prezydenta. Oddanie terenów, które ofiarnie broni, skończy się buntem. Nacisk Rosjan w połączeniu z amerykańskim szantażem, oznacza że w razie odrzucenia planu musiałby skonsolidować poparcie, dokonać szybkich reform i opierając się wyłącznie na wsparciu europejskim ustabilizować linię frontu, tak by udowodnić Rosjanom, że nie będą w stanie zdobyć całego Donbasu akceptowalnym kosztem. W idealnych warunkach takie rozwiązanie byłoby możliwe, natomiast Amerykanie zapewne wstrzymają dostawy pocisków Patriot, co osłabi ukraińską obronę przeciwlotniczą. Czy więc przedstawiony projekt oferuje lepszą alternatywę? Istnieją pewne pozytywne elementy w projekcie, nie pozwalające go tak całkowicie odrzucić. Być może uda się nad nimi popracować.
Wróćmy więc do treści, przyjmując za podstawę dywagacji najkorzystniejszą z opublikowanych wersji. Prócz wycofania z Donbasu, Ukraina zobowiązać się ma do porzucenia prób dołączenia do NATO, uznania rosyjskiej kontroli de facto nad Donbasem i Krymem, redukcji liczebności armii do 600 tys., a w Chersoniu i Zaporożu linia kontaktu pozostała by taka jak w rzeczywistości. Rosjanie wycofaliby się z terenów na Charkowszczyźnie i pogranicza z obwodem dniepropietrowskim. Ukrainie wolno byłoby dołączyć do Unii Europejskiej, co jest ważne. Do tego dochodzi szereg pomniejszych działań, jak choćby wprowadzenie zasad tolerancji religijnej (chodzi o rosyjską cerkiew) i przywrócenia praw mniejszości językowej (język rosyjski). Z punktu widzenia ukraińskiego społeczeństwa, część z tych propozycji jest do zaakceptowania, ale nie kwestia pozostałego pod ich kontrolą Donbasu. To istotny symbol oporu, którego obrona pochłonęła wiele istnień.
Interesującym zapisem jest stwierdzenie, że porozumienie ma objąć amnestią wszystkich odpowiedzialnych za zbrodnie (w dokumencie „działania”), co tak swoją drogą jest sprzeczne z konwencjami międzynarodowymi. Oczywiście chodzi tutaj o Rosjan i to nie tylko odpowiedzialność karną, ale także finansową. Niektórzy komentatorzy, np. Marek Budzisz, dokładają do tego ewentualną ukryta propozycję dla otoczenia Zełenskiego – amnestii od zarzutów korupcyjnych. Moim zdaniem chodzi jednak o tę pierwszą interpretację, szczególnie w kontekście działalności MTK wobec Władimira Putina.
Do tego NATO ma wycofać się z Ukrainy, zrezygnować z dalszego rozszerzania i nawiązać z Rosją dialog na temat bezpieczeństwa (w domyśle negocjacje co do statusu Europy Środkowej i Wschodniej). Jeden z zapisów stwierdza, że w Polsce mają stacjonować europejskie myśliwce, cokolwiek to znaczy. Miejmy nadzieję, że nie jest to zapowiedź redukcji obecności sojuszniczych sił zbrojnych albo narzucenia nam innych ograniczeń. USA dodatkowo przejmą 100 mld USD z rosyjskich aktywów, które przekażą na swoje inwestycje na Ukrainie, a Unia Europejska ma dołożyć kolejne 100 mld ze swojej kieszeni na odbudowę. USA pobierać też będą 50% zysków z tych inwestycji jako rekompensatę za swoje zaangażowanie. Pozostałe 100 mld USD zostanie odmrożone i zasili wspólne amerykańsko-rosyjskie inwestycje.
Rosja przyjęta zostanie z powrotem do G8 i może liczyć na stopniowe zniesienie sankcji, a także współprace gospodarczą z USA w obszarach energii, zasobów naturalnych, infrastruktury, sztucznej inteligencji, centrów danych, projektów wydobycia metali ziem rzadkich w Arktyce oraz innych wzajemnie korzystnych możliwości korporacyjnych. Nie zobowiąże się do redukcji sił, ani jakichkolwiek ograniczeń zbrojeniowych, z wyjątkiem wspólnego z USA przedłużenia umowy denuklearyzacyjnej New START. Ma jednak zawrzeć we własnym ustawodawstwie zapisy o zrzeczeniu się używania siły wobec Europy i Ukrainy. Zapis o amnestii prawdopodobnie przywróciłby też funkcjonowanie „międzynarodowe” Władimira Putina oraz rosyjskiego establishmentu, w tym zniesienie sankcji personalnych.
Do powyższego projektu, dodano także szczegółowy zapis na temat amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, który opublikował portal Axios. Mowa w nim o zapisach opartych na zasadach podobnych do art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego w odpowiedzi na „znaczący, celowy i długotrwały atak zbrojny Federacji Rosyjskiej”, przy czym Waszyngton zastrzega sobie prawo do decydowania o tym jak miałaby wyglądać odpowiedź na naruszenie umowy. Co więcej, chodzi nie tylko o USA ale też: Francję, Wielką Brytanię, Niemcy, Polskę i Finlandię. które zobowiązują się, że będą działać w koordynacji z USA. To szczególnie ważne, ponieważ zapis zabiera nam możliwość samodzielnej interwencji, o jakiej zdecydowała m.in. Polska w marcu 2022 roku, czyli przekazaniu uzbrojenia.
Jest jeszcze kilka innych pomniejszych zapisów, jak np. podział elektrowni atomowej Energodarze, tak aby produkcja zasila po połowie tereny ukraińskie i rosyjskie, ale są to już moim zdaniem didaskalia. Skupmy się na rzeczy najważniejszej, nawet jeśli taka inna forma propozycja zostałaby przyjęta, jaka jest gwarancja, że wojna nie zostanie wznowiona? Łamanie postanowień obwarowane jest szeregiem obostrzeń (np. sankcjami i interwencją zbrojną) ale mają one charakter uznaniowy. Co więcej, nawet pozytywna interpretacja zapisów pozwala Rosji na kontynuowanie operacji hybrydowych i wojny o niskiej intensywności prowadzonej w Donbasie w latach 2016-2021. To oznacza wieczną destabilizację i „podgryzanie” Ukrainy do czasu wznowienia pełnoskalowej inwazji, gdy Kreml uzna że jest do niej gotowy.
Cały projekt opiera się w dużej mierze na osobistym zaangażowaniu Donalda Trumpa, który ma przewodzić Radzie Pokojowej, pilnującej realizacji postanowień porozumienia.
Problem w tym, że Trump jest politykiem mało wiarygodnym. Jego sytuacja polityczna, bunt we własnym obozie związany z publikacją akt Epsteina, niezadowolenie z kosztów prowadzonej polityki celnej, rosnąca inflacja, podkopuje jego dotychczasową politykę, w chwili gdy w przyszłym roku odbędą się tzw. midterms, połówkowe wybory do Kongresu. Na razie sondaże wskazują, że Republikanie utracą większość. Nawet jednak zakładając, że wszystko pójdzie pomyśli Trumpa, zakończenie sprawowania urzędu zakończy też trwanie omawianego porozumienia. W najlepszym razie wymagana będzie renegocjacja.
Pomijając sprawę Trumpa, zapisy w obecnej formie są zbyt mało szczegółowe, pozwalające na różne interpretacje (np. dlaczego tylko „długotrwały atak”, czemu naruszeniem będzie wystrzelenie rakiet na Moskwę i Petersburg, ale już nie na inne miasta?). Brak obecności wojsk NATO na terytorium Ukrainy, to brak realnych gwarancji bezpieczeństwa. Najgorsze jednak z naszego punktu widzenia, to widoczny zarys nowego ładu w Europie. USA wydają się dystansować od działalności NATO (tak brzmią zapisy, tworzona jest dodatkowa struktura), narzucając swoją wolę Europejczykom, w tym także temu w jaki sposób reagować będą na zagrożenie własnego bezpieczeństwa. Tym bardziej, że nic w tym planie nie wskazuje na porzucenie przez Rosję operacji hybrydowych. To wiąże nam ręce.
A jednak Zełenski nie może zwyczajnie odrzucić propozycji. Przypomina to powtórkę z szantażu podczas negocjacji umowy surowcowej (która tak swoją drogą miała gwarantować amerykańskie wsparcie, a jednak jest ono nadal przedmiotem szantażu politycznego!). Groźba wstrzymania pomocy jest argumentem wystarczającym by podejść do rozmów. Jeśli Kijów nie jest już w stanie kontynuować wojny, plan pokojowy Trumpa oferuje drogę wyjścia dając możliwość zawieszenia konfliktu i wystarczającą dozę swobody do tego, żeby odbudować kraj i przygotować się do kolejnego etapu wojny. Wznowienie wojny jest nieuniknione i nastąpi zaraz po tym jak Rosja odtworzy potencjał wojskowy. Takie zawieszenie przypominałoby nieco sytuację Finlandii po wojnie zimowej ze Związkiem Sowieckim. Jeśli jednak Ukraina czuje się silniejsza, może liczyć na kontynuowanie wojny w nadziei na poprawę własnej pozycji i doprowadzenie do trwałego rozstrzygnięcia.
Niezależnie od decyzji Kijowa, projekt wymaga zgody samej Rosji. Tu także wszystko zależy od tego, czy rosyjska armia faktycznie ma jeszcze potencjał ofensywny wystarczający do zajęcia Donbasu w akceptowalnym terminie (moim zdaniem jest to co najmniej dyskusyjne). Jeśli nie, zawieszenie broni będzie na rękę Putinowi, a jakiekolwiek zobowiązania i tak nie będą miały większego znaczenia, ponieważ Rosja ich nie będzie respektować. Za to podział wśród Zachodu jaki porozumienie to wywoła oraz wymuszenie negocjacji z NATO, będzie dla niej dodatkową korzyścią. Nie zapominajmy, że Federacja Rosyjska jest i pozostanie w antyzachodnim sojuszu z Chinami, Iranem i Koreą Północną. Biały Dom wydaje się ten fakt ignorować.
Wreszcie, Waszyngton dokonuje wielu założeń, o których tak naprawdę nie może decydować. Zamrożone rosyjskie aktywa znajdują się w Europie, a nie USA. Jakakolwiek decyzja NATO musi być kolektywna, także ta o zamrożeniu poszerzenia. Jeśli Polska czy Niemcy mają być gwarantami bezpieczeństwa, muszą zadecydować o tym na własnych warunkach. A jeśli Ukraina stanie się członkiem Unii Europejskiej (Rosja będzie temu przeciwdziałać), obejmą je także europejskie gwarancje bezpieczeństwa (klauzula wzajemnej obrony) a wobec tego umowa pokojowa musi mieć mocniejsze zapisy uniemożliwiające wznowienie konfliktu.
Jest więc wiele znaków zapytania i powinniśmy raczej nastawiać się na długie tygodnie, a nawet miesiące dalszych negocjacji, nawet jeśli jakieś założenia zostaną parafowane. Pewną nadzieję daje zapowiedź Trumpa, że w tym czasie żadne sankcje nie zostaną z Rosji zdjęte. Być może, da się na tej podstawie wypracować rozwiązanie, które satysfakcjonowałoby wszystkie strony. Będziemy musieli poczekać z końcową oceną na finalne zapisy.
Globalna Gra jest wspierana przez Patronów.
Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ
Możesz też postawić mi kawę:

0 komentarzy