Bitwy Zaporoża

Krwawe walki na zaporoskich stepach napawają pesymizmem wszystkich tych, którzy po siłach ukraińskich spodziewali się szybkich postępów i zwycięskich szarż niczym z hollywoodzkich superprodukcji. Rzeczywistość nie jest aż tak kolorowa.


21-07-2023



Ukraińska ofensywa toczy się od półtora miesiąca i nie ma mowy o jej zakończeniu. Gdyby sugerować się jedynie zyskami terenowymi, jej dotychczasowy efekt nie wydaje się imponujący, ale to moim zdaniem mylny obraz. Mówienie o jej końcu lub zamrożeniu, jeśli nie jest powodowane złą wolą, to po prostu błąd poznawczy.

Jasnym jest, że liczono na większą dynamikę, choć jeszcze przed rozpoczęciem działań podkreślano, że będą one długotrwałe. Całkowicie otwarcie mówi o tym ukraińskie dowództwo . Rosyjska obrona zachowuje spójność, skutecznie opóźniając postępy przeciwnika. Jednakże istnieje fundamentalna różnica między powolnymi postępami, a całkowitą porażką, którą zazwyczaj pieczętuje utracenie zdolności ofensywnych.

Naiwnością jest oczekiwanie, że wszystko powinno pójść łatwo, w zgodzie z pierwotnymi założeniami. Plany operacyjne mają to do siebie, że sprawdzają się tylko do momentu skonfrontowania ich z rzeczywistością. Później następuje okres adaptacji do warunków pola bitwy, tak aby w jak najkorzystniejszy sposób doprowadzić do realizacji założonych zadań. Miarą sukcesu nie jest brak trudności, tylko skuteczne ich przezwyciężenie, czego próby właśnie obserwujemy. W podobnym duchu o obecnym etapie pisze analityk CSIS i były wojskowy – Mick Ryan, którą to lekturę polecam.

Czuję się jakbym ciągle powtarzał te same truizmy, ale najwyraźniej trzeba to robić, skoro tak trudno przerwać dominującą w naszej infosferze karuzelę emocji, od pełnej uniesienia ekscytacji do czarnego jak pochmurna noc pesymizmu. Staram się patrzeć szerzej, na parametry określające potencjały i trendy kształtowane przez wydarzenia, a nie wyrwane z kontekstu elementy, które tak jak pojedyncze puzzle – nie dają pełnego obrazu.

Jak zawsze w takich chwilach, najlepiej jest rozbić problem na części. Opiszę go w czterech punktach.

#1 – Taktyka

Zastanówmy się, co tak naprawdę obserwujemy? Po pierwszych, nieskutecznych próbach punktowego przełamania rosyjskich linii uderzeniami pancerno-zmechanizowanymi, ukraińskie dowództwo zmieniło taktykę. W zaporoskich bitwach ciężar działań przeniesiony został na oddziały piechoty, atakujące przy wsparciu artylerii.

Taką zmianę wymusiły okoliczności. Dopóki nie dojdzie do przełamania linii i wyjścia na przestrzeń operacyjną, nie można mówić o wojnie manewrowej, a skoro tak, nie ma premii z tytułu użycia jednostek zmechanizowanych. Przeciwnie, nacieranie nimi przez otwarte, gęsto zaminowane pola na umocnione punkty oporu przynosiło niepotrzebne straty.

Według The New York Times, w dwóch pierwszych tygodniach ofensywy, siły ukraińskie utraciły (licząc razem uszkodzenia i zniszczenia) do 20% zaangażowanego sprzętu. Nadając właściwe proporcje dodajmy, że w tym okresie rzucono do walki ok 25% jednostek szykowanych do działań zaczepnych, przy czym w niektórych straty te były mniejsze. W wyniku zmiany taktyki, poziom strat spadł o połowę.

Pewną, wcale niemałą, ilość ciężkiego sprzętu odzyskano po przesunięciu linii frontu. Było to możliwe, ponieważ Rosjanie zaniechali dobijania uszkodzonych pojazdów. Fakt ten stał się przedmiotem powszechnej krytyki w rosyjskiej infosferze. Mowa więc, licząc bardzo ogólnie, o maksymalnie 5% dostępnego potencjału tzw. zachodnich brygad. Teoretycznie, gdyby pierwotne tempo zostało utrzymane, utracenie 30% stanu zajęłoby ok. 12 tygodni czyli aż do jesieni. Podejrzewam, że dla ukraińskiego dowództwa byłby to akceptowalny koszt, gdyby szły za tym oczekiwane rezultaty. Jednak gra idzie o pełną stawkę, a fakt ten wymaga elastyczności. Ukraińskie dowództwo powtarza, czemu wtórują zachodni sojusznicy, że główne uderzenie jeszcze nie nadeszło.

Szybko skonstatowano, że na polach Zaporoża lepsze efekty daje użycie niewielkich oddziałów piechoty, które metodą „żabich skoków”, poruszając się pod osłoną linii drzew szturmują kolejne punkty oporu przeciwnika. Ich największym wsparciem są drony oraz precyzyjny ostrzał artylerii. Dopiero potem teren zostaje rozminowany, a ciężki sprzęt podciągnięty bliżej. Takie działanie, choć jest skuteczne i pozwala na znaczne ograniczenie strat sprzętowych, charakteryzuje się mniejszą dynamiką. Żołnierze zmuszeni są do pokonywania marszem wielu kilometrów, a trwają przecież letnie upały. To duży wysiłek, który przy braku powodzenia zmusza do równie długiej drogi powrotnej, nierzadko z rannymi.

Obie strony chwytają się wszelkich sposobów na zbudowanie przewagi nad przeciwnikiem. Szukają słabych punktów, nie tylko w rozumieniu linii frontu, ale głównie możliwości jakimi dysponuje, lub nie dysponuje wróg. Płk Maciej Korowaj określił tę sytuację trafnym mianem „wojny na deficyty”.

Rosjanie starają się za wszelką cenę spowolnić Ukraińców. W moim odczuciu, ich uporczywa obrona na przedpolu (w tzw. pasie przesłaniania) wynika z prostej kalkulacji. Mimo solidnie rozbudowanych głównych umocnień, nie posiadają wystarczającej liczby żołnierzy do ich pełnego obsadzenia. Szczególnie drugiej i dalszych linii, które dodatkowo nie są już tak gęsto zaminowane. Nie mogą być, ponieważ oddziały potrzebują przestrzeni do swobodnego manewrowania na zapleczu frontu.

Kontratakując na przedpolu zyskują czas, wykorzystując jednocześnie ukraińską słabość polegającą na braku umiejętności dynamicznego współdziałania większych związków taktycznych i różnych rodzajów uzbrojenia, do wyzyskania powodzenia ataków (o czym później). Z kolei siły ukraińskie starają się niszczyć rosyjskie zaplecze i logistykę, odcinając oddziały frontowe od regularnego zaopatrzenia. Utrzymywanie systematycznej, nieustannej presji ma Rosjan wyniszczyć, a w rezultacie doprowadzić do pęknięcia frontu i umożliwienia wdarcia się wgłąb linii, który to wyłom pozwoli na przecięcie ogniem artylerii korytarza prowadzącego z Krymu do Federacji Rosyjskiej.

Inaczej jest na wschodzie, choćby w okolicach Bachmutu, gdzie dzieląca strony przestrzeń jest dużo mniejsza, a bezpośrednie wsparcie oddziałów pancerno-zmechanizowanych częstsze. Okrążenie, a następnie wyzwolenie miasta przez siły ukraińskie wydaje się prawdopodobną i relatywnie bliską perspektywą. O spełnieniu wszystkich koniecznych do tego warunków mówił ostatnio dowodzący wschodnim odcinkiem frontu gen. Ołeksandr Syrski. Stąd nasuwa się wniosek, że rosyjskie działania zaczepne rozpoczęte na odcinku Kreminna-Kupiańsk, mają zmusić Ukraińców do zaangażowania przygotowywanych do ataku rezerw (tak twierdzi np. wiceminister obrony Hanna Maliar).

Gdyby faktycznie brała w nich udział rosyjska 1 Gwardyjska Armia Pancerna, byłaby to wbrew pozorom dobra nowina dla Kijowa. Robocza teza wśród obserwatorów/analityków mówi, że powodem asekuracyjnego wstrzymywania wprowadzenia do boju kolejnych brygad jest brak wiedzy co do zachowania się strategicznych odwodów Rosjan, czyli m.in. 1GAP.

Nie wierzę jednak w rosyjskie zdolności do wykonania głębszego uderzenia na kierunku kupiańsko-łymańskim, jest to bowiem trudny geograficznie teren, a dedykowany do tego zadania potencjał jest zbyt mały, aby możliwe było osiągnięcie większego sukcesu. Nie jestem przekonany, czy ich „strategiczne rezerwy” są faktycznie formacjami o pełnych i zmotywowanych stanach osobowych. Na razie, w działaniach na tym odcinku nie odnoszą większego powodzenia.

#2 – Straty

Łatwo nam przechodzić do porządku nad okolicznościami, które stały się codziennością, zapominając że jeszcze nie tak dawno stanowiły ewenement. Tymczasem trzeci miesiąc trwa intensywny, ukraiński ostrzał artyleryjski, rażone są rosyjskie linie zaopatrzeniowe, zgrupowania oddziałów, bazy, sztaby i składy amunicji. Od bezpośredniego zaplecza frontu, po głębokie tyły. Do szerszej świadomości przebijają się jedynie spektakularne akcje, jak kolejne uderzenie w Most Krymski albo ataki dronów na port w Sewastopolu, ale faktem jest, że ostrzał pozostaje regularny. Nierzadko cele namierzane są dzięki wskazaniom ruchu partyzanckiego operującego na zajętych terytoriach, który daje się we znaki okupantom (bardzo ciekawie pisał o tym The Times). To nękanie istotnie degraduje rosyjskie możliwości. Pojawiają się problemy z logistyką, konieczne jest racjonowanie amunicji, a dowództwo musi ciągle żonglować zasobami tak by obsłużyć potrzeby całej linii frontu. Zadanie to z tygodnia na tydzień staje się coraz trudniejsze.

Sami Rosjanie potwierdzają dominację ukraińskiej artylerii lufowej nad ich własną. Według danych ukraińskich, w maju wyeliminowano ok. 550 sztuk rosyjskiej artylerii holowanej i samobieżnej, w czerwcu blisko 700, a trend wzrostowy utrzymuje się także w lipcu. W pierwszym półroczu 2023 zniszczono łącznie ponad 2100 sztuk rosyjskiej artylerii lufowej. Mniejsze, bo idące w dziesiątki, są straty w systemach rakietowych, ale także tutaj widać wyraźny wzrost trafień. W pierwszej połowie lipca zniszczono ich tyle ile przez cały czerwiec (ponad 50 sztuk), a kolejne są codziennie dopisywane do listy. Dla porównania, po stronie ukraińskiej porażanych jest do kilkudziesięciu różnego typu systemów artyleryjskich miesięcznie, do czego doliczyć należy awarie eksploatacyjne, w tym zużycie luf.

Z kolei użycie mniejszych, złożonych głównie z piechoty oddziałów zredukowało w lipcu skalę odnotowywanych strat w ludziach i sprzęcie, ale tylko w relacji do wyjątkowo pod tym względem intensywnego czerwca. Warto zauważyć, że potencjał rosyjski doznał pod wieloma względami większego uszczerbku w pierwszej połowie 2023 roku niż w całym poprzednim roku (pisałem o tym na początku lipca w mediach społęcznościowych). Szczególną uwagę przykuwają straty osobowe, ok 120 tys. rannych, zabitych i zaginionych, wobec 70 tys. w poprzednich 10 miesiącach.

Jak to wygląda po stronie ukraińskiej? Najważniejszą informacją pośrednią jest fakt, że brygady, które zaczęły ofensywę i stanowią trzon sił uderzeniowych nadal są obecne na froncie. Dla przykładu, walcząca w okolicach miejscowości Robotyne – 47 brygada, mimo że prawdopodobnie utraciła najwięcej ludzi i sprzętu, kontynuuje działania na jednym ze zdecydowanie najtrudniejszych odcinków frontu, codziennie przesuwając się o kilkaset metrów. Jak pokazują relacje polskiego medyka pola walki – Damiana Dudy, walki na Zaporożu są zacięte i krwawe. Co prawda, raz na kilka dni oddziały frontowe są rotowane (następuje wtedy widoczny spadek intensywności działań), ale dzieje się to w ramach tej samej jednostki. Najwyraźniej, jej potencjał bojowy nie został jeszcze wyczerpany, a bieżące uzupełnienia podtrzymują zdolności.

Nieco mniej intensywne są starcia na terenie Donbasu, szczególnie w porównaniu do ukraińskiej obrony Bachmutu. Tutaj kompozycja oddziałów wygląda nieco inaczej, poszczególne jednostki były na pewnym etapie wymieniane z uwagi na koszty działań zimą. Obecnie, luzowanie żołnierzy prowadzone jest także w ramach tych samych brygad.

Tymczasem, żołnierzom rosyjskim nie daje się szansy na wypoczynek i to mimo wysokich strat. Wiele oddziałów w ogóle nie jest luzowanych, a jedynie stale zasila się je uzupełnieniami, co ma przełożenie na morale i efektywność. Nierzadko, poszczególne formacje lub ich elementy walczą tak długo, aż całkowicie utracą zdolności bojowe. Gdy tak się dzieje, zastępowane są przez inne, co jednak prowadzi do „przepalania” rezerw. Na ten stan rzeczy skarżył się m.in. dowódca 58 Armii gen. Iwan Popow, za co został zdjęty ze stanowiska. Stało się to krótko po tym, jak w ataku rakietowym zginął jego zastępca, gen. Oleg Cokow. Opinia rosyjskiego oficera nie jest w żadnym razie odosobniona. Podobne głosy stale przewijają się w rosyjskiej infosferze, co podawane jest zazwyczaj w kontekście potencjalnego niebezpieczeństwa przerwania frontu.

W jaki sposób można potwierdzić powyższe doniesienia, tak aby nie opierać się jedynie na raportach ukraińskiej armii? Według serwisu Oryx i Jakuba Janowskiego agregujących wizualnie potwierdzone straty obydwu stron, ilość techniki utraconej przez Rosjan regularnie przewyższa straty ukraińskie. Także pod względem typu sprzętu. Rosjanie tracą znacznie więcej pojazdów ciężkich, a wśród Ukraińców gros stanowią lżejsze pojazdy, jak popularne MRAP`y. Pokrywa się to z (trudno weryfikowalnymi) doniesieniami bezpośrednio z frontu, mówiących o kilkukrotnie wyższych stratach osobowych wśród broniących się Rosjan, niż atakujących Ukraińców. W najlepszym dla nich razie, na najtrudniejszych odcinkach, bilans pozostawać ma w stosunku 1:1.

Biorąc pod uwagę, że mówimy o prowadzeniu natarcia na umocnione pozycje, proporcje te uważam za imponujące. Wyższa przeżywalność Ukraińców wynika z wysokiej jakości zachodniego sprzętu, który dużo lepiej chroni życie załogi niż jego sowieckie odpowiedniki. Tymczasem Kijów nadal nie zaangażował do walki większości przeszkolonych i wyposażonych przez Zachód sił. Potwierdza to m.in. gen. Mark Milley.

#3 – Uzupełnianie potencjału

Wbrew obiegowej opinii, Siły Zbrojne Ukrainy nie wymagają pilnego zwiększenia dostaw w zakresie czołgów, wozów opancerzonych czy artylerii. Te regularnie zapowiadane i już realizowane przez Zachód, w połączeniu z remontami, mniej więcej pokrywają bieżące zapotrzebowanie. Oczywiście, nie mówimy o nadal czekających na dostarczenie i mających zapewnić Ukrainie przewagę w powietrzu samolotach F-16. To pieśń przyszłości.

W obecnej chwili, główną ukraińską bolączką pozostaje niewystarczające nasycenie środkami obrony przeciwlotniczej i walki radioelektronicznej. Brakuje sprzętu do rozminowania, w tym nie tylko ciężkiego ale także osobistego wyposażenia saperów. Długofalowym problemem jest pozyskiwanie wystarczającej ilości amunicji artyleryjskiej, którą intensywnie prowadzony ostrzał szybko zużywa. Poszerzeniem tych możliwości, ale też uzupełnieniem deficytu jest decyzja o przekazaniu Ukrainie amunicji kasetowej (oficjalnie z USA, nieoficjalnie także z Turcji), która przełoży się na zmniejszoną eksploatację środków (jeden pocisk kasetowy zawiera w sobie od kilku do kilkuset mniejszych ładunków) oraz większą efektywność ostrzału.

Najlepiej listę ukraińskich potrzeb obrazuje najnowszy amerykański pakiet pomocowy USAID (z dnia 19 lipca 2023), w którym obecne są:

* 4 systemy NASAMS wraz z amunicją

* amunicja artyleryjska kal. 152 mm

* sprzęt do usuwania min

* ręczne wyrzutnie ppanc

* drony Phoenix i Switchblade

* precyzyjna broń lotnicza

* systemy antydronowe i WRE

* 150 cystern

* 115 holowników

* 50 wozów zabezpieczenia technicznego

* sprzęt do zabezpieczenia portu i nabrzeża

* narzędzia do bezpiecznej komunikacji poziomu taktycznego

Pełną listę amerykańskiego wsparcia ogłoszonego pomiędzy 23.02.2022 a 18.07.2023 można znaleźć TUTAJ.

Zachód relatywnie szybko realizuje zapotrzebowanie materiałowe, dostosowując je do bieżących oczekiwań zgłaszanych przez Kijów. Mechanizm ten działa sprawnie, rozbudowana sieć sojuszy i powiązań ułatwia gromadzenie potrzebnych zasobów.

Tymczasem realizacja dostaw nowego sprzętu po stronie rosyjskiej pozostawia wiele do życzenia. Podczas gdy oficjalna propaganda pokazuje opuszczające fabrykę, poświęcone przez popa czołgi T-90M, rosyjscy blogerzy ujawniają sytuacje, w których pośpiech i marna jakość wykonania prowadzą do tragikomicznych sytuacji. Na sześć dostarczonych przez zakłady systemów OPL Tunguska, trzy od razu odmówiły posłuszeństwa, a kolejne popsuły się niedługo później. Podobnie jest z innymi typami ciężkich pojazdów, do których permanentnie brak części, a w przypadku starszych typów (jak T-62 czy T-55) także odpowiednich fachowców. Analityk Marek Meissner opisuje trudności z jakimi mierzy się rosyjski przemysł zbrojeniowy próbując dostarczyć na front kolejne czołgi konstatując, że wobec takich trudności wprowadzenie do linii pamiętających II wojnę światową czołgów T-34-85, o czym krążą plotki, wcale nie musi być takim głupim pomysłem.

#4 – Destabilizacja wewnętrzna

W niecały miesiąc po buncie Prigożyna kremlowska propaganda uczyniła wiele aby przekonać odbiorców, że nic wielkiego się nie stało. Fakty są jednak takie, że następstwa tego wydarzenia nieustannie wpływają na sytuację wewnętrzną w Rosji. Po okresie absencji, w mediach ponownie pojawili się minister obrony Siergiej Szojgu, a następnie gen. Walery Gierasimow. Nadal jednak nic nie wiadomo o gen. Surowikinie czy Mizincewie, którzy przebywać mają w przymusowym odosobnieniu.

Przez ostatnich kilka tygodni, rosyjskie służby zatrzymały przynajmniej kilkunastu innych wysokich rangą oficerów, a podobną liczbę zdymisjonowano. Wspominałem o dowodzącym zasłużoną 58 Armią gen. Iwanie Popowie, ale według doniesień rosyjskiej infosfery do listy dopisać można dowódcę 106 Tulskiej Gwardyjskiej Dywizji Powietrzno-desantowej gen. Władimira Sieliwierstowa, dowódcę 7 Gwardyjskiej Dywizji Powietrzno-desantowej gen. Aleksandra Korniewa, dowódcę 90 Dywizji Pancernej gen. Ramila Ibatulina, czy dowódcę 31 Brygady Powietrzno-desantowej płk Siergieja Karasiewa. Nadreprezentację oficerów WDW łączy się z ich bliskimi relacjami z grupą Wagnera. Formacje te bardzo często współdziałały na polu bitwy.

Spadochroniarze są przekonani, że usuwanie dowódców poszczególnych formacji WDW ma prowadzić do dymisji głównodowodzącego tym rodzajem wojsk – gen. Michaiła Tepilnskiego. Ważne, że wymienieni oficerowie byli lub są otwarcie krytyczni wobec aktualnego kierownictwa MON. Wygląda więc na to, że Kreml obawia się kolejnego buntu i ma ku temu podstawy. Nagranie ostrzegające przed konsekwencjami odwołania gen. Teplinskiego opublikować mieli podlegający mu żołnierze.

W tym samym czasie twarz buntowników – Jewgienij Prigożyn – bez przeszkód podróżuje między Rosją a Białorusią. Zatrzymane w śledztwie FSB jego rzeczy osobiste i majątek, zostały mu zwrócone. Władimir Putin stwierdził w wywiadzie, że grupa Wagnera przestała istnieć, jednak organizacja ta nigdy nie była legalna na terytorium Rosji. Obecnie, stara wagnerowska gwardia gromadzi się na Białorusi, gdzie według słów Prigożyna, w oczekiwaniu na przerzut do Afryki ma szkolić białoruską armię. Nadal pozostaje on otwarcie krytyczny wobec kierownictwa resortu obrony, w czym wtóruje mu jego prawa, zbrojna ręka – Dmitrij Utkin. W moim odczuciu, Wagner pozostaje kartą w talii, którą w odpowiednim momencie można będzie zagrać. Spod Mińska jest bowiem dużo bliżej do Sankt Petersburga czy Moskwy, niż spod Rostowa nad Donem.

Straszenie użyciem Wagnerowców wobec Polski lub Litwy, uważam w tym kontekście za próbę demonstracyjnego odwrócenia uwagi od głównej przyczyny „białoruskich wakacji” najemników – pozostawienia ich jako siły w wewnętrznych rozgrywkach wśród rosyjskich grup interesu. A te trwają w najlepsze.

Po okresie względnej bezkarności, rosyjskie służby zaczynają naciskać na tzw. turbopatriotów, których twarzą jest Igor Girkin vel Striełkow. Jego krytyka Władimira Putina przyjmuje coraz ostrzejsze formy, ostatnio nazwał go „tchórzliwą miernotą”, a w dniu publikacji niniejszego artykułu został zatrzymany pod zarzutem ekstremizmu. W stan oskarżenia postawiony został też współpracownik Girkina, były oficer GRU – Władimir Kwaczkow. Odczytuję to jako sygnał rosnącej rywalizacji pomiędzy FSB a GRU.

Jednocześnie nadal wzmacniana jest Rosgwardia, która w spadku po Wagnerze otrzymuje ciężki sprzęt w postaci m.in. czołgów. Deputowani do Dumy specjalnie w tym celu procedowali zmiany prawne, które usankcjonowały nowe kompetencje formacji. Wzmocnienie jej zdolności jest bezpośrednim następstwem „marszu na Moskwę”, który udowodnił bezradność Rosgwardii w konfrontacji z doświadczonym wojskowo i dobrze wyposażonym przeciwnikiem.

Chaos wewnętrzny w kraju przekłada się na sprawność rosyjskiej armii na Ukrainie. Wszelka krytyka jest uciszana, co nie pozwala na dokonywanie korekt w błędnym postępowaniu. Usuwani są doświadczeni dowódcy, nawet na najbardziej zagrożonych odcinkach, a polowanie na przeciwników politycznych, odciąga uwagę oficerów od wydarzeń na froncie. Na ironię zakrawa fakt, że próby zduszenia wewnętrznej krytyki prowadzą jedynie do jej narastania. Pozostający na wolności Prigożyn stale przypomina, że niektórzy mogą w tym zakresie liczyć na bezkarność.

To oczywiście przekłada się na pozycję Władimira Putina. Tak krajową jak i międzynarodową. Głośnych echem odbiło się odwołanie wizyty rosyjskiego prezydenta na szczycie BRICS w Johannesburgu, z uwagi na możliwość jego aresztowania przez władze RPA, w związku z listem gończym wystawionym w marcu przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze.

Podsumowanie – jakie wnioski?

Jak dotąd, siły ukraińskie były w stanie wyzwolić terytorium o powierzchni około 300 km2. Tempo to nie jest zgodne z oczekiwaniami Kijowa czy Zachodu, ale nie można moim zdaniem mówić o zamrożeniu frontu.

Przede wszystkim nie jest tak, że rosyjskich linii nie da się przełamać nawet w tej chwili. Ukraina dysponuje krótkim okienkiem czasowym do końca lata, po czym pojawi się silna presja międzynarodowa by na jesieni przystąpić do negocjacji pokojowych. Taki sygnał wysłał prezydent Joe Biden wyrażając przekonanie, że jego zdaniem wojna nie będzie trwać kolejnych kilku lat, a po obecnej ofensywie strony przystąpią do rozmów.

W czym więc problem? Nie chodzi o braki w wyposażeniu, a przynajmniej to nie one są w tej chwili decydujące.

Wrócę do poruszonej we wcześniejszej części tekstu kwestii ukraińskiego dowodzenia. Wnikliwi obserwatorzy wydarzeń z pewnością zauważyli, że dość regularnie, lokalne ataki ukraińskie doprowadzają do wytworzenia okazji pozwalającej na próbę przełamania danego odcinka frontu.

Zazwyczaj polega to na tym, że oddział wielkości kompanii wdziera się w rosyjskie pozycje, rozbijając obrońców i doprowadzając do trwającej przez pewien czas luki w obronie. To zrozumiałe, bo tak długa linia frontu powoduje, że jego odpowiednie i równomierne nasycenie staje się w toku prowadzonych walk niemożliwe. Do takich sytuacji dochodzi nawet w czasie ruchu wojsk powodowanego presją na sąsiednie odcinki i koniecznością ich wsparcia.

Wyzyskanie okazji, wymaga jednak natychmiastowego wprowadzenia w to miejsce dodatkowych sił, a przy tym skoordynowania wsparcia pancernego i artyleryjskiego. A to nie zawsze się udaje. Sprawne współdziałanie możliwe jest gdy istnieje dobra komunikacja na całym odcinku frontu, najważniejsze jest bowiem zachowanie wysokiego tempa działań. Niestety, w ukraińskim systemie dowodzenia kooperacja sąsiadujących ze sobą oddziałów nierzadko pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza większych związków taktycznych. Szczególnie gdy dana jednostka nie dysponuje odpowiednim doświadczeniem. Problem ten był znany wcześniej, ale w warunkach ataku na dużej przestrzeni i na umocnione pozycje, staje się istotnym ograniczeniem.

Według analityka Franza Stefana-Gady`ego, który w lipcu rozmawiał z walczącymi na froncie żołnierzami, to dlatego ukraińska ofensywa nie może jak dotąd rozwinąć skrzydeł. Brak koordynacji między jednostkami i rodzajami wojsk zmusza dowództwo ukraińskie do działania w sposób sekwencyjny (na sowiecką modłę), a to oznacza twarde realizowanie planu kosztem dynamicznego wykorzystywania okazji jakie daje pole bitwy. Jest to zaprzeczenie zachodniego sposobu walki, a co więcej, budzi opór wśród młodszej, zmotywowanej do działania kadry, która czerpie z niego swoje wzorce zachowań.

Ta słabość decyzyjna wyższych szarż i popełniane błędy w planowaniu są permanentnie wykorzystywane przez Rosjan, którzy niezależnie od tego czy w danej chwili posiadają odpowiedni potencjał, zawsze starają się kontratakować na utracone pozycje. Rozumieją, że nawet jeśli ich nie odzyskają, to powstrzymają przeciwnika przed wypracowaniem większego powodzenia na danym odcinku, przez co natarcie wytraci impet. Pierwsze, co robią Ukraińcy po zdobyciu pozycji to jej oczyszczenie i przygotowanie obrony, a ponieważ mimo wszystko miarowo postępują naprzód, taka asekuracja demotywuje część dowództwa do zmiany sposobu działania.

W warunkach walki na wyniszczenie, nauczeni doświadczeniem nabytym podczas odbijania Chersonia, preferują miarową presję ponad niosącą tyleż okazji co zagrożeń dynamikę wbijania klinów. Gady konstatuje, że jeśli nie dojdzie do przełamania linii, najlepiej w połączeniu z doprowadzeniem do upadku rosyjskiego morale, powolne walki na wyniszczenie mogą toczyć się jeszcze przez wiele tygodni, a nawet miesięcy.

Moim zdaniem, mimo że ma wiele racji w ocenie ukraińskich niedomagań, Gady nie docenia całokształtu wydarzeń i jego przełożenia na samych Rosjan, którzy mierzą się z nawarstwiającymi się problemami.

Pozorne „walenie w mur” przez siły ukraińskie doprowadza do kurczenia się rosyjskich zasobów, a to z kolei stwarza większą liczbę możliwości, więcej okazji do działania. To dlatego oddziały ukraińskie utrzymują przyczółki na lewym (wschodnim) brzegu Dniepru i nadal nękają przygraniczne obwody Federacji Rosyjskiej. To tendencyjne rozciąganie zasobów, ale też trzymanie wszystkich opcji na stole. Gotowych do rozwinięcia w sprzyjających okolicznościach.

Jednakże nawet najlepszą okazję trzeba umieć wykorzystać, a do tego konieczna jest otwartość i chęć uczenia się na błędach. Ich wyeliminowanie może doprowadzić do szybkiego zwiększenia skuteczności prowadzonych działań. Prawdopodobnie, podobny efekt dałoby wprowadzenie do walki bardziej doświadczonych oddziałów i dowódców.

Niemniej, przytoczony komentarz przytomnie wskazuje na aspekt psychologiczny. Obserwujemy jak rośnie presja na Półwysep Krymski. Trwają ataki z powietrza i morza, a infrastruktura sabotowana jest przez dywersantów. Po raz kolejny trafiony został most przez Cieśninę Kerczeńską, co wzbudziło panikę wśród turystów. Spodziewam się kolejnych tego typu uderzeń, także na terytorium Federacji Rosyjskiej. Takie nękanie ma istotne znaczenie dla osłabienia woli oporu przeciwnika. Ciosem w rosyjskie morale byłoby też np. odbicie Bachmutu.

Ponieważ obydwie strony dysponują relatywnie zbliżonym potencjałem, doszliśmy do momentu w którym o sukcesie zdecyduje zdolność do szybkiej adaptacji oraz determinacja w realizacji celu. Ukraińcom jej nie brakuje, a każde, nawet pomniejsze zwycięstwo doda im wiatru w żagle. Tymczasem Rosjanom nadal nie udaje się zmienić długofalowych, niekorzystnych dla nich trendów. Nie posiadają widocznego planu odwrócenia sytuacji, a ich jedyną nadzieją jest dotrwanie do jesiennych deszczy i zamrożenie konfliktu.

To dużo za mało, by uniknąć porażki.


Niniejsza strona jest wspierana przez Patronów.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ

Możesz też postawić mi kawę: buycoffee.to/globalnagra

2 komentarze

Tom · 2023-07-22 o 10:39

Wakacje w połowie, lato minęło w 1/3. Założyłeś, że rosja przegra wojnę w lecie, za przegraną uznając wyłom, przerwanie korytarza na Zaporożu. Niestety tak się nie stało, a co gorsza (moim zdaniem) nie zanosi się na to. Niestety obawiam się, że kacapy kosztem potężnych strat w ludziach i sprzęcie ale obronią ten teren do jesieni. Jesień, zima, wiadomo, że nic wielkiego nie przyniesie, a w 2024 prawdopodobnie zaczną się negocjacje, bo tak powie USA i granice będą ustalone +/- tak jak są teraz. O wygranej Trumpa w wyborach to w ogóle boję się myśleć, bo to będzie tragedia.

    Filip Dąb-Mirowski · 2023-07-22 o 12:40

    Lato mija ale się nie skończyło. Moim zdaniem front nie zostanie tak jak jest. Po pierwsze, wyraźnie widać, że to nie jest monolit i o tym napisałem w artykule, ale po drugie Kijów po prostu nie może sobie na to pozwolić. Uważam, że w najgorszym razie użyje rezerw tylko w jednym, najbardziej rokującym punkcie. Zaporoże jest najważniejsze, ale jeśli nie będzie innego wyjścia to starczy jakikolwiek sukces – więc jeśli wcześniej (tzn. mniej więcej teraz) nie uda się wziąć Bachmutu, to przed końcem lata uderzą tam dużymi siłami. To jeszcze nie oznacza z automatu, że się Rosjanie załamią (choć mogą, ale zostawmy rozstrzygnięcie tej kwestii w zawieszeniu), ale na pewno doprowadzi do zmiany linii frontu.

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.