Bitwa o Białoruś

Wszystko wskazuje na to, że obserwujemy właśnie krytyczny moment, w którym zdecyduje się przyszłość Białorusi. A to w dużej mierze od niej zależy układ sił w całej Europie Środkowo-Wschodniej, w tym zwłaszcza bezpieczeństwo Ukrainy, państw bałtyckich oraz Polski.


Podsumowanie treści:
  • Skutki epidemii Covid-19 i pauperyzacja społeczeństwa doprowadziły do eksplozji politycznej aktywności Białorusinów o niespodziewanej intensywności.
  • Działania A. Łukaszenki wbrew jego woli wynoszą do roli głównej opozycjonistki niepozorną amatorkę – S. Chichanouską. Osobę daleką od polityki, przez to autentyczną i szybko zdobywającą poparcie.
  • Przyciśnięty przez Moskwę białoruski dyktator, szuka sposobu na zachowanie władzy w neutralności popartej przez USA i Chiny oraz tworzonej legendzie obrońcy niepodległości (temu służyć miało aresztowanie „wagnerowców”). Możliwe zerwanie umowy ZBiR – to niebezpieczna gra.
  • O przyszłości kraju zdecydują ostatecznie sami Białorusini, choć nie sposób dzisiaj przewidzieć jaka ona będzie.
  • To wybór cywilizacyjny, w którym istotną rolę pełni atrakcyjność Polski i wpływ jej miękkiej siły na region. Musimy bardzo uważać by tego nie zaprzepaścić. Dzięki temu niezależnie od wyniku wyborów, Białorusini będą mentalnie bliżej Warszawy niż Moskwy.

Spis treści:
I. Dlaczego Białoruś jest tak ważna?
II. Kronika wypadków.
III. Starcie.
IV. Nowa tożsamość.
V. Materiały.


Życie lubi zaskakiwać, choć sama próba sił na Białorusi nie może dziwić, to już jej przebieg – tak.

Kto by się spodziewał, że dla zrównoważenia wpływów rosyjskich nie kto inny a sam prezydent Łukaszenka pozwoli odwoływać się do symboliki biało-czerwono-białej flagi i dziedzictwa Rzeczpospolitej Obojga Narodów? Że zwróci się o wsparcie do USA i Chin, a co więcej, że taką pomoc bardzo szybko otrzyma? Że sprzeciwi się Rosji? Albo, że w znanych ze spokojnego usposobienia Białorusinach zrodzą się buntownicze nastroje, które swoją skalą i siłą oddziaływania porównywalne będą z tymi z lat 2006-2010? Więcej nawet, że będą one w swojej strukturze wiekowej i społecznej bardziej powszechne niż tamte? Wreszcie, że w tradycjonalistycznej i pod wieloma względami patriarchalnej wschodniej kulturze (w rozumieniu rzeczywistego statusu społecznego w relacji do mężczyzny) na czele tego buntu staną kobiety?

Wiec poparcia Świetłany Cichanouskiej, Mińsk 30.07.2020. Źródło: Bełsat.

Samo starcie różnorakich wpływów zewnętrznych graczy na Białorusi było widoczne już wcześniej. Dla państw leżących na styku dwu światów jest to nieuchronny stan rzeczy. W czasach zimnej wojny, podobne, choć może mniej widowiskowe zmagania trwały w różnych okresach np. w Finlandii czy Austrii. To zagrożenie, ale też przy odpowiednim równoważeniu wpływów duża szansa rozwojowa. Z kolei do protestów opozycji na Białorusi dochodziło też przy każdych poprzednich wyborach prezydenckich i nigdy nie przyniosły one oczekiwanych rezultatów. Po brutalnym stłumieniu ostatnich tak dużych wystąpień równo 10 lat temu i aresztowaniu związanych z nimi działaczy, białoruska opozycja przestała realnie istnieć. Nie potrafiła zmobilizować społeczeństwa do działania, wobec czego podzielona i rozbita przeszła w stan wegetatywny, podtrzymywana przy życiu jedynie kroplówką zachodnich dotacji. Co prawda do wystąpień na tle zarobkowym dochodziło np. w 2017 roku, ale miały one raczej charakter strajków pracowniczych, a nie wystąpień wolnościowych.

Więc co tak naprawdę się zmieniło i dlaczego uważam, że właśnie teraz nadszedł dla Białorusi przełomowy czas? Zacznijmy od początku.

I. Dlaczego Białoruś jest tak ważna?

O tym jak istotne jest terytorium położone pomiędzy Bugiem, Dnieprem, Dźwiną i Prypecią wie każdy kto interesuje się strategią lub historią. Pisze o tym od wielu lat dr Jacek Bartosiak, dr Leszek Sykulski czy inni geopolitycy i geostratedzy. Czytelnikom zaznajomionym z tematyką rekomenduję od razu przejście do kolejnego rozdziału, a pozostałych proszę o poświęcenie chwili na zapoznanie się z podstawowymi faktami.

Brama Smoleńska to osiemdziesięcio-kilometrowy przesmyk między wielkimi rzekami, gęstymi lasami i mokradłami na obecnym pograniczu białorusko-rosyjskim, przez który wiedzie najdogodniejsza trasa z zachodu na wschód Europy. To tędy, w obu kierunkach ciągnęły niezliczone armie – polskie, litewskie, rosyjskie, szwedzkie, francuskie i niemieckie, by rozstrzygnąć wojny i budować imperia. Minęły stulecia, a przestrzeń pomiędzy Smoleńskiem i Witebskiem niezmiennie decyduje o polityce i stosunkach międzynarodowych w tej części świata. Nie chodzi tylko o handel i tranzyt towarów, na czym Białoruś od lat zarabia (np. dzięki Chinom i sankcjom nałożonym na Rosję), ale także o nadal aktualne znaczenie wojskowe. Wiedzą to władze na Kremlu, czy w Waszyngtonie. Nie jest to też tajemnicą dla decydentów w Warszawie.

Jak to się ma do współczesności? Hipotetycznie, jeśli Białoruś miałaby iść ku atlantyckiemu Zachodowi (docelowo być jego częścią), stałaby się dogodnym punktem wypadowym na odległą o mniej więcej 400 km Moskwę. Dla dzisiejszych środków wojskowych to naprawdę niewiele. Rozmieszczone pod Witebskiem systemy antydostępowe mogłyby np. wyłączyć ruch lotniczy nad rosyjską stolicą. To koszmar dla żyjących w poczuciu zagrożenia (sic!) włodarzy Kremla. Podobnie, jeśli Białoruś popadłaby pod całkowitą kontrolę Moskwy, byłaby zagrożeniem dla położonej zaledwie 200 km od granicy na Bugu Warszawy. Ponieważ nie żyjemy już w czasach pokojowej pauzy geopolitycznej, trwają globalne zmagania o strefy wpływów między mocarstwami. Dlatego status Białorusi to rzeczywiste zagrożenie dla obu stron, które mogą decydować np. o tym, czy Polska przyszłaby z pomocą atakowanej przez „prorosyjskich separatystów” Łotwie czy nie.

Z tego powodu przynajmniej od lat 2014-2015, gdy siły Federacji Rosyjskiej zajęły ukraiński Krym, a następnie wywołały wojnę w Donbasie, wiadomo było, że dalsza rosyjska ekspansja w kierunku zachodnim będzie mało prawdopodobna bez ostatecznego podporządkowania Mińska. Rozlokowanie tam sił wojskowych Zachodniego Okręgu Wojskowego byłoby dla Moskwy wyjątkowo korzystne. Centralne położenie umożliwiłoby jednoczesne oddziaływanie na Ukrainę (okrążoną w takim przypadku aż z trzech stron), wiązanie Polski oraz swobodne szantażowanie państw bałtyckich, których możliwość skutecznej obrony stałaby się mało prawdopodobna. Warto przypomnieć, że w tej grze nie chodzi o to by toczyć wojny, ale by wygrywać je bez jednego wystrzału. Wystarczy rzeczywista możliwość przeprowadzenia takiej czy innej operacji wojskowej, by w warunkach konfliktu pozakinetycznego (tzw. hybrydowego, bez wywoływania pełnoskalowej wojny) druga strona zmieniła swoje stanowisko polityczne, szła na niekorzystne dla niej ustępstwa, popadła w destabilizację itp.

Podobna zasada działa też na pozostałych płaszczyznach rywalizacji: kulturowej, infrastrukturalnej, gospodarczej czy politycznej. Wystarczy przywołać którąś z idei integracji przestrzeni między morzami Bałtyckim i Czarnym jak Międzymorze Piłsudskiego czy aktualne dziś Trójmorze i zestawić je z geografią i potencjałem państw, by zrozumieć że proces ten nigdy nie będzie w pełni zrealizowany bez jednoczesnego zaangażowania doń prócz Polski także Litwy, Ukrainy i Białorusi (tzw. ULB, od doktryny Giedroycia/Mieroszewskiego). Co naturalne, jego realizacja jest wbrew interesom Kremla, którego polityka zmierza raczej do zdominowania lub zmarginalizowania państw leżących między Moskwą a Berlinem (czy ogólnie Europą Zachodnią), albo Moskwą i Ankarą. Nie chodzi o samą rywalizację o strefy wpływów, ale także o starcie konceptów cywilizacyjnych, kultury łacińskiej opartej na indywidualnych wolnościach i równości wobec prawa oraz bizantyjsko-turańskiej gdzie liczy się tylko kolektyw podporządkowany jednemu ośrodkowi władzy. Na zupełnie podstawowym poziomie, koncepcja Trójmorza polega na skomunikowaniu i współpracy wszystkich ze wszystkimi, podczas gdy polityka Rosji, dąży do odzyskania strefy wpływów dawnego ZSRS.

W naszej części Europy, dla obu stron zasadnicze znaczenie ma to, za którą koncepcją opowie się Białoruś, bo koniec końców to ona sama będzie musiała określić swoją przyszłość.

II. Kronika wypadków.

Od czasu ukraińskiej rewolucji z lutego 2014 roku, białoruski prezydent zaczął zmieniać swój stosunek wobec Moskwy i to moim zdaniem, w dużo większym zakresie niż się powszechnie uważa. Obserwując co stało się z Wiktorem Janukowyczem, jak brutalny przebieg miały wydarzenia na kijowskim Majdanie i jak dogłębnie zinfiltrowane przez rosyjskie służby okazały się być ukraińskie resorty siłowe łącznie z wojskiem, musiał zdać sobie sprawę, że podobny los może spotkać i jego. Potrzebował więc alternatywy. Z początku wykonywał tylko ostrożne ruchy mieszczące się w granicach białorusko-rosyjskich relacji sojuszniczych. Zaangażował się w stworzenie przestrzeni do spotkań dla tzw. normandzkiej czwórki (Niemcy, Francja, Ukraina, Rosja) czy wykonywał przeróżne (typowe dla niego) wolty negocjacyjne w sprawie dostaw (tranzytu) rosyjskiego gazu i spłaty zobowiązań finansowych wobec Moskwy. Do tego doszło także opóźnianie procesu negocjacyjnego zmierzającego do połączenia obydwu państw w ramach Związku Białorusi i Rosji i odmawianie udzielenia zgody na przebazowanie dodatkowych sił rosyjskich na białoruskie terytorium, czy to w ramach ćwiczeń ZAPAD 2017 czy też budowy nowej infrastruktury wojskowej poza tą już istniejącą. Z czasem, zirytowany pohukiwaniem i mataczeniem Łukaszenki Kreml zaczął intensyfikować presję wywieraną na białoruskiego watażkę.

Od roku 2018 do standardowego repertuaru środków przymusu, takich jak wstrzymanie finansowania, eksportu gazu i ropy, dodano także mało przyjemne sugestie np. w rodzaju przecieków o przygotowaniu do „fizycznej eliminacji” Łukaszenki przez współpracujących z Rosją białoruskich funkcjonariuszy (pod takim zarzutem aresztowano m.in. Andrieja Wtiurina – wice szefa Rady Bezpieczeństwa). Mniej więcej w tym samym okresie mianowano na ambasadora w Mińsku człowieka rosyjskich służb (tzw. siłowika) – Michaiła Babicza, a do rurociągu „Przyjaźń” wpompowano zanieczyszczony surowiec, który uszkodził białoruskie rafinerie (nie wiadomo czy celowo, ale można tak podejrzewać). Głośna też była sprawa wpięcia białoruskiego Internetu (dostarczanego przez Beltelekom) w rosyjski system kontroli. W odpowiedzi Łukaszenka zadbał o odpowiedni dobór ludzi w swoim otoczeniu, tak aby resorty siłowe pozostawały pod jego, a nie rosyjską kontrolą. Pozwolił też na używanie symboliki kojarzonej z dawną Rzeczpospolitą herbowej „pogoni”, udział w wystąpieniach patriotycznych czczących bohaterów XIX wiecznych powstań, czy wreszcie eksponowanie starej, biało-czerwono-białej flagi państwowej. Wszystko po to by odciąć się kulturowo od narzucanej przez Moskwę narracji, że Białorusini to tak naprawdę Rosjanie i to mimo, że sam przez wiele lat ją popierał. Wykonał także znaczący krok odmrażając relacje m.in. z Polską i USA.

Będący całkowicie surowcowo i gospodarczo uzależnionym od rosyjskiego wsparcia Mińsk od dawna balansuje relacje z Rosją, raz grając na zbliżenie, innym razem znowu zwiększając dystans. W ostatnim czasie gra ta weszła na nowy poziom. Po spotkaniu z sekretarzem stanu USA Mikem Pompeo i ubiegłorocznych rozmowach białoruskich przedstawicieli z władzami Polski i Ukrainy, Białoruś otworzyła się na kontakty z Zachodem. Świat się bowiem znacząco zmienił, a Rosja przestała być równie atrakcyjnym partnerem co jeszcze dekadę temu. Pojawiły się pierwsze dostawy amerykańskiej ropy, a w grudniu 2019 roku postawiony przez swojego wschodniego sojusznika pod ścianą Łukaszenka, otrzymał nawet błyskawiczny transfer 500 milionów USD od Chińskiej Republiki Ludowej.

Park przemysłowy „Wielki Kamień” pod Mińskiem. Źródło.

Marginalne na razie wpływy amerykańskie i nieco większe zaangażowanie chińskie pozwoliło białoruskiemu prezydentowi na złapanie oddechu. Dla Pekinu Białoruś stała się ważnym punktem wejścia do Europy, stacji docelowej transportu kolejowego w ramach inicjatywy Pasa i Szlaku, stąd nie szczędziła uwagi i środków budując w niej swoją obecność (m.in. park technologiczny „Wielki Kamień” o wartości blisko 2 mld USD). Jednakże taka gra na czas Łukaszenki była nie w smak Moskwie, a zwłaszcza samemu Władimirowi Putinowi, którego słabnąca popularność potrzebowała kolejnego nacjonalistycznego sukcesu na drodze do odbudowy imperialnego statusu Federacji Rosyjskiej. Co więcej, zbliżenie z Zachodem i Chinami, choć na razie nie mogące konkurować w skali z mimo wszystko mocną relacją z Rosją, niebezpiecznie flirtuje z pomysłem wyrwania Białorusi z „ruskiego świata”, na co Moskwa nie chce pozwolić.

A. Łukaszenka i M. Pompeo. Mińsk luty 2020.

Niemniej, opór Mińska i zaangażowanie USA oraz Chin skomplikowały perspektywę szybkiego wchłonięcia Białorusi przez większego sąsiada. Dlatego zbliżający się do połowy swojej ostatniej konstytucyjnej kadencji Władimir Putin, liczący na jej przedłużenie poprzez utworzenie nowego państwa z Białorusią (wspomnianego ZBiR), postarał się o alternatywny wariant pozostania u władzy – zmianę konstytucji. Stosowne poprawki zostały przyjęte przez Dumę, a następnie potwierdzone w ogólnonarodowym „referendum”. W tym samym czasie jego białoruski odpowiednik przygotowywał się do kolejnych wyborów prezydenckich mających odbyć się w dniu 9 sierpnia 2020 roku.

Wielu obserwatorów uważało, że białoruska opozycja jest zbyt słaba, a władza Łukaszenki zbyt silna by mówić o jakiejkolwiek zmianie systemu politycznego. Spodziewano się rachitycznych protestów i gładkiej wygranej urzędującej głowy państwa poprzez tradycyjne matactwa i fałszowanie głosów. Zwłaszcza, że przez lata Aleksander Łukaszenka cieszył się rzeczywistym poparciem znacznej części społeczeństwa, szczególnie tej tęskniącej za czasami ZSRS. Tymczasem wybuchła światowa pandemia COVID-19, której skutki wkrótce dotknęły nie tylko Rosję ale też „kraj ziemniaka” (jak czasem żartobliwie mówią o nim mieszkańcy).

Białoruski prezydent od początku bagatelizował skutki pojawienia się nowego koronawirusa. Kazał obywatelom pić wódkę na objawy przeziębienia, pracować w polu i się nie przejmować. Jednakże społeczeństwo zaczęło chorować, bać się, a wreszcie cierpieć niedostatki z powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Przestano wierzyć administracji, że ma wszystko pod kontrolą (poparcie dla AŁ miało wg jego przeciwników spaść do 3%). Plotkowano o masowych zgonach, pracujących całą dobę krematoriach. Ten powszechny niepokój dał niespodziewanego a potrzebnego wiatru w żagle działaczom opozycji nowego pokolenia, zwłaszcza wyrosłym na social mediach jak Siarhiej Cichanouski. Do gry włączyły się też znane postacie lokalnej polityki i establishmentu, jak prezes rosyjskiego banku (Belgazprombank) Wiktar Babaryka czy były ambasador w USA Waleryj Cepkała, którzy stanęli do wyścigu o prezydencki fotel. Wszyscy oni skorzystali na spontanicznej fali społecznego buntu związanej z nieumiejętnym poradzeniem sobie ze skutkami kryzysu. Kolejki chcących udzielić im formalnego wsparcia obywateli, ciągnęły się kilometrami w wielu miastach kraju (aby zarejestrować kandydata trzeba zebrać 150 tys. podpisów). Nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro podobne negatywne nastroje obudziły się też przecież w USA, czy sąsiedniej Rosji. Rosnąca frustracja społeczna ma dziś charakter globalny, pisałem o tym nieraz.

Aleksander Łukaszenka z wizytą w jednostce wojskowej (siły specjalne). Autor: Nikołaj Petrov.

Reżim zareagował w typowy dla siebie sposób. Protestujących rozpędzał, bił i aresztował, utrudniał zbieranie podpisów, zastraszał działaczy i ich rodziny, wreszcie po prostu uniemożliwił kandydatom udział w wyborach. Siarhiej Cichanouski został zatrzymany jako pierwszy. Następnie aresztowano Wiktara Babarykę wraz z synem stawiając im zarzuty korupcyjne. Waleremu Cepkale odrzucono znaczną część kart z podpisami poparcia (później uciekł z dziećmi do Rosji). Wszystko to odbywało się w atmosferze oskarżania „sił zewnętrznych” o ingerencję w wybory, zatrzymywania dziennikarzy oraz wyraźnie akcentowanej obawie przed rosyjską interwencją w kraju. Być może faktycznie, niektórzy kandydaci posiadali mniej lub bardziej celowe wsparcie Moskwy chcącej postawić Aleksandra Łukaszenkę w maksymalnie niekorzystnej sytuacji, tak by zgodził się na bezwarunkową współpracę z Kremlem ale to nie oni okazali się jego największym zmartwieniem.

Беларусы, я вамі ганаруся! Мы пераможам!!!

Opublikowany przez Cialežnikau Antosia Piątek, 19 czerwca 2020

III. Starcie.

Na scenę wkroczyła Swietłana Cichanouska, żona Siarhieja. Jeśli wierzyć jej słowom, po aresztowaniu męża spontanicznie postanowiła zarejestrować swoją kandydaturę, m.in. po to by doprowadzić do jego uwolnienia. Była osobą raczej nieznaną, bez jakiegokolwiek doświadczenia politycznego ale udało jej się zebrać wymaganą liczbę podpisów, które nie zostały odrzucone. Prawdopodobnie dlatego, że władze uznały ją za zbyt słabą, dogodną do pełnienia roli „listka figowego” mającego uwiarygodnić pozory zachowania standardów demokratycznych. Jednakże im więcej czasu mijało tym Swieta, jak pieszczotliwie nazywają ją zwolennicy, zdobywała coraz większą popularność. Jako jedyna kandydatka opozycyjna, zyskała wsparcie Babaryki i Cepkały, co przełożyło się także na współpracę sztabów i działaczy oraz konsolidację tej nowej opozycyjnej fali. Odtąd na wiecach Swieta występowała razem z Weroniką Cepkałą (żoną Walerego) i Maryją Kalasnikawą (szefową sztabu wyborczego W. Babaryki) nadając całemu ruchowi sympatyczną, kobiecą twarz. Na spotkania wyborcze z paniami przychodziły tysiące ludzi w różnym wieku. Na wielkim wiecu w centrum Mińska (30.07.2020) pojawić się miało między 40 a 60 tys. osób (wg różnych szacunków) co jest w białoruskich warunkach niebagatelną liczbą.

Od lewej: M. Kalasnikawa, S. Ciachanouska, W. Cepkała.

Skąd taka popularność? Program Cichanouskiej jest bardzo krótki: uwolnić więźniów politycznych i w ciągu pół roku doprowadzić do uczciwych i wolnych wyborów prezydenckich oraz parlamentarnych. To idealny, krótki komunikat jednoczący wszystkich niezadowolonych z działań władz Białorusinów. Co ciekawe, społeczna frustracja zrodziła się w ich kraju dokładnie tak jak w innych. Zagrożenie życia (faktyczne lub wyobrażone) związane z epidemią, długotrwały stres i w następstwie recesja gospodarcza doprowadziły najpierw do nagromadzenia złości, a następnie w naturalny sposób – jej eksplozji w najbardziej oczywistym kierunku. Na Białorusi wszystko zaczyna się i kończy na Łukaszence, stąd wściekli na niego byli nie tylko (tradycyjnie) ludzie młodzi, ale też starsi, których epidemia dotknęła najbardziej, a także rzesze szarych, ciężko pracujących obywateli, którym państwo nie zapewniło żadnej znaczącej pomocy finansowej. Inna sprawa, że nie zamrożono gospodarki a zadłużonego kraju i tak nie było stać na jakiekolwiek zapomogi. Brak wsparcia, w porównaniu do Europy a nawet Rosji, stanowił bardzo wyraźną, niekorzystną różnicę w łagodzeniu kryzysu i kolejną kroplę, która przelała czarę goryczy. Stąd, nikomu nieznana, zwykła „pani domu” stała się idealnym trybunem ludowym ludzi zajętych codziennym kieratem zarabiania na przysłowiowy „chleb z masłem”. Skoro zwykła gospodyni potrafiła przełamać strach, wykrzyczeć swoją złość i żądać sprawiedliwości, to dlaczego inni mieliby się nie odważyć? Taki przełom w myśleniu obywateli ma zawsze duże znaczenie w kształtowaniu mentalności społecznej, która w rezultacie prędzej czy później doprowadza do obalenia autorytarnych systemów politycznych.

Wydaje się, że Aleksander Łukaszenka wpadł w panikę. Nie spodziewał się aż tak szerokiego poparcia społecznego dla jakiejś tam baby, jak pogardliwie określił kiedyś Cichanouską. W końcu w kulturze wschodu, kobiety są raczej podległe mężczyznom i bardzo rzadko stanowią same o sobie. Budżet państwa miał nadal duże problemy ze zbilansowaniem, a on sam coraz mniejsze pole manewru. Zareagował więc nerwowo, stawiając na pokaz siły. Objeżdżał jednostki wojskowe w kraju, zarządził specjalne ćwiczenia w tłumieniu zamieszek, groził wyprowadzeniem wojska na ulice w obawie przed kierowaną z zewnątrz rewolucją. Sugerował jakoby zagrożenie to miało przyjść ze wschodu, co wywołało zdziwienie. Analitycy interpretowali je dosłownie, w kontekście wydarzeń na Ukrainie i możliwej powtórki podobnego scenariusza w Mińsku. W gruncie rzeczy, byłby on absolutnie możliwy w odpowiednich okolicznościach, więc dlaczego inaczej miałby myśleć sam zainteresowany? To, że na rzeczy było coś więcej niż obawa podstarzałego dyktatora okazało się już kilka dni później. Aleksander Łukaszenka dokonał rzeczy zupełnie niesłychanej, która pewnie w zamyśle miała wywrócić świat do góry nogami i zrobić z niego prawdziwego ojca narodu, jedynego obrońcę białoruskiej niepodległości i impregnować go na pohukiwania Europy.

W dniu 29 lipca białoruskie siły specjalne zatrzymały 33 rosyjskich najemników (nazwanych w doniesieniach medialnych „wagnerowcami”), oskarżając ich o przygotowywanie „aktów terrorystycznych”.

Według białoruskich władz, aresztowani ludzie byli członkami 200 osobowego zespołu żołnierzy, snajperów, informatyków i innych specjalistów, którzy przygotowywali prowokacje, akty terroru i inne niegodziwości mające doprowadzić do destabilizacji kraju. Kreml po dłuższym milczeniu zaprzeczył, podając że ludzie ci faktycznie należeli do prywatnej firmy wojskowej, ale odwiedzili Białoruś jedynie przejazdem w drodze do Turcji. Spóźnili się na samolot, stąd musieli przenocować na miejscu i wtedy zostali zupełnie niespodziewanie zatrzymani. Jako dowód przytoczono opublikowane przez Mińsk nagranie z zatrzymania, na którym widać wyciągniętych z łóżek mężczyzn w slipach. Wiadomo też, że ośrodek wypoczynkowy, w którym przebywali należy do osoby z bezpośredniego otoczenia Łukaszenki, a sami „wagnerowcy” (de facto należeli prawdopodobnie do innej grupy) od dawna używali Białorusi jako bazy tranzytowej w drodze na misje w Syrii i Libii, za pełną wiedzą i zgodą lokalnych władz.

Co ciekawe, tożsamość najemników Mińsk potwierdził kontaktując się z władzami Ukrainy. Kilku z zatrzymanych posiada tam kartoteki w związku z udziałem w walkach w Donbasie. Ich ewentualna ekstradycja byłaby prawdziwym splunięciem w twarz Moskwie. Jednocześnie białoruscy oficjele zapowiedzieli uszczelnienie granic z Ukrainą i Rosją w celu zapobieżenia dalszej infiltracji, a jeden z proreżimowych kandydatów prezydenckich oświadczył, że pod Pskowem zbierają się dwie grupy bojowe mające wkrótce wkroczyć na Białoruś. Miał się o tym dowiedzieć na specjalnie zwołanym spotkaniu w Centralnej Komisji Wyborczej, na które zaproszono również Swietłanę Cichanouską. Kandydatów ostrzeżono przed prowokacjami i atakami terrorystycznymi. Zastrzeżono także, że odtąd wiece wyborcze będą pilnowane przez służby porządkowe, a władze mogą podejmować kolejne decyzje w rodzaju np. wyłączenia Internetu, gdyby sytuacja uległa dalszej destabilizacji. Komunikat ten odczytano jako pretekst do przyszłego rozpędzenia ewentualnych protestów opozycji.

Nie można wykluczyć, że Kreml faktycznie przygotował scenariusz siłowy dla Białorusi. Do niedawna wątpiono nawet, czy taka zbrojna interwencja spotkałaby się z jakimkolwiek sprzeciwem białoruskiego społeczeństwa. Jednakże tak ryzykowne, kosztowne wizerunkowo i politycznie przedsięwzięcie mogłoby być zastosowane jedynie jako rozwiązanie ostateczne. Tymczasem Rosja zachowała jeszcze nie jednego asa w rękawie (np. wymiana samego prezydenta, dalszy szantaż surowcowy itd.), a postępy na drodze do całkowitej integracji obydwu państw choć powolne, były stale czynione. Trudno też uwierzyć żeby podstawieni rewolucjoniści, spali sobie spokojnie w jednym z hoteli pod okiem białoruskich służb, z którymi lada chwila mieli walczyć. Albo żeby były im potrzebne sudańskie funty, których pliki ponoć przy nich znaleziono (stąd wniosek, że tak naprawdę podróżowali do Afryki). Zaskoczona wydawała się też sama Moskwa, która przez wiele godzin milczała. Ostatecznie rzecznik Kremla Pieskow, poprosił o przedstawienie jakichkolwiek dowodów winy zatrzymanych, a w razie ich braku do natychmiastowego ich zwolnienia. Po zapowiedzi wprowadzenia dodatkowych sił do pilnowania granicy, to rosyjskie FSB pierwsze wszczęło drobiazgową kontrolę paszportową podróżujących (na co dzień granica pozostawała otwarta), która natychmiast utworzyła wielokilometrowe korki na przejściach.

Wobec powyższego czuję się zmuszony postawić wcale nie tak nieprawdopodobną tezę, że za całym tym zamieszaniem stoi sam Łukaszenka, a my właśnie obserwujemy wielkie przedstawienie.

Hipotetycznym celem tego zagrania jest naturalnie zachowanie władzy. Natomiast środkiem do realizacji takie skompromitowanie stosunków z Rosją, by z jednej strony zrobić z lokatorów Kremla skrytobójczych zamachowców wbijających nóż w plecy bratniemu narodowi, a z drugiej postawić „baćkę” w roli jedynej osoby mogącej uchronić kraj przed utratą suwerenności. Przed ostatecznym zagrożeniem, które nakaże wszystkim siłom politycznym i całemu społeczeństwu zjednoczyć się wokół wodza (wybory przecież i tak wygra). W takiej sytuacji, będzie mógł zgodzić się na pewne ustępstwa wobec niezadowolonych, na reformy gospodarcze i podzielenie się skrawkiem swej władzy (co zresztą wielokrotnie czynił rozdając stanowiska), której jeszcze przez wiele lat nie odda strasząc zbrojną interwencją zza granicy. Jednocześnie, stanie się partnerem dla Zachodu i Chin, otworzy na inwestycje i współpracę. A w czasach globalnej rywalizacji, nie będzie musiał balansować wyłącznie w grze z Moskwą, ale mając dużo więcej swobody także z Brukselą, Waszyngtonem i Pekinem. Bo też warunkiem powodzenia tego planu jest przekonanie wszystkich zainteresowanych, że Białoruś pozostanie absolutnie neutralna czego on sam będzie najlepszym gwarantem. Odrzucone zostaną wszelkie działania zmierzające do dalszej integracji w ramach ZBiR, ale też nie będą czynione żadne kroki w kierunku unii politycznej lub gospodarczej z Zachodem. Białoruś stanie się tym czym jest geograficznie, wielkim hubem transportowym przerzucającym towary ze wschodu na zachód i odwrotnie. Singapurem euroazjatyckich mas lądowych pobierającym profity z międzynarodowego handlu. Pomijając wielką niewiadomą jaką byłaby reakcja Moskwy, tak śmiały plan mógłby się udać tylko, gdyby poparło go białoruskie społeczeństwo.

IV. Nowa tożsamość.

Przedmiotem rozgrywki jest więc rząd dusz i białoruskie serca. Niezależnie od tego co rzeczywiście dzieje się w Mińsku, czy za prowokacjami naprawdę stoi Putin, czy też wszystko jest wyłącznie grą pozorów, w ostatecznym rozrachunku o przyszłości kraju zadecydują sami Białorusini i nie należy ich w tym wyręczać. Przed nimi wybór wręcz cywilizacyjny, podobny do tego jakiego sześć lat temu dokonali Ukraińcy. Wydaje się, że chodzi tylko o to, od czego zaczynały się niezliczone rewolucje w historii ludzkości – o chleb, pracę, godne życie. Teoretycznie to wszystko mógłby zapewnić Łukaszenka, postać surowego lecz sprawiedliwego ojczulka.

W moim odczuciu kwestia ta jest jednak bardziej złożona, wykraczająca daleko poza obserwowaną w ostatnich latach pauperyzację społeczeństwa i zaspokajanie podstawowych potrzeb bytowych. Z socjologicznego punktu widzenia idzie o coś jeszcze – o wolność, a ta mówiąc poetycko, kryje się w kochających oczach matki uosabianej przez Swietłanę Cichanouską.

To fundamentalny dylemat, czy tkwić dalej w quasi azjatyckim kolektywizmie i podporządkowaniu wszystkiego państwu, czy też skłonić się ku indywidualnym wolnościom i świadomemu braniu odpowiedzialność za los swój i innych? Jak pogodzić tradycję z pragnieniem samostanowienia? I komu wierzyć? Rosyjskim ekspertom straszącym zgniłym i zdemoralizowanym Zachodem, czy też wyjechać i przekonać się na własne oczy jak żyją ludzie za linią Bugu? W ciągu kilku ostatnich lat bardzo wielu Rosjan, Białorusinów i Ukraińców tak właśnie zrobiło i być może podróż ta wiele im uświadomiła.

Chciałbym przede wszystkim zwrócić Waszą uwagę na coś, co nam Polakom najczęściej umyka, a jest to polska atrakcyjność cywilizacyjna. Niezależnie od tego jak sami postrzegamy nasz kraj, rozwój jaki w nim nastąpił w ciągu ostatniej dekady jest znaczący. Podczas gdy my nieustannie wzrastaliśmy, rozwijając miasta, infrastrukturę, bogacąc się i po prostu ciesząc życiem, nasi wschodni sąsiedzi popadali w coraz większe niedostatki i zgryzoty. Różnice materialne, słabo dostrzegalne dwie dekady temu, dzisiaj mają całkowicie zasadniczy charakter. Przybywający ze wschodu, którzy niewiele wiedzieli wcześniej o Polsce bardzo często przeżywają prawdziwy szok poznawczy. Znali przecież popularne przysłowie z czasów ZSRS – kura nie ptak, a Polska to nie zagranica, które okazuje się zwyczajnie nieprawdziwe. Nie chcę tutaj szczegółowo rozpisywać się na ten temat ale przyjezdni (sprawdźcie choćby rosyjskojęzyczne filmy na YouTube) najczęściej wspominają o bogatym asortymencie w sklepach, atrakcyjnych cenach żywności czy odzieży (przy jednocześnie wysokiej jakości), dobrych drogach i sprawnej komunikacji publicznej, godziwym wynagrodzeniu starczającym na cały miesiąc życia, pomocnej administracji publicznej, rozbudowanych programach socjalnych, braku korupcji, interesującej geografii (jednocześnie morze, góry, jeziora i lasy). Do tego dochodzą też cechy specyficzne charakterologicznie, zasady kultury (np. ciągłe „dziękuję, proszę, dzień dobry”), otwartość i chęć niesienia bezinteresownej pomocy, a to wszystko przy ewidentnym zachowaniu dużej swobody, tak obyczajowej jak i światopoglądowej czy politycznej.

Nagranie Pawła Bogdanowa przedstawiające opinie Rosjan, Ukraińców i Białorusinów o Polsce.

Myli się ten, kto szuka dokładnej analogii z Polakami jeżdżącymi w latach 90’tych XX wieku do Niemiec lub dalej. Owszem, my też byliśmy biedni i musieliśmy zbudować się od nowa. Patrzyliśmy z zachwytem na bogatych Niemców, których zresztą nagminnie nasi co bardziej zdziczali współplemieńcy okradali. Tyle, że niemiecka protestancka kultura zawsze była całkowicie inna od rodzimej, podobnie język. To zawsze był trochę inny świat, kraj wyrosły z zupełnie innego konara cywilizacji łacińskiej (czy jak chciał F. Koneczny – bizantyjskiej), jego natury nie dało się przenieść na rodzimy grunt. Z Polską i Białorusią, Ukrainą czy nawet w pewnym stopniu zachodnią Rosją jest inaczej. Jesteśmy sobie o wiele bliżsi. Mamy co prawda inną mentalność, ale już języki są bardzo podobne. Ponad 30% słów jest takich samych w językach rosyjskim i polskim. Czasami różnią się znaczenia, częściej po prostu intonacja. Łatwo więc nawiązać kontakt i odnaleźć się w społeczeństwie. Co więcej, łączy nas wspólna historia. Dawna Rzeczpospolita wywierała swój przemożnie głęboki wpływ nie tylko na Polaków, ale też wszelkie inne nacje i mniejszości, które się z nią stykały lub miały w jej budowie swój udział. Zapomina się dzisiaj, że tamto państwo rozszerzało się najczęściej za obopólną zgodą, przyjmując nowe elity w poczet szlachty na równych zasadach. Rody te piastowały następnie najwyższe funkcje w państwie. Nie trzeba jednak szukać aż w tak odległych czasach, skoro dużo bliższe jest nasze wspólne doświadczenie życia po wschodniej stronie żelaznej kurtyny.

Wreszcie, mamy też swoje przywary. Narzekamy, jesteśmy kłótliwi, czasem chaotyczni, ale często także przesadnie szczerzy. Bywamy dla siebie zupełnie nie do zniesienia. Tyle, że cechy te czynią nas bardziej ludzkimi, swojskimi. Prawdziwszymi dla innych Słowian, niż precyzyjnie ułożeni Niemcy, albo wycofani i wyniośli Anglicy. W dodatku naprawdę nie jesteśmy wrogo nastawieni ani do Ukraińców, ani Rosjan, ani tym bardziej najbliższych nam kulturowo Białorusinów. Wszystko to tworzy dużo silniejsze oddziaływanie niż wpływ jaki miała Europa Zachodnia na kształtowanie się dzisiejszej Polski. Nasze emanowanie na region odbywa się w zasadzie samoczynnie, w większości na płaszczyźnie relacji międzyludzkich. Pomagają temu wyraźne ruchy ze strony administracji państwowej, dążące do konsolidacji regionu. Choćby inicjatywa Trójmorza czy niedawne powołanie Trójkąta Lubelskiego. Ważne jednak, by nasze władze pozostały bardzo ostrożne w stosunku do wydarzeń na Białorusi, wręcz niezaangażowane w przeprowadzane wybory prezydenckie. Na poziomie relacji międzyludzkich wspierajmy naszych sąsiadów ale jako państwo, poczekajmy i obserwujmy. Być może przyjdzie czas, że nie będziemy mieli wyboru i trzeba będzie działać, ale to nie ten moment.

Póki co i przede wszystkim, kondycja kraju nad Wisłą skłania Rusinów do postawienia ważnego pytania.

Dlaczego tak samo nie może być u nas? Przecież niewiele nas różni!

Oto jest pytanie, które ma siłę zmienić ten kawałek świata i możemy sobie tylko życzyć, by nasi sąsiedzi znaleźli w sobie wystarczająco dużą motywację by pójść tą samą ścieżką niezależnie od piętrzących się przeciwności. Różni nas jedynie to na ile cenimy wolność, w rozumieniu swobody w kształtowaniu przestrzeni wokół. Od tego zaczyna się dobrobyt.

Jeśli więc zastanawiam się dzisiaj nad przyszłością Białorusi, to widzę w niej walkę o zmianę mentalną polegającą na podjęciu wewnętrznej decyzji o wzięciu odpowiedzialności za własny los. Żadna dyktatura nie trwa wiecznie. Z natury rzeczy, system w którym mniejszość stanowi o większości wbrew jej woli jest nie do utrzymania. Czasami jest to proces szybki, czasami zabiera lata. Niemniej, raz wykonany nie da się już cofnąć.

Być może wiedzą już o tym Aleksander Łukaszenka i Swietłana Cichanouska próbując porwać za sobą społeczeństwo. On – kolejnymi trikami i zastraszeniem, ona – niczym poza szczerą wiarą. Światowa proliferacja buntu społecznego ma dziś ogromną siłę oddziaływania i to nawet w Rosji, na co wskazują protestujący od kilku tygodni mieszkańcy dalekowschodniego Chabarowska.

Z całą pewnością obecny białoruski prezydent wygra wybory. Pytanie co będzie dalej? Czy tak jak zawsze, opozycja zostanie rozbita, a społeczeństwo schowa się w domach? Unia nałoży sankcje wpychając Mińsk w rosyjskie łapy? Czy przeciwnie, wybuchnie rewolta, która skłoni do interwencji Rosję, spowoduje masową emigrację i zmieni układ sił w Europie? To wątpliwe, bo białoruskie wystąpienia mają charakter stricte pokojowy ale kto wie co będzie? W obu przypadkach byłoby to rozwiązanie dla nas mocno niekorzystne i tragiczne dla samych Białorusinów.

A może spełni się fantastyczny scenariusz o geopolitycznej neutralności? Tego nikt dzisiaj nie wie. Wszystkie opcje leżą nadal na stole. I te straszne i te pozytywne. Pozostaje nam na razie uważnie obserwować, kto wygra bitwę o serca Białorusinów. Wtedy dopiero będzie można określić, w którą stronę podąży ich kraj.

Data: 31.07.2020


Materiały:

https://naviny.belsat.eu/pl/news/rosja-zdecydowala-kto-bedzie-ambasadorem-na-bialorusi/
https://www.unimot.pl/aktualnosci/pierwsza-historyczna-dostawa-ropy-web-na-bialorus/ https://warsawinstitute.org/pl/rosja-glownym-dostawca-ropy-dla-bialorusi-alternatywa-symboliczna/
https://www.rp.pl/Bialorus/312169931-Chiny-ratuja-Bialorus-Przelew-na-pol-miliarda-dolarow.html
https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2020-03-13/wieczny-putin-i-reforma-rosyjskiej-konstytucji
https://www.defence24.pl/wagnerowcy-beda-sadzeni-za-terroryzm-poscig-za-pozostalymi-trwa
https://www.defence24.pl/powstaje-trojkat-lubelski-nawiazanie-do-unii-lubelskiej-z-1569-r
https://studium.uw.edu.pl/prawie-polowa-rosjan-popiera-protesty-w-chabarowsku/
https://liberalis.pl/2009/06/16/rafal-lorent-spoleczna-definicja-i-rozumienie-slow-wolnosc-przymus-i-anarchia/
https://www.salon24.pl/u/franek/953648,co-ukraincy-mysla-o-polsce?fbclid=IwAR0LJPCWYJxQ1WJt7CW7qI88oJQiY1kSfIhsQ5qDv7KIaH6mP1n9fV4aisU



Jeśli powyższy artykuł ci się podobał, proszę rozważ czy nie warto mnie wesprzeć.

Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

PayPal

PayPal



https://patronite.pl/globalnagra

4 Komentarze

JSC · 2020-08-22 o 06:00

O kurka! Dopiero się spostrzegłem, że jest artykuł o Białorusi.

A skoro zauważyłem to zamieszczę komentarz: Teraz po wyborach zrobiło się na prawdę grubo. Białoruska armia prowadzi koncentrację pod Grodnem, gdzie już pojawia się coś na kształt pompowania atmosfery pod prowokację:
https://wiadomosci.wp.pl/bialorus-aleksander-lukaszenka-oskarza-chca-odciac-grodno-wywiesili-tam-juz-polskie-flagi-6545480411495040a
https://twitter.com/1972tomek/status/1296815287740792832?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1296815287740792832%7Ctwgr%5E&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.dorzeczy.pl%2Fkraj%2F151108%2Fsommer-w-przypadku-rozpadu-bialorusi-grodno-powinno-trafic-do-polski.html

Jak to się weźmie do kupy to można dojść do wniosku, że Łukaszenka szykuje się do wojny.

    Filip Dąb-Mirowski · 2020-08-23 o 13:07

    Tak, ale nie należy tego traktować jako „wojny” z Polską czy Litwą, chodzi raczej o spacyfikowanie grodzieńszczyzny. Ruch wolnościowy jest najsilniejszy na zachodniej Białorusi. To tam lokalne władze i milicja wykazywały się największym zrozumieniem dla protestujących, a nawet ich wspierały (umożliwiały gromadzenie się, sprzeciwiały pacyfikacji) a lokalna tv nadawała sprawozdania z wieców. Organizując manewry AŁ robi kilka rzecz 1) konsoliduje armię i resort siłowy wokół swojej narracji 2) działa prewencyjnie i odstraszająco na ewentualnych co bardziej krewkich protestujących i co bardziej opornych urzędników 3) znajduje zajęcie szeregowym żołnierzom i trzyma ich skoszarowanych, tak żeby nie mieli głupich pomysłów i np. nie dołączyli do opozycji 4) w ramach odwrócenia narracji, demonstruje Kremlowi jak bardzo jest prowschodni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *