Artykuł: Co z tym światem?

Opublikowane przez Filip Dąb-Mirowski w dniu

Globalna Gra zyskała ostatnio kilka tysięcy nowych czytelników. Pojawiła się więc potrzeba wyjaśnienia kilku spraw, mimo że na przestrzeni lat pisałem o nich wielokrotnie.

Pytacie mnie ostatnio:

„Czy grozi nam wojna?”

Odpowiedź nie jest taka prosta. Pod wieloma względami ona już się toczy.

Tak naprawdę jednak chcecie wiedzieć czy rosyjskie czołgi pojadą wkrótce na Warszawę? Uważam, że na razie nie.

Spójrzmy na to zagadnienie możliwie praktycznie, choć z konieczności w pewnym uproszczeniu. Aby taka wojna stała się możliwa muszą zaistnieć odpowiednie okoliczności. Agresor musi być pewien, że osiągnie oczekiwane korzyści (zrealizuje cele) ponosząc jak najmniejsze koszty. Po pierwsze musi sam być technicznie przygotowany do przeprowadzenia takiej operacji. Mieć siły i środki. Po drugie najlepiej gdyby atakowany kraj (lub koalicja) nie był się w stanie skutecznie obronić, a na koniec, by ewentualne konsekwencje agresji (np. sankcje) nie były zbyt dotkliwe. Można to osiągnąć albo środkami miękkimi (niewojskowymi) albo wykorzystać okoliczności międzynarodowe i nadarzającą się okazję.

O co w tym chodzi? Dlaczego w ogóle rozmawiamy o takiej możliwości? Mówiąc bardzo ogólnie, porządek światowy ulega przeobrażeniom, a tak fundamentalne zmiany są jak trzęsienie ziemi. Stany Zjednoczone bardzo osłabły, a w siłę urosła Chińska Republika Ludowa, która dostosowuje istniejący konsensus podług swoich potrzeb. Na tej rywalizacji chce skorzystać też Federacja Rosyjska. Dlatego obserwujemy jak trwa walka o strefy wpływów. Czasem przybiera ona bardzo brutalną formę. W obecnej chwili Kreml uważa, że Zachód przechodzi wewnętrzny kryzys (to prawda) i nie jest zdolny do skonsolidowanego oporu przeciw brutalnej sile (to się dopiero okaże).

Jak wspomniałem wyżej, agresja jednego państwa na drugie nie musi być prowadzona z użyciem wojska aby osiągnąć wszystkie zakładane cele (np. podporządkowanie, chaos wewnętrzny, zmiana władzy, krach gospodarczy). Lepiej oddziaływać tańszymi narzędziami: dezinformacją, agenturą, sabotażem, szantażem surowcowym, paszportyzacją (przyznawaniem obywatelstwa mieszkańcom sąsiedniego kraju), destabilizacją wewnętrzną poprzez polaryzację społeczną, migracją itp. Cyfryzacja i infosfera dają wręcz niesamowite narzędzia oddziaływania. A skutki takich operacji są czasem równie bolesne dla państwa i jego obywateli jak działania wojenne. Jeśli więc czołgi pojadą kiedyś na Warszawę, to po zdestabilizowaniu wewnętrznym kraju (społecznym, politycznym, gospodarczym) i rozbiciu/osłabieniu sojuszu Zachodu. Być może efekt prowadzenia działań „miękkich” będzie na tyle satysfakcjonujący, by użycie „twardych” argumentów nie było konieczne. Początek jednak zawsze jest ten sam. Stąd na początku napisałem, że w pewnym wymiarze ta wojna już się toczy.

Teraz spójrzmy na konkretny przykład. Taki scenariusz został zrealizowany na Ukrainie. Najpierw zinfiltrowano struktury państwa, rozbrojono armię i rozbito jedność społeczną, a dopiero później w korzystnych okolicznościach (chaos powodowany rewolucją na Majdanie) zdecydowano się na użycie środków wojskowych. Obecnie możemy mówić o toczącej się od siedmiu lat wojnie zastępczej o strefę wpływów między Zachodem a Rosją. Od jej rozstrzygnięcia, które właśnie teraz się waży, oraz ogólnej stabilności całego systemu (wypłacalności gwarancji sojuszniczych i solidarności Zachodu) zależy czy przejdziemy do kolejnej fazy, w której strony walczyć będą bezpośrednio i dopiero wtedy zagrożona byłaby np. Polska jako państwo frontowe. To gra o wysoką stawkę i dlatego to takie ważne.

Wreszcie, warto odpowiedzieć na pytanie, czy na podstawie istniejących trendów i analizy wydarzeń można przewidzieć krótko i średnioterminową przyszłość? Odpowiedź brzmi, w dużej mierze tak.

Pod koniec listopada 2021 roku drugą młodość przeżywał artykuł pt. „The long boom” magazynu popularnonaukowego „Wired”, który ukazał się w numerze z lipca 1997 r. Głównym tematem wydania był rozwój technologiczny i społeczny jaki miał nastąpić w następnych 25 latach. Autorzy Peter Schwartz i Peter Leyden utrzymywali (a były to czasy zachodniego triumfalizmu spod znaku Francisa Fukuyamy i jego „końca historii”), że następne dwie dekady stanowić będą czas wielkiej prosperity i rozwoju ludzkości, nie tylko dzięki postępowi technologicznemu ale też globalizacji. W wielu elementach mieli rację, przewidując m.in. popularność samochodów o napędzie hybrydowym, dominację Internetu jako głównego medium, rozwój zakupów online, czy planów lotu na Marsa. Tym co zdobyło największą uwagę dzisiejszych czytelników, nie były jednak optymistyczne wizje rozwoju ludzkości, a niewielki dodatek do artykułu, w którym autorzy przedstawili 10 czynników, które mogą zanegować świetlaną przyszłość.


Oto one:

1. Napięcia między Chinami i USA doprowadzą do nowej zimnej wojny, z potencjałem przeobrażenia się w gorącą.

2. Nowe technologie nie spełnią pokładanych w nich nadziei. Nie dostarczą poprawy produktywności lub oczekiwanego rozwoju gospodarczego.

3. Rosja stanie się mafijną kleptokracją, albo przeobrazi się w zagrażające Europie quasi komunistyczne, nacjonalistyczne państwo.

4. Integracja europejska ulegnie załamaniu. Nie uda się na powrót zjednoczyć wschodniej i zachodniej Europy, a sam proces rozszerzenia wspólnoty zostanie zatrzymany.

5. Dojdzie do kryzysu ekologicznego, który spowoduje globalne zmiany klimatyczne. W rezultacie pojawią się problemy m.in. z dostępnością żywności, wzrośnie jej cena, sporadycznie dochodzić będzie do klęsk głodu.

6. Dojdzie do wzrostu przestępczości i terroryzmu, przez co świat ogarnie strach. A ludzie, którzy żyć będą w obawie, że ktoś ich okradnie lub rozerwie na kawałki, staną się mniej otwarci i skłonni do nawiązywania kontaktów.

7. Kumulatywne zanieczyszczenie środowiska spowoduje skok zachorowalności na nowotwory, co przeciąży systemy opieki medycznej.

8. Ceny energii nieprawdopodobnie urosną. W wyniku niepokojów na Bliskim Wschodzie i dostaw ropy, czego nie skompensują alternatywne źródła energii.

9. Będąca poza wszelką kontrolą epidemia, powodowana nowym typem grypy opanuje świat z prędkością błyskawicy, doprowadzając do 200 mln ofiar.

10. Gwałtowna reakcja społeczno-kulturowa wstrzyma jakikolwiek rozwój w tym zakresie. Ludzie muszą wybrać postęp, jednak mogą nie mieć na to ochoty.


Brzmi znajomo? Szczegóły mogą się nieco różnić, ale na dobrą sprawę większość z wymienionych zagrożeń stała się rzeczywistością.


Świat ulega przeobrażeniom, które mają czasem dość gwałtowny charakter ale nie są to wydarzenia niespodziewane. Przeciwnie, dyskusje geopolityczne przewidujące to z czym mierzymy się dzisiaj były prowadzone od dobrych kilku lat. To są globalne procesy, które toczą się powoli, okazjonalnie tylko przyspieszając w krótkich skokach napięcia. Jeśli więc zorientujemy się odpowiednio wcześnie w tym co się dzieje, możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć kierunek w jakim zmierzamy. A przynajmniej zawęzić przyszłość do zaledwie kilku scenariuszy, które w miarę upływu czasu będą się konkretyzować. Jeśli nie śledzi się tego na bieżąco i nie tworzy sieci powiązań, trudno jest zrozumieć co się tak naprawdę dzieje. Powstają teorie spiskowe, skrzętnie wykorzystywane w operacjach dezinformacyjnych. Tymczasem zależności są całkowicie namacalne. Czasem sam jestem zadziwiony jak bardzo, a mam ku temu konkretne argumenty z własnej publicystyki. Oto przykłady.

W lutym 2017 roku ukończyłem pisanie ebooka „Globalna Gra”, stawiałem tam różne prognozy, z których część się sprawdziła, w tym ta na jednej z ostatnich stron, gdzie napisałem w kontekście m.in. Ukrainy:

<…> możliwe, że Rosja spróbuje zaognić sytuację jeszcze bardziej, tak aby zgoda na podział kraju wydała się wcale nie tak złym rozwiązaniem. Moim zdaniem, jeden z bardziej prawdopodobnych scenariuszy zakłada, że nastąpi to poprzez mniej lub bardziej siłowe zdyscyplinowanie albo wymianę władz Białorusi oraz rozpalenie na nowo regionalnych konfliktów, na Kaukazie (Armenia-Azerbejdżan) i na Bałkanach (Serbia-Kosowo, Bośnia i Hercegowina). Następnym krokiem będzie zastraszenie państw bałtyckich (i NATO) oraz ostateczne osaczenie Ukrainy (Mołdawia-Naddniestrze, Białoruś, Krym-Donbas, Rosja) i wymuszenie zmiany władzy.

W rok później powróciłem do tego tematu, zajmując się pogłębioną oceną na ile realnie i w jakiej perspektywie czasowej mogłoby dojść do konfliktu. W tekście „Jutro wojna” opublikowanym na początku lipca 2018 r. oddałem argumenty toczącej się w tamtym czasie debaty. Poddając analizie uwarunkowania *techniczne* w ogóle pozwalające stronom na konfrontację, doszedłem do wniosku, że stanie się ona możliwa nie wcześniej niż w latach 2020/2021. Ta kalkulacja okazała się adekwatna, mimo perturbacji do jakich doprowadziła pandemia. Krótko później dodałem jeszcze uzupełnienie wyliczające wszystkie argumenty za tym przemawiające („Niespokojne lata 2020-2021”). Co pewien czas teksty te są przypominane przez czytelników, za każdym razem ciesząc się sporą popularnością.

Na początku kolejnego roku, w marcu 2019 byłem już całkowicie przekonany co do kierunku w jakim zmierzamy, stąd alarmistyczny tekst „Plan B”, gdzie przedstawiłem listę zagrożeń oraz co możemy zrobić mając ok. 2 lat na przygotowanie się.

Grafika z artykułu „Plan B” – 18.03.2019

W następnych miesiącach prowadziłem publicystykę nawołującą do porozumienia i kompromisu, w zamyśle mającą skłaniać do zastanowienia się nad tym czym jest polska racja stanu i jak powinniśmy się przygotować do bez wątpienia trudnego okresu („Polska”, „Kompromis warszawski”). Dzisiaj wyraźnie widać, że ten czas upłynął. Musimy sobie poradzić i zaadaptować mentalnie do zmiany w otoczeniu naszego kraju.

Wydaje się to trudnym zadaniem, ale w rzeczywistości świat jedynie powraca na swoje dawne tory. Dokładnie tak wyglądał rozwój wszystkich cywilizacji na przestrzeni tysiącleci. Okresy pokoju poprzecinane wojnami i ciągła rywalizacja. Mimo to społeczeństwa egzystowały, ludzie kochali się, tworzyli, rozwijali. Bez wątpienia, w końcu na powrót odnajdziemy się w tych niuansach. Najbardziej niebezpieczny jest tylko okres przejściowy między starym porządkiem a nowym, w którym już się znajdujemy.


Niniejsza strona jest utrzymywana z wpłat darczyńców i dzięki wsparciu Patronów.

PayPal

PayPal



Wsparcie łączy się z szeregiem przywilejów (zależnych od wysokości wpłaty), m.in. wieczystym dostępem do zamkniętej grupy dyskusyjnej, wglądem do sekcji premium i upominkami. Chcesz wiedzieć więcej? Sprawdź TUTAJ.

https://patronite.pl/globalnagra


2 komentarze

JSC · 2021-12-07 o 18:19

O ile atak Rosji zdaje się absurdalny to spodziewałbym się ataku na Pribałtykę, której kraje (z wyłączeniem Estonii) są mocno podzielone, a do tego mają na pokładzie całe rzesze bezpaństwowców, którzy doskonale nadawałoby się na V kolumnę i bez podburzania. A nawe gdyby nie istniały takie sprzyjające okoliczności to i tak na miejscu rosyjskiego dowództwa cały czas trzymałbym opcję uderzenia na w tym kierunku. Chodzi o to, że bez wybrzeża tych krajów Flota Bałtycka istnieje tylko teoretycznie, bo nie ma żadnych dogodnych wyjść w morze… Zatoka Fińska to droga śmierci, a kolei Okręg Kaliningradzki to ekslawa, która nie będzie taka łatwa do utrzymania.

A z kolei na Bałkanach to prawpodobnie Rosja nie musi się wiele starać, aby było tam gorąco… bo robić bałagan zaczyna Turcja. A ma czym:
– szantażem migracyjnym
– będąc cześcią tego samego szlaku przemytu narkotyków
– trzeba pamiętać, że kontakty Turcji z ISIS były dość podejrzane… wspominam o tym, spora część wierchuszki ISIS to były byli dawni oficerowie bezpieczeństwa z czasów kiedy Irakiem rządziła partia Baas, z której zreszta o oni się wywodzą. Do tego dochodzi wiedza na temat interesów tego państwa terrorystycznego na czarnym rynku, nie tylko broni i narkotyków, ale ropy i zabytków, a to już jest kopalnia haków jak się patrzy.

    Filip Dąb-Mirowski · 2021-12-08 o 12:27

    Opcja na państwa bałtyckie jest otwarta, trwa nawet gromadzenie sił w obwodzie smoleńskim, ale realnie byłaby do zastosowania dopiero po złamaniu Ukrainy i ostatecznym wciągnięciu Białorusi. Wszystkie scenariusze zakładają uderzenie na Łotwę jako z wielu względu najbardziej podatne na atak państwo. Natomiast Bośnia jest obecnie destabilizowana przez serbskich nacjonalistów, a za Serbią zawsze stoi Moskwa. W Kosowie też mieliśmy niepokoje nie tak dawno temu, jak również wznowienie walk Azerbejdżanu z Armenią w listopadzie. Tak to się kręci. Różne opcje są na stole.

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.