Zrozumieć kontrrewolucję kulturową

Wiele osób pyta o to, jak to się stało, że Zachód, a zwłaszcza liberalna, demokratyczna Europa odwraca się od swoich ideałów całkowicie je przewartościowując? Odrzucany jest multikulturalizm, czasem kapitalizm oraz idea integracji. Dlaczego tak wiele głosów zdobywają dzisiaj partie skrajne, często nacjonalistyczne lub populistyczne? Cóż, nie jest to pierwszy raz, bowiem przyświecające wspólnocie ideały zmieniały się już w przeszłości (np: pierwotne odejście od wartości chrześcijańskich). Zresztą także w wyniku rewolucji kulturowej (lat 60’tych XX wieku). Wybory do Parlamentu Europejskiego z maja 2019 roku wyraźnie pokazały wzrost poparcia dla partii antysystemowych. We Francji zwyciężył Front Narodowy (RN) Marine Le Pen, we Włoszech Liga Północna Matteo Salviniego, a Słowacja po raz pierwszy wprowadziła posłów z otwarcie faszyzującej Partii Ludowej Nasza Słowacja Mariana Kotleby. Nie chodzi li tylko o zmianę preferencji wyborczych, ale o głębszy proces, który klasyfikuję jako „kontrrewolucję kulturową”. Myli się jednak ten, kto jej źródeł upatruje np: w wieloletniej polityce imigracyjnej i kryzysie wywołanym falą uchodźców. Podobnie spór między postępowym liberalizmem, a zachowawczym konserwatyzmem jest jedynie fragmentem całego obrazu. Rozpad systemu wartości „demokracji liberalnej” zaczął się dużo wcześniej od całkowitego załamania struktury społecznej w wyniku Wielkiej Recesji. I o tym chciałbym opowiedzieć.

**Podsumowanie treści:**

  • źródło wzrostu nastrojów nacjonalistycznych i antysystemowych to głęboki kryzys tożsamości w wyniku recesji lat 2007-2009 -> zubożenie społeczeństw,
  • podstawowe spoiwo demokracji liberalnej (umowa społeczna oparta o poczucie sprawiedliwości) okazało się mirażem,
  • narosłe nierówności społeczne stały się powszechne i widoczne gołym okiem (społeczeństwo cyfrowe, swobodny przepływ informacji,)
  • procesu tego nie da się już odwrócić, w efekcie prawdopodobnie dojdzie do pełnej wymiany establishmentu politycznego w ciągu kolejnej dekady.

(Poniższy tekst, jest fragmentem jak na razie nie wydanej publikacji mojego autorstwa, pt. „Globalna Gra: Rozpad” o przyczynach załamania globalnego porządku)

<…>Największy, ogólnoświatowy krach finansowy od czasu Wielkiego Kryzysu z 1929 roku zaczął się tak naprawdę jeszcze w połowie 2007 roku od załamania rynku kredytów hipotecznych wysokiego ryzyka (tzw. subprime) w USA. Przyczynę takiego splotu wydarzeń, stanowiły dwa z początku niezależne od siebie mechanizmy.

Po pierwsze rosnąca bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości. Niskie stopy procentowe czyniły trzymanie oszczędności w instrumentach finansowych znacznie mniej opłacalnym niż inwestycje w nieruchomości. Taki stan rzeczy przyciągnął zagraniczny kapitał (m.in. z bogacącej się Azji) co dodatkowo zwiększyło krajowy popyt. Z uwagi na nie nadążającą podaż, ceny nieruchomości bardzo szybko zaczęły rosnąć. Drugim mechanizmem były łatwo dostępne kredyty bankowe, udzielane osobom bez jakiejkolwiek zdolności kredytowej (tzw. NINJANo Income No Jobs No Assets, tłum. Bez Dochodu Bez Pracy Bez Aktywów). Pojedynczy kredytobiorca kupował nawet po kilka domów lub mieszkań, by w zaledwie kilka miesięcy sprzedać je z kilkudziesięcio procentowym zyskiem. Nowe kredyty i dochód ze sprzedaż spłacały te poprzednie i cały proces zaczynał się od początku. Spekulacja narastała, z czasem skracając całą procedurę – kolejne nieruchomości były kupowane jeszcze przed sprzedażą poprzednich. Na te dwie pierwotne przyczyny nałożyły się kolejne, jak federalna polityka mieszkaniowa, poluźnienie mechanizmów bezpieczeństwa finansowego (nie tylko względem kredytobiorców ale także dla instytucji finansowych) oraz spekulacje między bankami i funduszami. Te ostatnie pożyczały między sobą pieniądze by finansować kolejne pożyczki dla klientów, którzy na papierze przynosili ogromny zysk (bardzo wysokie oprocentowanie). W rzeczywistości, ogromna część kredytów stanowiła tzw. toksyczne walory, których realna wartość bliska była zeru z uwagi na brak możliwości egzekucji należności. Gdy piramida pożyczkowa zaczęła się sypać, panikujące banki pożyczkodawcy zażądały natychmiastowej spłaty należności od banków pożyczkobiorców, co naturalnie nie było możliwe. Zaczęły się bankructwa. Sprzedaż nieruchomości nagle stanęła, co z kolei zostawiło indywidualnych, prywatnych spekulantów z całym portfelem, przeszacowanych i niesprzedawalnych nieruchomości z obciążonymi hipotekami. Globalizacja kapitału oznaczała, że kryzys ten bardzo szybko rozprzestrzenił się na inne kontynenty. Międzynarodowy charakter miały przecież nie tylko banki ale też deweloperzy budujący nowe domy. Dlatego krach powtórzył się w podobny sposób w innych krajach. Tam też zagraniczny kapitał przyczyniał się do windowania cen nieruchomości, a do zakupowego szaleństwa przyłączyli się chętnie finansowani przez banki obywatele. W Polsce, tylko w latach 2004-2008 ceny nieruchomości wzrosły o ponad 200%, czemu wkrótce zaczęła towarzyszyć potężna kampania reklamowa. Potencjalni kredytobiorcy byli namawiani do korzystania z kredytów frankowych, o czym mówi się dzisiaj bardzo wiele przy okazji kolejnych przegrywanych przez banki procesów cywilnych. Polski przykład stanowi jednak ewenement, tzw. „zieloną wyspę” w morzu czerwieni, co zawdzięczać możemy korzystnemu splotowi okoliczności.

Ceny polskich nieruchomości przez lata pozostawały na bardzo niskim poziomie, przez co trwająca ledwie 3-4 lata hossa nie zdążyła przybrać tak skrajnie spekulacyjnego wymiaru jak to miało miejsce w innych krajach. W następstwie, doszło do relatywnie niewielkiej przeceny, rzędu ok. 15%. Podobnie polityka kredytowa banków bardzo rygorystycznie traktowała swoich klientów, toteż kredyty subprime w zasadzie u nas nie wystąpiły. Zresztą nie było ekonomicznego uzasadnienia dla poszukiwania nowych klientów, jako że polskie banki od lat świetnie zarabiały na dotychczasowych, a nasycenie rynku kredytowego było też relatywnie niewielkie. Te korzystne uwarunkowania pozwalały z kolei na wykorzystanie niskich wymagań finansowych (co do produktów bankowych) i niewielkiej świadomości rynkowej społeczeństwa będącego na dorobku (vide wspomniane kredyty frankowe). Dodatkowe regulacje zabraniające ryzykownych zachowań finansowych, nadzór Komisji Nadzoru Finansowego, zapis konstytucyjny utrzymujący zadłużenie budżetu państwa poniżej poziomu 55% PKB itp. złożyły się na końcowy, pozytywny efekt.

Tymczasem na świecie, apogeum kryzysu przypadło na lata 2008-2009, doprowadzając do upadku liczne instytucje finansowe (banki i fundusze kapitałowe) oraz przełożyło się na pauperyzację społeczeństw państw rozwiniętych. Nim wprowadzone środki zaradcze uspokoiły sytuację i pozwoliły na powolną odbudowę gospodarczą, minęło kilka lat który to okres potocznie nazwano Wielką Recesją (The Great Recession). Tak jak 80 lat wcześniej, gdy „czarny czwartek” na Wall Street (nowojorska Giełda Papierów Wartościowych) dość szybko przełożył się na powstanie światowej Wielkiej Depresji (The Great Depression), tak i teraz, skutki załamania finansowego niczym kostki domina, powaliły państwa rozwinięte, o mniej stabilnych fundamentach ekonomicznych. Sieć globalnych powiązań okazała się na tyle silna, że zaszkodziła nawet gospodarkom, których krach finansowy bezpośrednio nie dotyczył. Załamanie rynku w jednym państwie, automatycznie oznaczało ograniczenie importu i zamrożenie inwestycji. Chwalona nieco wcześniej Polska, w 2009 roku odnotowała wzrost PKB zaledwie o 1,6% (w stosunku do 5,1% w 2008) i to tylko dzięki popytowi krajowemu oraz prowadzeniu inwestycji związanych z wykorzystaniem funduszy strukturalnych z budżetu UE. Inwestycje infrastrukturalne zawdzięczały swą niezwykłą dynamikę głównie organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej – Euro2012. Gdy te ustały, wzrost PKB ponownie zanurkował, a sytuacja była do tego stopnia dramatyczna, że rząd zdecydował się m.in. złamać umowę społeczną poprzez nacjonalizację znacznej części oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w tzw. OFE (6 grudnia 2013), czy też zrezygnować z restrukturyzacji państwowych spółek wybierając ich sprzedaż lub upadłość (np.: stocznie). Inne kraje Unii Europejskiej (z wyjątkiem Słowenii) nie miały tyle szczęścia popadając w trwająca nawet kilka lat recesję.

Wielka Recesja jest cezurą od której powinniśmy zacząć datować wyraźne słabnięcie dotychczasowego porządku światowego. Ponieważ od wielu lat opierał się on na dominacji euroatlantyckiej (wcześniej Europy, a później USA), jego erozja oznaczała także kwestionowanie wartości tzw. demokracji liberalnej, której słabnący hegemon był depozytariuszem. Na wartości te składały się przede wszystkim fundamentalne: zasada państwa prawa (ang. „rule of law”, niem. „Rechtsstaat”) oznaczająca równość wobec prawa wszystkich obywateli, społeczeństwo obywatelskie, trójpodział władzy oraz niezależne i silne instytucje państwowe, a dalej wolny rynek, media i demokratyczny sposób sprawowania rządów. Nawet jeśli cały system był dziejowym tworem poszczególnych państw i teoretyków euroatlantyckiej rodziny, jego ostateczny kształt nadany został przez Stany Zjednoczone Ameryki. Najpotężniejsze państwo świata narzucało swoje widzenie demokracji liberalnej i robiło to nie tylko poprzez siłę, ale też miękkie oddziaływanie kulturowe (w tym zwłaszcza popkulturowe kino, komiks, muzykę i produkty konsumpcjonizmu). To idealne połączenie kija i marchewki najlepiej symbolizowane jest przez nieprzypadkowe wdrukowanie w umysły ludzi końca XX wieku utożsamienie demokracji z logiem firm McDonald’s czy Coca&Cola.

Dla pełniejszego zobrazowania w jaki sposób kryzys finansowy doprowadził do przesilenia tożsamościowego w państwach Zachodu, na początku warto zdefiniować pojęcia. W ocenie autora, demokracja liberalna w znaczeniu politycznym, określa formę sprawowania rządów i wartości na jakich opiera się dane państwo i tym różni się od neoliberalnych nurtów w rodzaju np.: socjalliberalizmu (polityki społeczno-ekonomicznej) czy liberalizmu feministycznego (dziedzina socjologiczna), że jest wobec nich ontologicznie nadrzędny. Jeśli traktować demokrację liberalną w kategoriach interdyscyplinarności, system polityczny zawiera w sobie pozostałe nurty intelektualne, które funkcjonują tylko dlatego, że wartości i zasady tego systemu pozwalają na pluralizm poglądów i idei. Takie zdefiniowanie wydaje się zasadne dla rozważań geopolitycznych i stanowi konieczne uproszczenie. Dla sedna tego wywodu, istotne jest tylko szerokie ujęcie zawierające w sobie nie jedynie system polityczny, zasady prawne oraz respektowanie praw człowieka (vide Dokument Kopenhaski) ale także wpływ takiej konstrukcji na społeczeństwo, a dalej, na relacje międzyludzkie. Jednym z głównych zarzutów wobec geopolityki jest determinizm geograficzny, mający jakoby decydować o wszystkim. Tymczasem klasyczne rozumienie terminu „geopolityka”, jako uwarunkowań geograficznych ignoruje fundamentalne znaczenie innych czynników. Szeroko rozumiana geopolityka, jako synonim polityki międzynarodowej, to wieczna zmiana, dynamizm, a jego podstawą są właśnie ludzie, ze swymi nieprzewidywalnymi zachowaniami, pasjami i ideami. I to właśnie ten „czynnik ludzki” (którego pochodną są przełomy technologiczne zmieniające geografię), ostatecznie zadecydował o zmianie światowego porządku. Razem z upadkiem fundamentów „demokracji liberalnej”, załamał się także system wartości na nich oparty, tj: liberalizm światopoglądowy (kryzys radykalizuje poglądy), a wraz z nim np: dążenie do równouprawnienia mniejszości seksualnych. Wymiana elity politycznej, pozbawiła takie działania wsparcia legislatury, a często też administracji państwowej. A bez tego, żadna ideologia – liberalna, czy konserwatywna – nie może przejść z teorii w praktykę.

Dane statystyczne wskazują na związek pomiędzy rozwojem gospodarczym a stopniem demokratyzacji danego państwa (Ekonomista 3/2014, Indeks 357030, ISSN 2299-6184 „Wolność gospodarcza i demokracja a wzrost gospodarczy krajów transformujących się” D. Piątek, K. Szarzec., M.Pilc). Im jest ono bardziej demokratyczne, tym lepiej radzi sobie gospodarczo. W praktyce, w krajach o stabilnym systemie demokracji liberalnej nigdy nie zdarzają się klęski głodu. Być może wyda się to zaskakujące, ale w ogólnym rachunku rzadziej dochodzi do ich ekonomicznego upadku, niż państw autorytarnych. Sam więc pozytywny wpływ systemu demokracji liberalnej na rozwój gospodarki (choć głównie pośredni) i społeczeństw, jest zjawiskiem dobrze udokumentowanym. Nie da się także ukryć, że narzucone systemowo wartości (poszanowanie praw człowieka) kształtują określony model społeczny. Możemy oczywiście szukać źródeł takiej, a nie innej konstrukcji społeczeństwa w antyku, kulturze chrześcijańskiej itd. lecz współcześnie punktem odniesienia będą zawsze Międzynarodowe Pakty Praw Człowieka z 1966 roku, czy wcześniejsza Powszechna Deklaracja Praw Człowieka Narodów Zjednoczonych z 1948 roku. W szerszym ujęciu, będzie to promieniująca z Ameryki Północnej symbolizowana przez Myszkę Miki, pachnąca hamburgerami i osłodzoną colą amerykańska demokracja (liberalna), która jest gotowym produktem, od zasad prawnych, po konstrukcję społeczną. Produktem, dodajmy, przez wiele lat eksportowanym do różnych państw świata i implementowanym często niezależnie od lokalnych uwarunkowań polityczno-kulturowych, co często prowadziło do konfliktów (tym silniejszych im bardziej zdestabilizowane okazywało się dane państwo).

Jak pokazuje najnowsza historia, liberalizm w wymiarze osobistym (w rozumieniu otwartości poglądów, tolerancji, poszanowania praw mniejszości) jest domeną państw wysoko rozwiniętych. Choć wśród nich znajdziemy również bogate państwa Zatoki Perskiej , to jednak stanowią one zdecydowaną mniejszość i nie przeczą postawionej w pierwszym zdaniu tezie. A to z uwagi na specyfikę wskaźnika HDI – Human Development Index, którego punktacja określa 4 wskaźniki: długość życia, otrzymaną edukację przez ludzi po 25 roku życia, przewidywany czas trwania edukacji dla dzieci rozpoczynających naukę oraz dochód narodowy per capita. Brak w podanych parametrach odniesienia do wolności osobistych bądź systemu politycznego.

Liberalizm światopoglądowy jest wartością, do której społeczeństwo demokracji liberalnej (w mniejszym stopniu także w demokracjach nieliberalnych, czy systemach autorytarnych) dojrzewa dopiero na pewnym etapie rozwoju. Scenariusz jest zawsze podobny. W miarę wzrostu zasobności rodzin, zwiększa się pole osobistych doznań, a z nim poszerza się horyzont świadomościowy. Ludzie podróżują, dokształcają się (vide „patrzenie magiczne” wg Maxa Webera „Etyka protestancka a duch kapitalizmu”), racjonalizują i więcej uwagi poświęcają temu co mogą kupić. Stać ich na to. Na co dzień nie martwią się tym jak przeżyć do następnego miesiąca (albo dnia), a dodatkowo korzystają z lepszej opieki zdrowotnej więc mniej chorują i żyją dłużej. Mogą pozwolić sobie na zdobywanie edukacji, choćby na studiach zagranicznych. Rośnie w nich poczucie indywidualizmu. Pole życiowych wyzwań, w której przytłoczony okolicznościami człowiek poza własnym uporem może liczyć jedynie na boską interwencję – zawęża się, aż wreszcie niemal znika, stwarzając poczucie bezpieczeństwa. Wygodne, bezpieczne i dostatnie życie sprzyja laicyzacji, tym bardziej że kapitalizm czyni z każdego obywatela równoprawnego uczestnika rynku, który przynajmniej w teorii może zawsze dojść od finansowego niebytu do bogactwa (patrz „Sacred and Secular” Pippa Norris, Ronald Inglehart, Cambrige 2004, ISBN: 0521548721). Sam ten proces jest dla wielu wystarczającym substytutem religii, zwłaszcza że w warunkach nieskrępowanego kapitalizmu konsumpcjonizm staje się kołem zamachowym gospodarki. Tak jest w większości państw Zachodu, z jednym tylko wyjątkiem – Stanów Zjednoczonych Ameryki. Opisany proces w mniejszym stopniu dotyczy państw autorytarnych bądź też wywodzących się z innych religii niż judeo-chrześcijańskie, np.: wspomnianych wcześniej państw arabskich, gdzie osobista tolerancja jednostek, nie idzie w parze z łamiącym podstawowe prawa człowieka dogmatem religijnym. I tam postępuje liberalizacja, ale w bardzo ograniczonym stopniu, z uwagi na symbiozę władzy z religią (przykład Arabii Saudyjskiej) (https://en.wikipedia.org/wiki/Liberal_democracy#Economic_growth_and_financial_crises) oraz hamowanie emancypacji kobiet. Duża w tym „zasługa” islamu, który w swoim zdecentralizowanym charakterze i doktrynalności jest mało podatny na reformy.

Gdzie dochodzimy do zasadniczej kwestii. Prawa i wartości demokracji liberalnej, w sytuacji rozdziału kościoła od państwa i wykształceniu silnego społeczeństwa obywatelskiego, stanowią nowy Dekalog (społeczny). Na jego straży, tak jak w wiekach średnich Rzym i Papież, stoją dziś instytucje (często tzw. organy konstytucyjne). Ich działania to dogmaty (np.: wyroki Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego etc.) których łamanie spotyka się z karą, tak jak kiedyś (albo nadal w krajach muzułmańskich z obowiązującym szariatem) występowanie przeciw religii skutkowało surowymi konsekwencjami także w wymiarze cywilnym lub karnym. Proces polegający na zastępowaniu nakazów religijnych regułami prawa znany jest od tysięcy lat. W przeciwieństwie jednak do naszych niewyedukowanych przodków, zamiast wymuszonego bożym gniewem posłuszeństwa, korzystamy z siły własnego rozumu. Nie potrzebujemy już prostych przekazów do ustanowienia zasad współżycia społecznego, po to by się nie okradać i nie mordować na ulicach. To co wcześniej mogło wynikać jedynie z instynktu przebywania w grupie, dzisiaj jest wiedzą dostępną każdej jednostce. Jednak tak jak wtedy, tak i dziś, system ten opiera się na zasadzie sprawiedliwości. Bóg był sprawiedliwy, jedynie jego słudzy mogli kalać się oszustwem za co czekała ich kara, jeśli nie ludzka to boska. W początku XXI wieku sługami sprawiedliwości byli urzędnicy państwowi i instytucje. Z jedną, istotną różnicą. Odtąd, kara boska miała już coraz mniejsze znaczenie, jeśli więc tryby sprawiedliwości nie obracały się wystarczająco szybko by dać zadość krzywdzie, nie można było liczyć na wyrównanie win np.: po śmierci.

Społeczeństwa, które przyjęły na siebie największy ciężar krachu, bardzo wyraźnie zapamiętały , że jego prawdziwi autorzy – szefowie i rady nadzorcze banków i funduszy finansowych, uniknęli jakiejkolwiek odpowiedzialności. Rząd USA wykupił długi banków (tzw. bailout), wprowadzając program TARP (Troubled Assets Relief Program), mający ustabilizować sytuację na rynku kredytowym poprzez wykupienie toksycznych długów. Ponieważ warunkiem otrzymania rządowej pomocy nie były konkretne działania prokonsumenckie, jak udzielanie dalszych kredytów osobom prywatnym, efekty programu w niewielkim tylko stopniu wpłynęły na poprawę losu obywateli. De facto więc, rząd wyasygnował kilkaset miliardów dolarów na pomoc bankom i instytucjom finansowym, podczas gdy na podobne wsparcie nie mogli liczyć zwykli dłużnicy. Dlatego mimo, że pomoc ta była zwrotna, jej odbiór społeczny był jednoznacznie negatywny. Takie działanie administracji doprowadziło do utraty zaufania społecznego, a w rezultacie do radykalizacji sympatii politycznych i światopoglądu obywateli. Dzięki temu prezydentem został Barrack Obama, który już w 2009 roku wprowadził rozbudowany program wsparcia gospodarki. Niemniej, porecesyjna trauma trwała nadal, doprowadzając do powstania ruchów społecznych, o często sprzecznych zapatrywaniach (tak lewicowych, jak i prawicowych), które łączył jedynie sprzeciw wobec władzy centralnej i instytucji państwa. Najpierw konserwatywnej „Tea Party” (sprzeciwiającej się pomocy publicznej), później „Occupy Wall Street” (sprzeciwiającej się nierównościom ekonomicznym) który wywołał podobne protesty w innych częściach świata.

Bo też schemat działań czynników rządowych wszędzie był taki sam. Republika Federalna Niemiec wykupiła długi Hypo Real Estate (konsorcjum banków zajmujących się kredytami hipotecznymi), rządy Belgii, Luksemburga i Holandii częściowo znacjonalizowały bank Fortis, a rząd Wielkiej Brytanii całkowicie znacjonalizował bank North Rock. Londyn wprowadził też plan ratunkowy dla banków (Bank Rescue Plan), który stanowił wzór dla amerykańskiego TARP. Popularne stało się określenie, „zbyt duży by upaść” (ang. „too big to fail”) mające w uproszczeniu tłumaczyć, że mniejszym kosztem było wykupienie bankrutującego banku lub wsparcie go pomocą finansową, niż konsekwencje, które by nastąpiły w wyniku jego upadku (np.: kwestia zwrotu depozytów klientów).

W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, Unia Europejska miała znacznie większe trudności ze zbilansowaniem budżetów. Nawet nie chodziło o to, że z uwagi na swoją wielonarodową specyfikę, potrzebowała nie jednego lecz kilkudziesięciu indywidualnych programów naprawczych. Głównym problemem był fakt, że zadłużające się w czasach prosperity rządy państw europejskich, zostały zaskoczone kryzysem. Mimo obowiązujących tzw. kryteriów konwergencji, obligujących członków strefy euro do m.in. prowadzenia restrykcyjnej polityki fiskalnej, wiele rządów pozwoliło na rozwinięcie się deficytów grubo ponad maksymalne 60% PKB. Dotyczyło to zwłaszcza państwa południa Europy. W 2007 roku dług publiczny w relacji do PKB wynosił: 68,4% w Portugalii, 87% w Belgii, 99,8% we Włoszech i 103,1% w Grecji. W chwili uderzenia kryzysu deficyty państw zaczęły bardzo szybko rosnąć a recesja była mało dogodnym momentem na przeprowadzenie głębokiej reformy rozbudowanego systemy socjalnego już choćby z uwagi na stale rosnącą rzeszę bezrobotnych. W dodatku, jednolita dla wszystkich waluta euro nie pozwalała na indywidualne działania interwencyjne z zakresu polityki monetarnej (osłabienie lub wzmocnienie pieniądza).

Ludzie tracili pracę i domy lądując na bruku. Z dnia na dzień cały ich bezpieczny świat walił się w gruzy. Pozostawała tylko rozpacz, która wskutek działań władz szybko przemieniła się w złość. Z powodzeniem dawano jej upust na ulicach, w starciach z policją, w szturmach na urzędy, czy w trwających długie tygodnie a paraliżujących kraje strajkach. W samej tylko Grecji uliczne zamieszki trwały, z krótkimi przerwami, przez ponad dwa lata (2010-2012). Do głosu zaczęli dochodzić radykalni trybuni ludu. Najpierw o zapatrywaniach lewicowo-socjalistycznych, tak jak w bankrutującej Grecji (Syriza) czy bliskiej załamania Hiszpanii (PODEMOS), ponieważ w pierwszym odruchu najważniejsze wydawało się spełnienie podstawowych potrzeb społecznych. Z czasem (i to stanowiło nowość), do walki o rząd dusz włączali się także prawicowi, równie antyestablishmentowi radykałowie, jak we Francji (Front Narodowy), RFN (AfD) czy Austrii (FPÖ). Co z kolei podyktowane było postępującą destabilizacją sytuacji międzynarodowej, oraz tzw. wstrząsami wtórnymi kryzysu. Trzeba pamiętać, że o ile apogeum krachu finansowego przypadło na lata 2007-2009, o tyle niwelowanie efektów tego zdarzenia (czyli powrót do stanu sprzed) trwało znacznie dłużej, nawet do 2016 roku (np.: w USA, Argentynie), a w przypadku Grecji nadal się nie udało (bezrobocie w maju 2008: 7.3%, w maju 2018: 19.3%, deficyt budżetowy: 2008 109,4%, w 2018 178,6% PKB, PKB per capita w 2008 roku 31997,28 USD, w 2017 roku 18613,42 USD – dane eurostat/MFW).

Dla przykładu, rzeczywiste PKB Stanów Zjednoczonych Ameryki spadło z 15.761 bln USD do ok. 15.134 bln (o 627mld USD czyli ~4%). Strata ta została odrobiona dopiero pod koniec 2011 roku (https://fred.stlouisfed.org/series/GDPC1). Dużo gorzej spadek odczuły gospodarstwa domowe, których przeciętny majątek stopniał o 11.7 bln USD, do 57.5 bln USD. Wskaźnik ten wrócił do poziomu sprzed recesji dopiero pod koniec 2012 roku (69.6bln USD –https://fred.stlouisfed.org/series/TNWBSHNO). Najwyraźniej skutki kryzysu były odczuwalne na rynku pracy. Wskaźnik NFP (osób zatrudnionych) spadł o 8.6 mln miejsc prac, odzyskując dawny poziom dopiero w maju 2014 roku, podczas gdy stopa bezrobocia wróciła do zdrowego poziomu 4.7% dopiero dwa lata później, w maju 2016 roku. (https://fred.stlouisfed.org/series/UNRATE).

W rezultacie światowa scena polityczna uległa głębokim przeobrażeniom, a nowe partie i nowi decydenci, najczęściej ustawiali się w całkowitej ideowej i politycznej kontrze do swoich poprzedników. Musiało tak być, skoro do władzy wyniósł ich wielki, społeczny bunt skierowany przeciwko establishmentowi. Z początku, wydawało się, że dotknie on jedynie kraje będące w najtrudniejszej sytuacji gospodarczej. Zresztą, skorumpowane i niewydolne rządy zawsze w takiej sytuacji upadały. Tak stało się w Grecji, tak było też np.: w specyficznej Islandii. W odczuciu polityków, skuteczne działania we wszystkich pozostałych państwach o stabilniejszych podstawach gospodarczych, w zasadzie gwarantowały reelekcję i utrzymanie utartych schematów. Okazało się jednak, że permanentność trwania (dekada!) niektórych skutków kryzysu pozwoliła na wykształcenie całego, nowego pokolenia buntowników. Ludzie którzy, w dorosłość zaczęli wchodzić dopiero po roku 2008, tzw. późni milenialsi, predestynowani byli do sprzeciwu już choćby z tytułu różnicy pokoleniowej. Urodzeni po 1990 roku byli pierwszym pokoleniem, które nie mogło pamiętać dwubiegunowego świata żelaznej kurtyny. Jednakże ten naturalny, młodzieńczy bunt został dodatkowo wzmocniony i wykoślawiony przez powszechne, głębokie poczucie rozczarowania, tak władzą jak i zasadami wedle których rządził się świat – bezrobociem, społecznymi nierównościami, oderwaniem decydentów od realiów życia obywateli itd. A w kryzysie jeszcze jedna sprawa stała się ewidentna. Prawo przestało obowiązywać wszystkich w równym stopniu. Ludzie wpływowi i bogaci, politycy i wielkie korporacje stali ponad nim, nie tylko nie odnosząc większego uszczerbku, ale w dłuższej perspektywie faktycznie wzbogacając się na skutkach załamania gospodarczego. Choć można w tym miejscu postawić pytanie, czy w istocie kiedykolwiek w historii było inaczej? Czy też mieliśmy po prostu do czynienia ze zjawiskiem ciągłym, podlegającym okresowym nasileniom lub osłabieniu zależnie od czasu i siły instytucji państwa? Niezależnie od odpowiedzi, pokolenie Y nazywane jest też pokoleniem cyfrowym. Generacja ludzi, którzy w pełni korzystają z najnowszych zdobyczy cybertechnologii, w tym zwłaszcza narzędzi komunikacyjnych. A to oznaczało, że wszelkiego typu nieprawości dużo trudniej było ukryć, ponieważ tradycyjne środki przekazu i media, utraciły monopol na prawdę. Społeczeństwo informacyjne działa na zupełnie innych zasadach, a stopień wewnętrznej komunikacji pomiędzy poszczególnymi obywatelami stał się najwyższy w historii ludzkości. Nic nie dało się ukryć.

Z tego powodu już od 2009 roku, w kolejnych, pozornie ustabilizowanych państwach, rozpoczęto oddolną dekonstrukcję sceny politycznej. Pojawiały się nowe byty, które z początku zdobywały tylko kilka procent poparcia, a w kolejnych wyborach albo przejmowały władzę, albo stawały się znaczącą siłą polityczną. Przykładów mieliśmy bez liku: niemieckie AfD i Die Linke, we Francji Emmanuel Macron i En Marche, PVV Geerta Wildersa w Holandii, Partia Piratów na Islandii, Liga Północna i Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech etc. Z tego trendu skorzystały też istniejące wcześniej partie antyestablishmentowe, jeśli umiejętnie odczytywały nastroje społeczne. Tak było w Polsce (PiS), Wielkiej Brytanii (UKIP), Austrii (FPÖ), tak stało się też w USA (Republikanie wspierający Donalda Trumpa).

Naturalnie, sympatie polityczne oznaczały także zmianę mentalną w światopoglądzie wyborców. Symbolem starej władzy był przecież kulturalny liberalizm – otwartość na wszelkiego rodzaju mniejszości (etniczne, religijne, seksualne), multikulturalizm oraz sekularyzacja. Tymczasem nowa fala niosła ze sobą swoistą kontrrewolucję obyczajową polegającą w dużej mierze na odrzuceniu tych wartości i powrocie konserwatyzmu. W ten oto sposób nastąpił kryzys tożsamości w państwach demokracji liberalnej. Nawarstwione problemy wymagały nowych działań, a radykalizacja nastrojów sprzyjała zachowaniom populistycznym. Nowi przywódcy wyniesieni do władzy wolą zbuntowanego suwerena, uczynili priorytetem politykę krajową. To jej podporządkowywali wszelkie działania, przekładając subiektywnie pojęty patriotyzm ponad relacje międzynarodowe. Wygrywać zaczęły partykularne interesy każdej ze stron, a to oznaczało pogłębienie multilateralizmu (wielobiegunowości) porządku światowego. Czyli dokładnie tego na czym zależało pretendującym potęgom Rosji i Chin. Zdecydowanie łatwiej im było układać relacje z każdym z osobna, niż negocjować z nieprzejednanym Waszyngtonem reprezentującym cały blok Zachodu, czy też Brukselą reprezentującą całą Unię Europejską. Co ważne, takie indywidualne relacje umożliwiały rozbijanie sojuszy poprzez przekupywanie, lub nastawianie przeciwko sobie poszczególnych członków euroatlantyckiego sojuszu. W tym celu uruchomiono zresztą całą dostępną machinę dezinformacyjno-propagandową, wspartą działaniami agentury, wywiadu i wszelkimi innymi narzędziami dostępnymi państwom autorytarnym. <…>

Tak dochodzimy do momentu, w którym Europa na powrót staje się kontynentem podzielonym, bardzo zróżnicowanym politycznie (na wielu płaszczyznach) i o niepewnej przyszłości, co stanowi dla niej poważne zagrożenie. Może nie tylko być skłócona wewnętrznie w stopniu najwyższym od czasów drugiej wojny światowej, ale też zostać „poćwiartowana” przez zewnętrznych aktorów wedle strefy wpływów (USA, Chiny, Rosja) co było by zabójcze dla zdecydowanej większości państw członkowskich. Dla porównania, kontrrewolucja kulturowa w USA nie jest szczególnie groźna w wymiarze wewnętrznym państwa. Poza istotną polaryzacją poglądów społecznych (dotyczących religii, seksualności, ochrony życia) i konfliktem w Kongresie, kraj ten posiada cały system polityczny gwarantujący wystarczającą ilość miejsca do wymiany myśli, a silne instytucje pilnują podstawowych praw obywatelskich. Dlatego prędzej czy później konflikt wybrzmi, po czym nastąpi konsolidacja zasobów i skierowanie uwagi na działania „na zewnątrz” bez znaczących strat dla państwowości. USA są bowiem niemalże samowystarczalne gospodarczo, ich granicom nie zagraża zewnętrzny wróg, a potężny kapitał wytrzyma niejedną recesję. Przeobrażenia i rewolucje społeczne nie powodują erozji fundamentów na jakich opiera się państwo, są naturalną częścią systemu. Z kolei upadek „demokracji liberalnej” nie dotyczy państw autorytarnych, nie należących do cywilizacji Zachodu (jak choćby państwa arabskie lub azjatyckie) choć tak samo dotkniętych Wielką Recesją. Tam też doszło do dekompozycji społeczeństw i rządów, ale głównie (pomijając nierówności i biedę) z uwagi na konflikt religijny i postkolonialny podział polityczny.

Dla Europy „demokracja liberalna” była podstawową wartością i ideologicznym spoiwem, platformą porozumienia konglomeratu państw narodowych. Dlatego nie ma innego wyjścia jak tylko zrobić krok na przód ku wielkiej reformie, która na powrót określi jej tożsamość, akceptowalną tak dla pozbawionych złudzeń obywateli, jak i państw narodowych. Proces ten nie będzie ani prosty, ani przyjemny. Poza koniecznością przeprowadzenia reform strukturalnych i prawnych, trzeba będzie znaleźć wspólny system wartości, mieszczący w sobie tak wartości konserwatywne, jak i liberalne. Niemożliwe? Może kiedyś, dzisiaj po prostu nie ma innego wyjścia.


——————————————————————————————————–

Jeśli powyższy artykuł ci się podobał, proszę rozważ czy nie warto mnie wesprzeć.

Zostając Patronem dostajesz zaproszenie na zamkniętą grupę FB, na bieżąco rozmawiamy o wydarzeniach. Masz okazję wpływać na temat jakim się zajmę w następnej kolejności, a wybrane artykuły czytasz przed wszystkimi innymi. Otrzymujesz też dostęp do mojej „roboczej tabelki” przedstawiającej chronologię czekających nas wydarzeń – a dzieje się teraz bardzo dużo! Co jeszcze? To zależy od spełnienia celów! Sprawdź:

http://patronite.pl/globalnagra

Możesz też skorzystać z możliwości przekazania jednorazowej darowizny za pośrednictwem systemu PayPal.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie paypal-784404_640-e1551689206666.png




Data: 28-05-2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *