W obronie geopolityki i rozsądku.

Przez polskie media, a zwłaszcza ich internetową część, przetacza się ostatnio rozemocjonowana dyskusja na temat postrzegania i oceny geopolityki. Wypowiadają się o niej krytycznie nie tylko operetkowi, dyżurni komentatorzy rzeczywistości ale też osoby o dużo większej znajomości tematów z polityką związanych, nie parających się komedią, jak choćby Witold Jurasz czy Paweł Kowal.

 

Krytyka ta czasem bywa histeryczna, a czasem w miarę merytoryczna i przez to cenna. Stopień powagi zależy w tym względzie od poziomu autora. Wszystkie jednak mają jedną, wspólną cechę, a jest nią postrzeganie geopolityki przez jej krytyków, które według mnie nie odpowiada temu czym ona faktycznie jest w dniu dzisiejszym. A skoro dyskusja rozbija się już o tak fundamentalne dla niej sprawy, jak sam temat sporu, to chyba warto byłoby najpierw przyjąć jakieś aktualne definicje.

„Życiem państwa rządzi prawo siły, tak jak prawo ciążenia rządzi ciałami fizycznymi.” – twierdził August Ludwig von Rochau (vide dr J.Bartosiak)

Geopolityka jest szkołą badawczą (paradygmatem) w naukach społecznych, której celem jest badanie wpływu przestrzeni geograficznej na politykę. Geopolitycy badają, jak położenie geograficzne wpływało w przeszłości i wypływa współcześnie na prowadzenie polityki przez jednostki polityczne.” – pisze dr Leszek Sykulski w swojej książce „Geopolityka a bezpieczeństwo Polski” s.18 (Zona Zero 2018).

„Geopolityka to realność, codzienna rzeczywistość, w której poruszają się wykonujący władzę w konkretnej przestrzeni geograficznej. Pozwala celniej analizować i konceptualizować szanse rozwojowe państwa, oceniać skuteczność systemu sojuszy oraz zdawać sobie sprawę z nadchodzących systemowych zmian, które wyznaczane są przez zjawiska geopolityczne. Ten warsztat pojęciowy obowiązuje jako podstawa prowadzenia polityki i stosunków międzynarodowych wśród elit przywódczych wiodących mocarstw. Od geopolityki nie ma więc ucieczki, jeśli chce się przetrwać”. – rozwija z kolei dr Jacek Bartosiak, s. 31 „Rzeczpospolita między lądem a morzem” (Jacek Bartosiak/Zona Zero 2018).

Tymczasem głównym, powtarzanym wciąż przez krytyków zarzutem jest oskarżenie o swoistą manię wielkości, co dobrze konkretyzuje dr Michał Lubina pisząc:

„Geopolitycy wierzą – bo to zaiste wyłącznie wiara jest – że dzięki znajomości reguł sformułowanych przez Mackindera i spółkę, a przedstawionych jako prawa naturalne geografii, mogą obiektywnie wyjaśnić procesy społeczne na świecie. Problem w tym, że właśnie nie mogą.„

Tymczasem obaj przywołani wcześniej autorzy książek o geopolityce odżegnują się od determinizmu geograficznego, ale też nie ukrywają, że warunki geograficzne, topografia terenu, klimat, linia rzek etc. mają i zawsze będą miały znaczenie dla polityki. Wielu dzisiejszych krytyków geopolityki zwraca uwagę, że geografia to przecież nie wszystko, bo ważna jest polityka, zasady państwa prawa, instytucje, alianse i technologia. I mają rację. Zapominają jednak, że uwarunkowania geograficzne zawsze pozostaną składową rozważań o państwie, tak jak wzrost i budowa fizyczna predestynują do takiego czy innego sportu. Z tym zastrzeżeniem, że w sporcie przeważnie nie wolno wspomagać się technologią.

„Posługując się cytatem jednego z moich kolegów powiem tyle: geopolitycy to zbiorowy Jerzy Zięba stosunków międzynarodowych.

Wiara w potęgę geografii i totemizacja polityki zagranicznej nieustannie mnie zadziwia. Nie mówiąc już o kopiowaniu modnych anglosaskich klisz. Myślałem, że z takich rzeczy się wyrasta.

O potędze państwa decyduje jakość instytucji, a nie miejsce na mapie i bogactwa naturalne.„– pisze Piotr Maciążek na swoim mikroblogu (tezę rozwija w artykule dla Dziennika Gazety Prawnej).

Na takie twierdzenia, jest tylko jedna odpowiedź Przywołam słowa dr. Jacka Bartosiaka, z wystąpienia na premierze książki w dniu 12 października 2018 – skoro geografia nie ma znaczenia, to dlaczego budujemy gazoport nad morzem, a nie w górach ?

Trzeba jednak zauważyć, że wszystkie te opinie, nawet najbardziej niedorzeczne ukazują się dla dobra dyskursu, bo ten jest już faktem.

Nagle wszyscy mówią i zastanawiają się nad rolą i miejscem Polski w świecie. A to chyba najcenniejsza rzecz jaka przydarzyła się polskiej polityce po 2004 roku, kiedy to ostatecznie zamknięto realizacje planu przyłączenia się Polski do Zachodu. Najpierw opuszczenie Układu Warszawskiego, wyrzucenie wojsk radzieckich (później rosyjskich) z Polski, następnie przyjęcie do NATO i do Unii Europejskiej. Na tym zakończyła się historia polskiej wielkiej polityki. Niezależnie od tego co pisał Francis Fukuyama („The End of History and the Last Man”, Free Press 1992), to był nasz własny koniec historii.

Po części dlatego, że zajmowało nas członkostwo w europejskiej wspólnocie i gonienie króliczka PKB. Daliśmy się uśpić tym dobrostanem spokojnej pracy organicznej i fałszywemu (jak się okazało) poczuciu bezpieczeństwa. W tym błogostanie utwierdzała nas zresztą postawa naszych zachodnich sąsiadów i całego obozu euroantlantyckiego. Reagowaliśmy co prawda na wojnę „z terroryzmem” ale li tylko w ramach sojuszniczej eskapady w dalekie kraje bez szerszego planu jak to dyskontować (pamiętne „irackie kontrakty”) poza doraźny zysk z bliżej nieokreślonych umów handlowych, z których i tak niewiele wyszło. To było gdzieś daleko i doprawdy mało kto potrafił przewidzieć długookresowe konsekwencje polityki międzynarodowej USA. Nie mówiąc już o sumiennym odzyskiwaniu równowagi i ekspansji przez Federację Rosyjską, lub wzrostu potęgi Chin. Krótko po 2004 roku nastąpiła pierwsza wielka polaryzacja polskiej sceny politycznej w XXI wieku, a za sprawą różnych wydarzeń i toczących się trybów historii – podział ten trwa do dziś. I odwraca naszą uwagę od tego co dzieje się na świecie. A przynajmniej monopolizował myśli nieprzerwanie aż do niedawna, kiedy to zmiany na świecie stały się na tyle fundamentalne, a sytuacja niestabilna, że wstrząsnęły świadomością nawet zwykłych obywateli mających znakomicie zerowe pojęcie o sytuacji międzynarodowej. Gdzie dochodzimy do wyjaśnienia, dlaczego jesteśmy świadkami wzrostu znaczenia geopolityki.

Zainteresowanie geopolityką nie jest tylko przemijającą modą. Na świecie, jest ona równoprawną nauką na uniwersytetach, są studia magisterskie, fakultety, katedry, wydziały. Jest tak, ponieważ według mnie, stanowi syntetyczną formę badania relacji międzynarodowych, w oparciu o czynniki mniej lub bardziej stałe (geografia, zasoby) oraz czynnik ludzki i ekonomiczny. Ale geopolityka nie może być celem samym sobie.

Ten jest przecież inny i chyba zupełnie jasny dla wszystkich. Pytam:

Jak zapewnić nam i naszym dzieciom bezpieczną przestrzeń, w której będziemy żyć, pracować i z którą wiążemy naszą przyszłość?

 

To fundamentalne pytanie i trzeba stawać nieustannie. Nie ma innej drogi do określenia kursu w jakim chcemy podążać bez zbadania naszych możliwości. Tak twardych (tzw. „hardware”) w ograniczonym stopniu od nas zależnych, jak i miękkich (tzw. „software) czyli całkowicie podatnych na ludzkie wpływy. Ważne by pamiętać, jaki jest cel tych badań, a jest nim nasza przyszłość. Niekoniecznie jutro, tylko za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, a może i więcej lat. Czy można drwić z geopolityki i jednocześnie popierać organizacje walczące z globalnym ociepleniem? A przecież tu także mowa o perspektywie całych dekad.

Niech ilustracją opisywanych zależności będzie energetyka. Jeśli chcemy być niezależni energetycznie, a najlepiej całkowicie samowystarczalni, powinniśmy zacząć dbać o to już dzisiaj. Badania wskazują, że taką niezależność dałby nam gaz łupkowy. Jednak by do tego doszło, poza odpowiednią legislaturą, trzeba też opracować tanią technologię wydobycia go w naszych warunkach, określić tereny eksploatacji, wreszcie dokonać tysięcy próbnych wierceń, a w reszcie pobudować dziesiątki a nawet setki odwiertów, do tego zbudować infrastrukturę przesyłową i magazynową. Wszystko po to żeby np.: monopolizująca rynek dostaw Federacja Rosyjska nie była w stanie wpływać na nasza politykę zagraniczną i wewnętrzną (!) cenami dostarczanego nam surowca. Ale nie tylko o Moskwę chodzi. Jeśli spojrzeć na sprawę inaczej, niezależność jest nam potrzebna po to by tak samo nie dyktowali nam warunków Amerykanie (vide Bartosiak, „Rzeczpospolita między lądem a morzem” s.42) czy dowolna inna nacja, której hegemoniczne imperium będzie chciało narzucać swoją wolę słabszym. Przykłady takie można by mnożyć. Musimy więc wcześnie wykrywać zagrożenia, by odpowiednio im przeciwdziałać.

Polska nie może być jak okręt bez sternika, niesiony przychylnymi wiatrami. Nie wiemy ani gdzie żeglujemy, ani po co, wiemy tylko, że póki co fajnie się płynie. A i kapitan powinien mieć jakąś mapę i jakiś plan w głowie, do jakiego portu chce dotrzeć. Teraz mamy sternika, który przynajmniej trzyma kołowrót steru, ale nie do końca wie co robić, mimo że niebo jest czarne od chmur, w oddali się błyska, a pierwsze krople zaczynają kapać na nos. Kapitan zaś jedynie musztruje załogę motywacyjnymi mowami o tym jak wspaniałym okrętem płyną. Geopolityka jest taką mapą, punktem odniesienia i oceny rzeczywistości. To nie znaczy, że pod wodą nie kryją się nie zaznaczone na niej rafy. To nie zwalnia załogi z patrzenia na horyzont czy nie płynie ku nim piracka krypa. Wreszcie, nie da się z całą pewnością przewidzieć czy w maszt nie uderzy piorun co przeszkodzi w rejsie nawet jeśli znany będzie cel podróży.

Kończąc już te rozważania należy podkreślić, że determinizm/fatalizm geograficzny to pojęcie z poprzedniego wieku, którego obecnie się nie stosuje (vide dr Leszek Sykulski, „Geopolityka z bezpieczeństwo Polski” s. 26). Naturą geopolityki jest wieczna zmiana, dynamizm relacji i zależności. Dlatego wymaga nieustannej uwagi i oceny. Jej rozumienie musi być cnotą cechującą decydentów. Więcej nawet, gdyby wiedza ta była powszechna wśród naszych polityków to jestem przekonany, że nie dochodziłoby do aż takiej eskalacji emocji i postaw na naszej scenie politycznej jak to ma miejsce obecnie. Stąd geopolityka potrzebna jest jako nauka na uczelniach i narzędzie (a nie przedmiot!) debat o przyszłości naszego kraju. To wręcz nasz obowiązek i mam szczerą nadzieję, że tocząca się debata do tego właśnie doprowadzi.

Przywołując konkluzje ze spotkania czytelników z dr. Jackiem Bartosiakiem na premierze książki (12 października 2018), należy zauważyć, że debata ta jest spóźniona przynajmniej o kilkanaście lat i nam się zwyczajnie należy. Pewne rzeczy trzeba powiedzieć, skonfrontować. Historia naszych relacji międzynarodowych tych z ubiegłego wieku i aktualnych musi wybrzmieć. Nie bójmy się tej rozmowy. Im więcej głosów, tym lepiej. Dyskutujmy, spierajmy się, myślmy. Nikt za nas tego nie zrobi.

Linki do tekstów krytycznych:

https://www.rp.pl/Felietony/310109916-Kowal-Nie-klaniac-sie-geopolityce.html

https://nowakonfederacja.pl/przeciw-geopolityce/

http://www.eastbook.eu/2018/10/05/polski-realizm-chlodna-kalkulacja-czy-strzal-w-stope/

https://konserwatyzm.pl/rozmowy-malzenskie-wielomskich-19-jacek-bartosiak/

https://www.facebook.com/jakub.wiech.mikroblog/posts/404781123388717?hc_location=ufi

http://jagiellonia.org/targowica-xxi-wieku-dr-jerzy-targalski-alarmuje-oboz-rosyjski-w-polsce-konsoliduje-sie/

https://www.facebook.com/witold.jurasz.16/posts/975550575965319?hc_location=ufi

https://www.facebook.com/pg/Piotr-Maciążek-mikroblog-108453882585220/posts/?ref=page_internal