Taniec w maskach

Talchum, to tradycyjna, koreańska forma teatralna, polegająca głównie na tańcu. Skryci za kolorowymi maskami aktorzy, opowiadają historię przeplatając ją na zmianę tańcem, dialogiem i piosenką. Sztuka ta swój początek wzięła z szamanizmu, różnorakich rytuałów mających przywoływać moc bóstw, bądź chronić przed działaniem demonów. Z czasem, talchum stał się wśród niepiśmiennego plebsu sposobem na przekazywanie historii, kontestację życia, krytykę struktur społecznych, polityki itp. Zawsze kolorowy, głośny, efektowny, hipnotycznie fascynujący i bezbłędnie sprzedający opowieść.

Tak też postrzegam spotkanie przywódców dwóch Korei w dniu 27 kwietnia 2018 roku. Krwawego satrapę, przywódcę Północy – Kim Dzong Una, oraz miłującego demokrację Moon Jae-in`a, prezydenta Południa. Dwóch, skrytych za maskami aktorów dających pokaz dla światowej publiki. Panowie spotkali się na linii demarkacyjnej, od 65 lat dzielącej kraj na dwa odrębne, wrogie sobie byty. Historia Korei choć tragiczna, nie stanowi szczególnego ewenementu w wydarzenia XX wieku, zwłaszcza w Azji. Położony nieco dalej Wietnam przechodził podobną drogę, podzielony zresztą według takiego samego wzoru, walczącą na śmierć i życie komunistyczną północ i demokratyczne południe (przynajmniej nazwą). Tamta wojna, stanowiąca głęboką traumę dla całego pokolenia Amerykanów, była jedynie cieniem o dekadę wcześniejszej wojny koreańskiej. Wojny, która pochłonęła ponad dwa miliony istnień. Która formalnie trwa do dzisiaj.

Korei Północnej poświęciłem na tej stronie dwie publikacje (03.09.2017 i 03.11.2017), gdzie tak jak wszyscy w owym czasie zastanawiałem się nad możliwymi skutkami i konsekwencjami eskalacji powodowanej kolejnymi próbami rakietowymi i atomowymi prowadzonymi przez reżim w Pjongjangu. USA miały tylko dwie możliwości rozwiązania problemu, bo pozostawienie atomu w rękach Kima nigdy nie wchodziło w grę. Pierwsza opcja to jakąś forma interwencji militarnej czy to poprzez całkiem prawdopodobne użycie lotnictwa i rakiet, czy też już znacznie trudniejszą inwazję lądową. Amerykanie wiele czasu poświęcili na budowanie sojuszu wokół takiego planu, ale ostatecznie ich słabnąca pozycja geopolityczna nie skłoniła sojuszników do oczekiwanego zaangażowania. Rozwiązaniu siłowemu przyklasnęła co prawda Japonia, ale już nie Korea Południowa, co było dużym zaskoczeniem. Zagrały tutaj różne czynniki, ale przede wszystkim – wstrząs polityczny w Seulu spowodowany impeachmentem dotychczasowej, skompromitowanej prezydent Park Geun-hye. Bez wsparcia południowców, jakakolwiek niesprowokowana bezpośrednim atakiem reakcja Amerykanów byłaby niemożliwa do przeprowadzenia. Pozostała więc presja ekonomiczna i dyplomatyczna. Ponieważ jednak KRLD (Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna) od dawna objęta jest sankcjami, a stosunki dyplomatyczne utrzymuje tylko z kilkoma państwami, pole manewru było bardzo ograniczone.

Od dłuższego czasu wiadomo, że reżim Kima jest potajemnie wspierany zarówno przez Pekin jak i Moskwę. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ dla obu mocarstw korzystnym jest, by Amerykanie trwonili swoje siły i środki na w gruncie rzeczy niewiele znaczącego (w globalnej polityce) watażkę. Dla Rosjan prawdziwa rozgrywka toczy się na Bliskim Wschodzie i w Europie, a dla Chińczyków priorytetem są projekty ekspansji Belt&Road oraz umocnieniu pozycji na Morzu Południowochińskim i drodze przez Ocean Indyjski (tzw. string of Pearls). Przynajmniej tak było do pewnego momentu. Po pierwsze, Kim Dzong Un zaczął licytować bardzo wysoko prowokując do ataku Amerykanów. Wystrzeliwanie rakiet balistycznych nad Japonią zjeżyło włosy na głowie nie tylko w tym kraju, ale też we wszystkich pozostałych w regionie nie wyłączając Chin. Po drugie, to czego Pekin potrzebuje dla swoich planów, to spokój i budowanie sojuszy. Wybuch wojny z KRLD doprowadziłby do zachwiania równowagi, oraz zmusił Chiny do interwencji (tak jak w 1951 roku). Po trzecie, gdyby Pekin nie przystąpił do wojny, Amerykanie by ją wygrali (to jasne). A skoro tak, to cały Półwysep Koreański stałby się ich strefą wpływów. To z kolei mogłoby przekreślić jakiekolwiek plany integracji Tajwanu, czy wspomnianego Morza Południowochińskiego. Bez panowania na tym obszarze, Chiny nie mogą ekspandować na zachód drogą morską, ani importować z tego kierunku surowców i tak można by jeszcze wyliczać. Dlatego sytuacja wymagała pilnego uspokojenia. Zwłaszcza, że Amerykanie zaczęli swoją wojnę handlową niejako mobilizując Chińczyków do działania. Dlatego pod koniec marca 2018 roku Kim Dzong Un odbył swoją pierwszą zagraniczną podróż, potajemnie odwiedzając w Pekinie Xi Jinpinga.

Co zostało tam dokładnie powiedziane i ustalone, nieprędko się dowiemy. Dostaliśmy oficjalne oświadczenia, a także mniej oficjalne przecieki (Chiny powiadomiły USA o spotkaniu) ale to tylko fragment prawdy. Kim przyjechał do Pekinu po pozwolenie na deeskalację i gwarancje bezpieczeństwa. Gdyby ich nie otrzymał, zostałby sam i wrócił jak gdyby nigdy nic do domu. Skoro jednak strony osiągnęły porozumienie, o wizycie poinformowano media. I tak dochodzimy do spotkania na granicy dwóch Korei. Spotkania nasyconego symboliką.

Okrągła rocznica, przywódca Północy w czarnej limuzynie otoczony wianuszkiem rosłych ochroniarzy. Uścisk dłoni i przekraczanie granicy przez obu panów. Och! Pierwszy przywódca Południa postawił stopę na północy. Ach! Pierwszy dyktator Północy odwiedził południe. Wspólne sadzenie drzew, pokój i miłość, nowa era. Denuklearyzacja półwyspu – powtarzane niczym magiczne zaklęcie przez setki reporterskich ust. Tak jakby dziesięciolecia okupionych nieprawdopodobnym wysiłkiem badań miały zostać nagle wyrzucone przez okno. W chwili gdy Korea Północna nie tylko ma własną broń atomową ale też środki jej przenoszenia. Gdy dysponuje najmocniejszym w świecie immunitetem. Nie dziwmy się więc, że gdy już osiągnięto cel, łaskawie postanawia wstrzymać dalsze próby rakietowe i zamknąć ośrodek badań atomowych pod górą Mantap, która przecież i tak uległa częściowemu zawaleniu w wyniku ostatniej próby we wrześniu 2017 roku.

To prawda, że Kim doszedł w swej polityce do ściany. Kraj przyciśnięty jest sankcjami, relacje gospodarcze z Chinami bardzo mocno ograniczono i nie pozostały już żadne krajowe rezerwy do wykorzystania. Jednocześnie Trump stanął przed wyborem poświęcenia całej militarnej przewagi USA na walkę w wojnie, którą natychmiast wykorzystają pretendujący do zmiany globalnego porządku konkurenci. Deeskalacja jest więc chwilowo na rękę obu stronom. Ale nie możemy zapomnieć, że problem pozostaje.

Północnokoreański reżim ma na swoim koncie niezliczone ofiary. Od lat prowadzi obozy koncentracyjne, dokonuje masowych egzekucji. Sam najwyższy przywódca zlecił niedawno morderstwo swojego przyrodniego brata. Spójrzmy więc prawdzie w oczy. Bestia nie stanie się nagle gołąbkiem pokoju, to tylko przywdziana na potrzeby przedstawienia maska. Wszystkie gesty i zapewnienia podczas tego kwietniowego spotkania są tylko symbolami. To tylko teatr dla mas. Amerykanom zależy na denuklearyzacji, ale w praktyce trudno podejrzewać by nawet osiągnąwszy ten cel, zrezygnowali z obalenia ustroju Korei Północnej. Z kolei jak pokazuje historia, zjednoczenie kraju może odbyć się tylko w jeden sposób – poprzez aneksję słabszej części. Tak było ze zunifikowanym w wyniku wojny Wietnamem, tak było z pokojowo pokonanym NRD, tak będzie kiedyś z Koreą i to raczej nie za życia Kim Dzong Una. Co więcej, dopóki istnieje zagrożenie z północy, dopóty wojskowa obecność USA na półwyspie jest uzasadniona. A to ważny przyczółek w regionie. Nie ma więc obecnie szans ani na realną denuklearyzację, ani na zjednoczenie. Owszem, rozmowy na ten temat będą prowadzone. Czemu nie, w końcu ewentualne negocjacje zajmą lata a w tym czasie powróci handel, osłabną sankcje. Skończy się okres kija, a zacznie marchewki. Do następnego razu gdy dźwignia Korei znów będzie potrzebna Chinom do wywarcia presji na USA (lub odwrotnie). Tak już było wcześniej choćby w 2000 i 2007 roku.

Wspomniany na wstępie talchum to teatr pełen symboli, niech więc puentą będzie, że sztuka ta swój historyczny początek bierze właśnie na górzystej koreańskiej północy.