Sztorm dyplomatyczny

Dyplomacja nie jest łatwą dziedziną. W uproszczeniu, chodzi w niej przecież o godzenie dwóch przeciwstawnych sobie stron. O osiąganie maksymalnie korzystnych efektów minimalnymi kosztami, a jeśli to niemożliwe, przynajmniej utrzymanie równowagi. W zupełnej ostateczności, służy ona minimalizowaniu kosztów lub skali porażki. Z punktu widzenia relacji międzypaństwowych to handel, ze wszystkim jego blaskami i cieniami. Wymaga więc od osób ją uprawiających rozbudowanych zdolności analitycznych i interpersonalnych, inteligencji, zdecydowania, intuicji i stalowych nerwów, a także szerokiej wiedzy. Żyjąc w czasach stabilnego, światowego ładu gwarantowanego dominacją sojuszu euroatlantyckiego, łatwo można było zapomnieć, że dyplomacja to nie tylko sprawne posługiwanie się sztućcami na bankietach, że bywa też bronią. Zabójczym orężem decydującym o tym kto wygra, a kto przegra starcie jeszcze przed pierwszymi armatnimi salwami. A taka właśnie dyplomatyczna walka rozgorzała w ostatnim czasie.

Więcej nawet, w epoce absolutnej globalizacji przenikanie się dziedzin nie dotyczy tylko geografii, ale każdego aspektu życia co czyni agresywną walkę o własne interesy wyjątkowo trudną. Ta bezpardonowa, wszechogarniająca batalia nie objawia się tylko w sposobie naszego działania wobec innych (czy vice versa) jak np.: Zachodu* wobec tych co „na zewnątrz”** ale też pomiędzy poszczególnymi członkami sojuszu. Wiadomo przecież o fundamentalnych różnicach poglądów pomiędzy USA, a Unią Europejską (Francją i Niemcami w szczególności), ale też nie lepiej wygląda sprawa na forum NATO. Czasami nawet sytuacja wewnętrzna poszczególnych państw, jak choćby chaos związany z brexitem, irredenta w Hiszpanii czy społeczne niepokoje francuskiej ulicy. Konflikt z jakim mamy do czynienia jest więc podobnie interdyscyplinarny, wszechogarniający, a przez to sięgający głęboko do wnętrza, przez wszystkie grupy społeczne i ich codzienne życie. Przez politykę krajową, po rodzinne dyskusje przy obiedzie.

Abstrahując od tego gdzie każdy z nas upatruje przyczyn obecnego kryzysu relacji międzynarodowych i konfliktu między multilateralizmem a unilateralizmem (światem politycznie wielobiegunowym, a jednobiegunowym), niezaprzeczalny fakt jest taki, że dyplomacja stała się dzisiaj zawodem arcytrudnym i jednocześnie acryważnym. Zbyt wiele rzeczy dzieje się równocześnie na świecie i zbyt dynamicznie zachodzą zmiany, by dotychczasowe środki prowadzenia polityki zagranicznej były wystarczające do osiągnięcia sukcesu. W środowisku niepewnych, ciągle odwracających się sojuszy, sprzecznych interesów, majaczących za rogiem zagrożeń i przenikających się sfer polityki i gospodarki, każdy błąd, każde mylne odczytanie sygnałów i trendów skończyć się może tragicznie. Nie tylko dla danego dyplomaty, ministra, czy rządu ale przede wszystkim dla całego kraju. Różnica jest taka jak między pływaniem w basenie, a pływaniem we wzburzonym morzu. Basen to określona, kontrolowana przestrzeń z czujnym ratownikiem na pozycji, nie bojącym się dyscyplinować pływających. Morze, to żywioł gdzie każdy zdany jest na własne siły. Nawet jeśli gdzieś na plaży jest ratownik, to jego obecność jest tym mniej znacząca, im gorszą mamy pogodę. Im wyższe fale i silniejsze prądy, tym fatalniej skończyć się może brak doświadczenia, mądrego gospodarowania siłami albo otwarcie ust w złym momencie. A my pływamy właśnie w morzu, podczas sztormu.

Piszę o tym nie bez przyczyny. W ciągu ostatnich czterech lat słyszeliśmy naprawdę wiele krytycznych komentarzy na temat polskiej polityki zagranicznej. Jej powtarzająca się chaotyczność i nieporadność za kadencji ministra Witolda Waszczykowskiego, sabotowała naszą pozycję negocjacyjną i uniemożliwiała osiągnięcie skądinąd rozsądnie wyznaczonych celów. Nakładający się na tę niezgrabność brak spójnej taktyki i koordynacji działań (zwłaszcza między rządem a większością sejmową, pojedynczymi politykami i ośrodkami władzy wykonawczej) i w związku z tym zdolności skupienia na celach, czy minimalizowania skali porażki, przyćmiewały zaś nawet te sprawy, w których w ramach tejże kulejącej współpracy odniesiono sukces (szczyt NATO w 2016, czy niestałe członkostwo w RB ONZ). Bardzo źle rokowało to na przyszłość, zwłaszcza w kontekście dynamicznie postępującego rozpadu porządku światowego. Sprawy jednak przyjęły nieco bardziej optymistyczny obrót po zmianie na stanowisku premiera oraz szefa MSZ, co przełożyło się też na lepszą współpracę z prezydentem, który dotąd jako jedyny (w rozumieniu osoby jak i kancelarii) prowadził przemyślaną politykę zagraniczną z konsekwencją i sprawnością. Ta lepsza współpraca szybko przełożyła się na większy spokój i spójność prowadzonych działań i to mimo rozpoczęcia „skokiem na głęboką wodę” – kryzysu w relacjach z Izraelem zapewnionego przez poprzedników oraz Sejm.

Niemniej, same tylko zmiany osobowe wystarczyły by odzyskać nieco kontroli nad wydarzeniami, ale nadal jest to zbyt mało by faktycznie ustalać zasady gry. Przede wszystkim, nawet najsprawniejszy dyplomata nie będzie w stanie przeskoczyć „technologicznej” bariery w sposobie prowadzenia spraw międzynarodowych. Stąd uważam, że mimo uzasadnionych powodów do krytyki naszej dyplomacji, dużo jednak było w tych połajankach niepotrzebnych emocji i bicia medialnej piany. Nie jest tak, że zawsze potykamy się o własne nogi. Uważam, że przyda nam się uczciwa i w miarę możliwości konstruktywna dyskusja na temat naszych działań dyplomatycznych jako punkt wyjścia do szerszego spojrzenia geopolitycznego, a nie propagandowe połajanki.

Dlatego daleki byłem od podnoszenia larum gdy gruchnęła wieść o bliskowschodniej konferencji współorganizowanej przez USA w Polsce. Cała sprawa wyglądała na kolejną taktyczną wpadkę, sugerowała brak przygotowania strony polskiej, a co za tym idzie rodziła podejrzenia o nadmierny serwilizm wobec senioralnego sojusznika. Ewidentnie też, planowana od (jeśli wierzyć MSZ) kilku miesięcy konferencja została celowo konfrontacyjnie ogłoszona przez sekretarza stanu Mike’a Pompeo bez koordynacji z Polską. Zrobił to zresztą w sposób, który wydaje się być celowym działaniem obliczonym na alienację Iranu z jednej strony, a z drugiej pozbawieniem Polski możliwości manewru dyplomatycznego (np.: poprzez deklarowaną neutralność wobec konfliktu bliskowschodniego). Bez wątpienia Amerykanom zależy na jednolitym froncie państw antyirańskich, który być może byłby też zdolny do konfrontacji zbrojnej. Taka gotowość w połączeniu z presją dyplomatyczną i sankcjami powinna być w ich odczuciu wystarczająca do wzięcia w karby teokrację ajatollahów. Tyle, że wszelkie próby pokojowego zaduszenia Persów nie mają szans powodzenia tak długo jak istnieje wobec nich opozycja wśród sojuszników USA, nie godzących się na zerwanie tzw. porozumienia nuklearnego. Tych jest wielu, z Unią Europejską na czele. A posuwają się przecież nawet tak daleko, że próbują omijać amerykańskie sankcje. Dlatego Amerykanie instrumentalnie wykorzystują Polskę do obliczonych pod szerokie audytorium demonstracji politycznych, niezależnie od tego w jak niezręcznej sytuacji tym samym stawiają naszych dyplomatów. W zaistniałych okolicznościach szybka reakcja MSZ polegająca na tonowaniu nastrojów (zapewnienie o neutralności, wizyta w Teheranie itd.) była właściwa. Choć ewidentnie nie zdążyliśmy przygotować gruntu pod rzeczoną konferencję na forum unijnym. Ale reaktywne gaszenie pożarów to za mało by poradzić sobie na dłuższym dystansie, to przecież tylko jeden przykład z potencjalnej miriady ciągłych wyzwań jakie nas czekają.

https://www.codepink.org/europe

Wiele powtarzających się komentarzy dotyczących tej sytuacji, kwestionowało też sens poddawania się dyktatowi USA, czy też wskazywało na koszty pogorszenia relacji z Iranem. Niby Amerykanie są naszymi sojusznikami ale czemu mamy pełnić rolę uległego „wasala”? To uwłaczające – pisali niektórzy.

Pomijając już wszelkie oczywistości płynące z faktu przynależności do świata Zachodu, krytycy wydają się zapominać, że państwa nie mają emocji. Państwa nie mają przyjaciół i nie da się też ich obrazić. To czy chcemy wskazywać na przyjaźń z jakimś narodem, czy też chcemy dać się obrazić przez inny, to tylko podlegające świadomemu zastosowaniu narzędzia do osiągnięcia celu. A naszym celem jest polska racja stanu: zapewnienie bezpieczeństwa państwa. Jego przetrwania, niezależności, integralności i swobody handlu. Dlatego, w tej chwili nie istnieje żadna realna alternatywa dla naszego postępowania.

Przeciwnie, w zaistniałej sytuacji naszą krótkoterminową taktyką jest ścisły sojusz z USA. A pardon dosłowność, ale Iran nie stanowił i nie stanowi dla nas jakiegokolwiek partnera czy to handlowego, czy tym bardziej politycznego. Nawet jeśli były szanse na budowę relacji gospodarczych, to zmuszani jesteśmy do wyboru na podstawie faktów „tu i teraz”, a nie miraży przyszłości. Dzieje się tak z kilku przyczyn. Zaniedbania ostatnich kilkunastu lat pozostawiły nasze siły zbrojne, ustawodawstwo i administrację w pozycji absolutnego braku przygotowania do konfliktu zbrojnego toczącego się bądź to na naszym terytorium, bądź w jego bezpośredniej bliskości. Przy gwałtownym rozwoju technologicznym, nowego typu wojny, liczba pól na których nie trzymamy tempa stale się zwiększa. Tymczasem teoretyczne perspektywy wybuchu konfliktu zbrojnego w krótkiej perspektywie czasowej (czyt. kilku lat) są dziś większe niż dajmy na to, w 1981 roku. W kategoriach czysto międzypaństwowych, największe od 1945. Doskonale rozumiem, że dla zdecydowanej większości moich czytelników, takie stwierdzenie może wydawać się co najmniej kontrowersyjne, nawet pomimo rzeczywistej wojny toczonej w sąsiednim kraju. Niemniej należy brać rzeczy takimi jakie są. Nie jesteśmy już w stanie przygotować się do konfrontacji w czasie jaki nam do jej teoretycznego wybuchu pozostał. Według podawanych przeze mnie kalkulacji, opartych o ogólnie dostępne dane (patrz. „Jutro wojna”) największe mocarstwa osiągną zdolność do prowadzenia pełnoskalowego konfliktu mniej więcej w latach 2020-2021. Drugorzędną sprawą jest, czy faktyczny ograniczony w zasięgu geograficznym konflikt zbrojny między NATO a Federacją Rosyjską, byłby tej ostatniej na rękę. Czy tez potencjalne koszty i ryzyko z tym związane można by traktować w kategoriach militarnego samobójstwa. To co się liczy to realna możliwość takiego działania, ponieważ już tylko uprawdopodobniona faktami perspektywa jest w stanie realnie wpływać na politykę innego państwa. Stacjonowanie Pierwszej Gwardyjskiej Armii Pancernej na przedmieściach Moskwy to zupełnie co innego, niż jej rozmieszczenie pod Smoleńskiem, albo w Brześciu nad Bugiem. Trzeba mieć świadomość, że w przypadku braku adekwatnych środków obrony i rozpadu jedności Zachodu, taki scenariusz mógłby np.: doprowadzić do przewrotu politycznego w Polsce i dojścia do władzy środowisk koncyliacyjnych wobec Moskwy, co samo w sobie może być wystarczające do tzw. „finlandyzacji”*** Polski i osiągnięcia strategicznych celów FR bez jednego wystrzału.

fot. PAP/ Darek Delmanowicz

I z tego nasi decydenci doskonale zdają sobie sprawę. Nie tylko oni. W lutym 2019 roku pojawiły się informacje o zakupie przez Amerykanów izraelskiego, rakietowego systemu „Iron Dome”. Ma być on przetestowany pod kątem przydatności dla zadań amerykańskich wojsk. Jednak zasadniczym parametrem decydującym o jego zakupie był krótki czas realizacji zlecenia. ID to narzędzie pozwalające przechwytywać nieprzyjacielski ostrzał rakietowo-artyleryjski za pomocą licznych kontrrakiet, o zasięgu do 70km. Żelazna Kopuła może być stosowana do osłony miast, a także (co nasuwa się samo) zgrupowań wojsk. Taki system bardzo przyda się choćby jednostkom amerykańskim stacjonującym w Europie. Te, w oparciu o rekordowy budżet przyznany przez Kongres, do 2020 roku powinny odtworzyć swoją zdolność bojową, ale jeszcze wiele lat minie nim ich przewaga technologiczna i liczbowa na powrót przeważy nad zdolnościami przeciwników. Podobne plany reformacyjne zakończą się w tym samym czasie w Rosji i Chinach. Żadne z tych dwóch mocarstw, z przyczyn zupełnie obiektywnych, nie zapewni nam gwarancji pokoju lub stabilności. Przede wszystkim FR jest naszym geopolitycznym wrogiem i nie sposób od tej konstatacji dzisiaj uciec. Chiny natomiast, są ciągle jeszcze pozbawione możliwości projekcji siły w naszym regionie i zbyt daleko by równoważyć rosyjskie zagrożenie i pozostawioną przez USA próżnie bezpieczeństwa. Jednocześnie Unia Europejska, mimo wielkiego łącznego potencjału jaki w niej tkwi, nie posiada dzisiaj realnych zdolności obronnych. Nie może więc być gwarantem bezpieczeństwa. Tym bardziej jeśli szereg państw wspólnoty cały czas traktuje Kreml na zasadach partnerskich, mimo długoletniego zaangażowania Rosji w konflikt w Donbasie. Rzeczywistość jest więc taka, że póki trwa osiąganie naszej samodzielności wojskowej, potrzebny jest nam zewnętrzny gwarant bezpieczeństwa. Każdy dzień odwlekający koszmarną perspektywę nieuchronnego konfliktu jest nam na rękę, bo kupuje czas potrzebny na budowę własnych kompetencji. Jeśli ceną za to jest zwiększone ryzyko zamachów terrorystycznych (choć to salaficki sunnizm za nie odpowiada, a nie szyici), to przepraszam za dosłowność – trudno. W kraju tak homogenicznym jak Polska skala zamachów będzie zawsze ograniczona, nie wpłynie też negatywnie na relacje społeczne tak jak dzieje się to w krajach zachodu Europy (napięcia na tle narodowościowym i religijnym). Nie ma też tak dużego potencjału destabilizującego politycznie. Póki co, będąca u władzy opcja polityczna neutralizuje wszelkie ruchy radykalnie prawicowe przejmując część ich postulatów (np.: deklarowana postawa antyimigrancka), które w następnej fazie ulegają politycznemu rozmyciu (wbrew deklaracjom). Polityka naszego kraju w tej materii nie uległa specjalnej zmianie, jako jedyny jej „radykalny” emblemat pozostawiając spór z Unią Europejską na temat kwot rozdziału imigrantów. W pozostałym zakresie, liczba wydawanych wiz dla obywateli krajów pozaeuropejskich (także muzułmańskich) stale rośnie.

Wracając do tematu. Nie można też wyśmiewać i zamykać oczu na fakt, że Polska stara się budować swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Pierwszy raz od dawna, z własnej inicjatywy staramy się zabierać głos w istotnych dla świata kwestiach. Co nie często zdarzało się w ciągu ostatniej dekady. Co ważne, nie poprzestajemy tylko na reaktywnym przyłączaniu się do takiej czy innej grupy interesu ale próbujemy też proponować własne rozwiązania. To trzeba docenić i pamiętać o jednym. Taka Polska taktyka jest zaskoczeniem nie tylko dla naszych rodzimych krytyków ale też dla społeczności międzynarodowej. Zwłaszcza po marnym medialnie okresie od drugiej połowy 2015 do początku 2018 roku. Tych strat wizerunkowych nie sposób odrobić w krótkim czasie. Poza tym, aktywna polityka Polski i prowadzenie jej w sposób zgodny z naszymi interesami automatycznie oznacza wchodzenie w konflikt z celami innych państw. To naturalne, dlatego nie dajmy się ogłupiać krytyce płynącej z zagranicy, próbującej te nasze starania ośmieszać lub dezawuować.
Nie było nic śmiesznego w propozycjach zgłaszanych przez ministra Czaputowicza, w sprawie tzw. backstopu, mechanizmu określającego zasady pozostania Irlandii Północnej w strefie Schengen, przy jednoczesnym opuszczeniu wspólnoty przez Wielką Brytanię.
Taka inicjatywa była konsekwencją przyjęcia przez Polskę roli mediatora między Londynem a Brukselą. To oczywiście nie podoba się tej ostatniej, bo teoretycznie łamie jednomyślność wspólnoty, realnie jednak stanowi jakąś alternatywę dla sytuacji całkowicie patowej. Przy czym legendarna unijna jedność od dawna jest już tylko romantycznym wspomnieniem. Trzeba pamiętać, że z punktu widzenia UE, żaden koszt nie jest zbyt wysoki by dać nauczkę tym, którzy chcieliby opuszczenia wspólnoty. Dlatego Wielka Brytania ma zapłacić srogą cenę. Czego unijni negocjatorzy nie chcą dostrzec, to jak głęboki kryzys wewnątrz Zjednoczonego Królestwa przełoży się na architekturę bezpieczeństwa w Europie. Co może przynieść załamanie państwa, które jest jednym z dwóch zachodnioeuropejskich posiadaczy broni atomowej, dysponuje pokaźną flotą i jest w stanie choćby w ograniczonym zakresie ale jednak rzeczywistym – prowadzić działania militarne poza swoimi granicami. Kryzys polityczno-gospodarczy, który towarzyszyć będzie twardemu brexitowi, na wiele miesięcy wyłączy Londyn z polityki międzynarodowej, paraliżując decyzyjność. To zaś zwiększa dystans dzielący nas od USA (którego WB jest najbliższym sojusznikiem) i automatycznie zmniejsza nasze bezpieczeństwo. Bruksela jak dotąd zupełnie ten fakt ignoruje, nie proponując żadnych rozwiązań zastępczych i stąd różnice zdań. Wręcz przeciwnie, działania Niemiec w zakresie budowy gazociągu NordStream 2 tylko pogarszają sytuację w naszym regionie. Z chwilą uruchomienia gazociągu, ustanie tranzyt przez Ukrainę, a następnie pewnie przez Polskę. Dlatego inicjatywa min. Czaputowicza stanowi szukanie drogi do przerwania impasu. Każda propozycja i każda szansa, której w tej chwili możemy się chwycić warta jest próby. Tym bardziej, że wcale nie jesteśmy skazani na porażkę.

Dobrym przykładem stanowczych działań dyplomatycznych była sytuacją związana z próbą odwołania konsula Sławomira Dębskiego z placówki w Norwegii. Norweski rząd próbował wpłynąć na nasze władze w taki sposób by odwołały niewygodnego dla nich dyplomatę z powrotem do Warszawy. Towarzyszyła temu kampania medialna (głównie rodzima) połączona z próbami ośmieszania naszej polityki zagranicznej. Koniec końców, konsul odwołany nie został, ponieważ od wielu lat dobrze wypełniał swoje obowiązki udzielając się w obronie polskich obywateli prześladowanych przez Barnevernet (norw. Urząd ds. Dzieci). Sęk w tym, że urząd ten był wielokrotnie krytykowany przez inne kraje i stanowi też przedmiot badań na forum unijnym. Dlatego nasza reakcja choć adekwatna, nie wymagała od MSZ szczególnie dużego wysiłku. (edit: I to mimo późniejszego uznania polskiego konsula za persona non grata, co spotkało się z symetryczną odpowiedzią).

Inaczej niż w sprawie wspomnianego wcześniej Nordstream2, gdzie skomplikowana i wielopłaszczyznowa polityka była w stanie zdezorientować nawet co bardziej doświadczonych publicystów i pokrzyżować nam plany mimo, że robimy wszystko co tylko jest możliwe by osiągnąć własne cele. Dzierżąca europejską prezydencję Rumunia podjęła próbę wprowadzenia dyrektywny unijnej mającej poddać NS2 kontroli i zasadom konkurencji obowiązującym we wspólnocie. Oznaczałoby to albo zablokowanie projektu (z uwagi na strukturę własności, np.: dostawca i producent musi stanowić dwa odrębne podmioty), albo poważne jego opóźnienie. Prędko okazało się, że przeciwni tej noweli Niemcy nie będą w stanie stworzyć mniejszości blokującej w głosowaniu, co pozwoliłoby przeciwnikom NS2 (czyli głównie Polsce i Rumunii wraz z sojusznikami) na przyjęcie skrajnie niekorzystnej dla niemieckich interesów wersji. Wobec powyższego, ściśle współdziałający z Berlinem Paryż wystąpił z nieoczekiwaną inicjatywą. Francuzi dołączyli do koalicji państw przeciwników NS2 proponując jednakże istotną modyfikacje zapisów, łagodzącą projekt dyrektywy. Tym jednym fortelem, Francuzi pozwolili zachować Niemcom twarz (perspektywa prestiżowej przegranej w głosowaniu) i zminimalizować skalę porażki (złagodzić dyrektywę). Oczywiście, taki kompromis odpowiadał też państwom mniej zdecydowanym, bo z jednej strony dawał Polsce i Rumunii to czego chciały (przy czym oficjalnie utrzymywał solidarność Europy Środkowo-Wschodniej), a z drugiej nie antagonizował Niemców (skoro sami poparli dyrektywę, nie mogli mieć tego za złe innym). W takiej sytuacji, Polska nie mogła już liczyć na więcej, dlatego musiała przystać na to pyrrusowe zwycięstwo, mimo że proponowana treść daleka była od tego co chcieliśmy osiągnąć. Gazociąg poddany będzie unijnej kontroli ale tylko w jego części europejskiej, a sama decyzja na temat jego zgodności z unijnym prawem leżeć będzie w rękach niemieckich urzędników. Jedynym krajem przeciwnym treści rezolucji była Bułgaria, której akurat taki zapis dyrektywy był nie w smak w kontekście planowanej odnogi rosyjsko-tureckiego gazociągu TurkStream. Cała sytuacja to świetny przykład na to, jak mimo najlepszych starań i koordynacji, nasze (wyglądające na pewne) zwycięstwo, zniweczone zostało sprytnym politycznym zagraniem w ostatniej niemal chwili. Bo to, że Francja działała nie przeciw ale w ścisłym porozumieniu z Niemcami jest dla mnie oczywiste, niezależnie od tego jaką narrację starano się „sprzedać” medialnie by przykryć ten fakt.

https://medium.com/@rbehrouzdo/the-warsaw-affair-28e39af98b48

Na powyższych przykładach wyraźnie widać jak wielkie znaczenie mają narzędzia prowadzenia polityki międzynarodowej. Do pewnego stopnia, analitycy MSZ, poszczególni sekretarze i wiceministrowie, są w stanie w miarodajny sposób odpowiadać na wyzwania polityki międzynarodowej jeśli tylko trzymają rękę na pulsie. Nic to jednak nie da, gdy gra toczy się na wielu polach jednocześnie. Dla przykładu, w pierwszych dniach lutego 2019 roku Europą wstrząsnęła afera związana z ubojem chorych krów w jednej z polskich rzeźni. Mięso tychże sprzedawane było nie tylko w Polsce, ale w dużej mierze szło na eksport. Choć wszystko zaczęło się od programu telewizyjnego w jednej z polskich stacji, w bardzo krótkim czasie temat podjęły najwyższe władze państwowe we Francji czy Niemczech, a nawet stała się ona przedmiotem interwencji Komisji Europejskiej. Polska jest trzecim największym eksportem mięsa wołowego w Europie (po Holandii i Irlandii, a przed Niemcami i Francją) pod względem wartości sprzedaży. Podobne historie z rzeźniczymi nadużyciami zdarzały się też w innych europejskich krajach, ale trudno mówić by towarzyszył im podobny szum medialny. W takim przypadku same działania ministerstwa rolnictwa mogą być niewystarczające. Podobnie było z głośną w początku roku afera z ASF i rekomendacją odstrzału znacznej liczby dzików (choć podobne działania zrobiono w Niemczech i przychyla się do nich także Komisja Europejska). Co w dłuższej perspektywie ma uratować polski rynek mięsa wieprzowego przed całkowitą zapaścią. Tego typu sytuacje powtarzają się ciągle od nowa i to nie tylko w Polsce. Tam gdzie nie występują określone grupy interesów (np.: konkurencja wśród producentów, grup medialnych jak stacje telewizyjne czy politycznych jak partie lub kraje, a nawet określonych grup społecznych), których stan posiadania mógłby być danym działaniem w taki czy inny sposób zagrożony, tam najczęściej chodzi o podsycanie niepokojów społecznych. Najczęściej są to działania medialne i finansowanie „grup protestu” zapewniane przez zewnętrzne ośrodki siły. W naszym regionie najczęściej chodzi oczywiście o Federację Rosyjską. Niestabilność społeczeństw to chaos, a chaos to paraliż ośrodków decyzyjnych państwa, jego podatność na sztucznie wykreowane działania, a dalej wpływ na politykę wewnętrzną i zewnętrzną (poprzez tzw. zarządzanie kryzysem). Takie sztuczne twory-wydarzenia, mogą być korzystne dla państw, które są naszymi przeciwnikami politycznymi i chętnie podchwytują niekorzystną dla nas narrację (albo po prostu korzystną dla nich). Na raz, nie musimy się mierzyć jedynie z kryzysem wewnętrznym, ale także zewnętrznym. Podłożenie nam naszej polskiej świni, choćby i dzikiej, staje się nagle świnią międzynarodową. Reasumując, zagrożenia z jakimi mierzą się dzisiaj rządy wywodzą się z tak wielu źródeł i mają na tyle szerokie spektrum oddziaływania, że niemożliwe jest skuteczne im przeciwdziałanie w oparciu o tylko jedną instytucję. Czy to będzie dane ministerstwo, służba specjalna, czy nawet ośrodek analityczny.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych z uwagi na polską rację stanu jest dzisiaj najważniejszym ministerstwem ze wszystkich. Powinno być ponad wszystkimi, z ministrem w randze wicepremiera bezpośrednio koordynującym pracę z premierem, by jasne było, że pozostali ministrowie winni są zaoferować swoje pełne wsparcie i współpracę. Dopóki tak się nie stanie trudno wymagać od MSZ pełnej skuteczności działania. Co więcej, w naszym systemie politycznym, gdzie nad racją stanu górę biorą małostkowe przepychanki między poszczególnymi partiami czy politykami, konieczne są dodatkowe narzędzia. Jednym z największych bolączek w prowadzeniu skutecznej polityki zagranicznej państwa jest brak właściwego obiegu informacji, brak wystarczającej analizy i świadomości sytuacyjnej na każdym etapie postępowania. Wynika to nie tylko z ludzkich słabości, ale też braku spójnych mechanizmów działania w poszczególnych ministerstwach czy urzędach. Ważną analizę ktoś może przeczytać, lub po prostu wsadzić do szuflady. Ktoś inny nie przekaże istotnych zastrzeżeń od ambasadora zaprzyjaźnionego państwa. W rezultacie w Sejmie przegłosowana zostaje ustawa, która doprowadza do wielkiego kryzysu dyplomatycznego.

By temu zapobiec należałoby zastanowić się nad stworzeniem odpowiednich narzędzi. Dla przykładu, powołać centralny ośrodek koordynująco-analityczny (nazwijmy go roboczo COKA), podległy bezpośrednio premierowi i wpleść go w ujednolicony system decyzyjny wszystkich ministerstw. Analitycy COKA mieliby za zadanie na bieżąco śledzić sytuację międzynarodową, w każdym miejscu świata, zwłaszcza w zakresie działania naszych sojuszników lub przeciwników geopolitycznych. Z przetworzonych pod kątem korelacji z polską racją stanu informacji, sporządzano by cotygodniowo przekrojowe raporty wysyłane do każdego z ministerstw, a także szczegółowy przewidziany dla premiera i szefa MSZ. Każda sytuacja kryzysowa, wymagałaby koordynacji poprzez COKA, pełniącej rolę organizacyjną i informacyjną w rządowym obiegu informacji. Analitycy mieliby też prawo dostępu do danych wynikowych uzyskiwanych przez poszczególne ministerstwa czy instytucje, choćby pomniejsze ośrodki analityczne. Jeśli informacja jest bronią, to COKA byłoby niczym sztab armii. Przygotowywałoby strategie postępowania dla konkretnych typów zagrożeń i sytuacji. W tym w zakresie przeciwdziałania medialnego i informacyjnego (wygaszaniem kryzysów, uzyskiwaniem przewag narracyjnych, przygotowanie gruntu pod inicjatywy polityczne). Co ciekawe, bardzo wiele z tych zadań można wykonać w oparciu o tzw. dane statyczne. Czyli wszystko to co można uzyskać po prostu śledząc szum generowany w Internecie, przez prasę, media społecznościowe, ośrodki naukowe itp. Dokładnie tak jak to robią np.: nasi rodzimi geopolitycy, czy też niżej podpisany publicysta. Za pozyskiwanie informacji w sposób bardziej bezpośredni odpowiedzialne byłyby służby specjalne (tak jak to jest dzisiaj). COKA miałoby też swoje wydziały specjalistów od social marketingu i mediów, od protokołu dyplomatycznego, wojskowości, gospodarki, socjologów i psychologów. To wszystko obecnie istnieje, ale rozsiane jest po wielu ośrodkach i nie jest w żaden sposób koordynowane. Nie działa też w jednym łańcuchu decyzyjnym i nie jest w stanie wymieniać się informacjami. Koordynacja wszystkich ze wszystkimi w sprawach naprawdę istotnych, odciążyłaby pracę Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, przytłoczonej obowiązkami często dużo mniejszej wagi lub doniosłości. Tej roli nie spełniają ani departamenty spraw zagranicznych czy bezpieczeństwa narodowego w KPRM, ani podległy jej Ośrodek Studiów Wschodnich. Z powyższego wynika, że konieczne jest przeprowadzenie reformy administracji rządowej z ukierunkowaniem na sprostanie wyzwaniom XXI wieku. Taki ośrodek byłby też nieodzowny jako bezpiecznik w przypadku przejęcia władzy przez inną partię, która jak to często się u nas zdarza – posiadałaby nikłą świadomość sytuacji międzynarodowej. Ostatnia reforma centrum administracyjno-gospodarczego miała miejsce za rządów SLD-UP, w 1997 roku. Może warto się zastanowić nad jej aktualizacją.

Starajmy się więc patrzeć na naszą politykę zagraniczną nie tylko przez to jak inni chcieliby abyśmy ją widzieli, nie tylko przez to co powinna w danej sytuacji uzyskać, ale też ile się faktycznie dało. Na chwilę przed konferencją bliskowschodnią w Warszawie, pod auspicjami USA – przyda się nieco dozy geopolitycznego rozsądku. Nade wszystko, dość już bicia w bęben świętego oburzenia. Pewne rzeczy da się przewidzieć, a na pewne nie mamy wpływu. Na przykład na to, że mimo naszej neutralności, mocno antyirańską narrację wygłosi Benjamin Netanjahu. Tak jak to czynił niemal przy każdej okazji w ostatnim czasie.

*(ogólnie pojętego konstruktu państw europejskich i Ameryki Północnej wraz z sojusznikami)
** (Rosji, Iranu, Chin etc.)
*** finlandyzacja – określenie wymuszonej neutralności państwa będącego strefą buforową, etymologia pochodzi od statusu politycznego Finlandii w latach 1945-1991, rozdartej między NATO a ZSRR.

Data: 10-02-2019