Syryjski pokaz.

Nad ranem 14 kwietnia 2018 roku, połączone siły amerykańsko-brytyjsko-francuskie dokonały skoordynowanego ataku rakietowego na siły syryjskiego reżimu Baszszara al-Asada. Wystrzelono ponad 100 rakiet, zniszczono budynki i infrastrukturę służącą do wytwarzania i składowania bojowych środków chemicznych, a także wojskową w rodzaju koszarów armii.

 

Przez cały poprzedzający to wydarzenie tydzień, eksperci, dziennikarze i zwykli dyskutanci zastanawiali się czy czeka nas nowa wojna, czy jednak skończy się jedynie na groźnych pohukiwaniach. Dzisiaj już wiemy, że wybrano rozwiązanie pośrednie.

Walnięcie kijem w śmietnik. Było gorąco ale na razie rozeszło się po kościach. Wszyscy sobie pogrozili, zwymyślali się, ale ostatecznie skopany został tylko pobliski pojemnik na śmieci i wygląda na to, ze grupy rozejdą się do domów.

Amerykanie poszli w swojej retoryce bardzo daleko (bezpośrednie oskarżenia Rosji o współodpowiedzialność za mordy na cywilach), a Rosjanie nie pozostali dłużni. Wojna propagandowo-informacyjna na poziomie państwowym była tak intensywna, że z jednej strony do dzisiaj nie wiadomo czy faktycznie istnieją jakieś dowody na atak chemiczny w Dumie, ani kto miałby być za niego odpowiedzialny. Siły koalicji zgodnie twierdzą, że do ataku doszło. Rosja odpowiada, że doszło, ale na zlecenie Brytyjczyków. W tzw. międzyczasie sama Duma przeszła w ręce syryjskich sił rządowych co praktycznie zamyka drogę do ewentualnego udowodnienia sprawstwa al-Asadowi. Mimo to, koalicja swój atak przeprowadziła. Słusznie wychodząc z założenia, że bierność, nawet jeśli nie ma się racji (dowodów) ośmieli przeciwnika. Zrobiła to jednak w sposób maksymalnie nieantagonizujący. O ataku mówiło się od wielu dni, poprzedziły je zakulisowe negocjacje z Rosjanami, a ostatecznie przed atakiem Francja (a nie USA, żeby nie było) poinformowała Rosjan o zbliżającym się uderzeniu i jego celach, przez co wszystkie budynki zostały opróżnione. Mimo więc, że atak rakietowy był silniejszy (59 rakiet w 2017, vs ponad 100 w 2018) niż ten sprzed roku, wygląda na to, że nie zginęła w nim ani jedna osoba. Takie rozwiązanie pozwala wszystkim stronom pozostać na swoich stanowiskach i zachować twarz, bez faktycznej konfrontacji Zachód vs. Moskwa i Teheran.

Pamiętajmy jednak, że choć tym razem sytuację (prawdopodobnie) udało się rozładować niskim kosztem, to piłka nadal jest w grze. Rosja tego nie zapomni i wykorzysta casus ataku na swoją strefę wpływów pod nieudowodnionymi zarzutami w dokładnie taki sam sposób przeciwko NATO. Gdzie i kiedy tego nie wiadomo (może w Europie?). Tak jak wykorzystała casus Kosowa w Gruzji. To co wiemy na pewno – Rosja i Zachód nie są jeszcze gotowe do „gorącej” konfrontacji i paradoksalnie to USA udowodniły swoją siłę, bo w swoim działaniu pozostają póki co bezkarne. Kreml nie odważył się na podjęcie rękawicy (także dlatego, że otrzymał taką ‚honorową’ możliwość). Jest to więc niewielkie, ale jednak taktyczne zwycięstwo USA, którym udało się wciągnąć do działania Francję i Wielką Brytanię, oraz pozyskać przychylność UE i to wbrew stanowisku (albo wobec braku takowego) ONZ.

Tymczasem, brak starcia z Rosjanami w Syrii, nie oznacza, że sytuacja w tej wojnie nie ulegnie dalszej komplikacji. Nadal otwartą pozostaje kwestia tureckiej ofensywy na Kurdów i utrzymania niezależności Rożawy. ISIS nadal stoi pod wschodnim Homs. Izrael nadal szykuje się do starcia z Iranem (doszło do niego już na terytorium Syrii) itd. itp. A szukając trochę dalej, w Libii dużym problemem jest niepewna sytuacja ze zdrowiem gen. Haftara, trzymającego w ryzach całą wschodnią część kraju. W Zatoce trwają starania o złagodzenie sporu z Katarem, w Jemenie Huti ślą rakietę za rakietą na Rijad. Istny pożar w… wiadomo gdzie.