Symfonia upadku.

Gdyby podsumować wydarzenia ostatnich tygodni jednym wyrazem, postawiłbym na „konflikt”.

Jak świat długi i szeroki, czy chodziło o politykę wewnętrzną czy zewnętrzną, wszędzie pobrzmiewały groźne pomrukiwania i huk pięści walących w stół. W moim odczuciu to nie jest przypadkowa zbieżność sytuacji, tylko pewna melodia historii, w której poszczególne nuty staram się na Globalnej Grze wsłuchiwać. To nadal ta sama symfonia upadku. Póki co, jeszcze daleko nam do uwertury czegoś nowego.

Pod koniec XX wieku wiele mówiło się o pokoju, a zadawnione spory kończono uściśnięciem dłoni. Ten duch porozumienia i szukania punktów stycznych był wszechobecny i tak trwały, że wydawało nam się jakby humanitaryzm i pacyfizm miały panować nad umysłami po wsze czasy. Jakże inaczej jest dzisiaj, gdzie co prawda z przyzwyczajenia wiele mówimy o partnerstwie i porozumieniu, ale świadomie lub nie, dążymy do konfliktu. Co prawda, wiadomym jest że naturę ludzką stać na wielkie, bezinteresowne dobro ale tak samo na absolutną, intencjonalną nikczemność. Nie myślmy więc o bieżących wydarzeniach w kategoriach dobra i zła, emocji, słuszności czy prawości. Nie pozwalajmy sobie na bezsensowne brnięcie w ten miraż. Dla geopolityki nie ma to żadnego znaczenia, bo też nie polega ona na zmaganiach ducha, a materii.

Tymczasem wielu o tym zapomina i nie mówię tylko o społecznym odbiorze wydarzeń, ale też (a może zwłaszcza) o politykach. A gdy ci, którzy świadomie grają na emocjach sami im ulegają i dają się mamić budowanym przez siebie wizjom, łatwo o kompromitację. Posłużę się przy tym naszym rodzimym przykładem, chociaż jeszcze raz podkreślam, że przedstawiona sytuacja nie odbiega od światowej specyfiki.

I tak, w Polsce najgłośniejszym wydarzeniem ostatnich tygodni był spór z Izraelem o nowelizację ustawy o IPN. Istna komedia tragicznych pomyłek. Nowela obliczona była na użytek wewnętrzny ale napisana nieprofesjonalnie i z błędami faktograficznymi. Zastrzeżenia do niej były komunikowane tak przez przedstawicieli Izraela jak i USA, ale nie zostały przekazane poza MSZ przed głosowaniem w Sejmie. W efekcie doprowadzono do niezamierzonego kryzysu w stosunkach międzypaństwowych o zaskakująco wysokiej temperaturze. Kryzys ten był cynicznie podsycany w Izraelu przez tamtejszych polityków i chętnie podchwytywany przez rozpalone nacjonalizmem media. Ani prawda, ani słuszność (co z lubością się u nas powtarza), ani historyczne czy aktualne twarde dane nie miały tutaj żadnego znaczenia. Nerwowe polskie tłumaczenia, że nie jesteśmy wielbłądem niewiele pomogły. Czemu? Bo geopolityka nie kieruje się tymi wartościami.

Izrael toczy właśnie ważną grę o Bliski Wschód, stojąc przed największym zagrożeniem dla swojego istnienia od czasu wojny sześciodniowej (1967) – czyli irańską ekspansją w regionie. Tak to widzą lokalni politycy, których trudne doświadczenia ostatniego półwiecza nauczyły daleko idącej roztropności. Teheran wielokrotnie obiecywał zetrzeć państwo żydowskie z powierzchni ziemi ale dopóki oba kraje dzieliło blisko 1000 km, bezpośrednim zagrożeniem był tylko libański Hezbollah (od samego początku sponsorowany przez Iran). W sytuacji, w której siły irańskie swobodnie poruszają się po Syrii, mają pełną kontrolę nad Libanem i coraz śmielej poczynają sobie w Iraku, nie mówimy już o wojnie zastępczej tylko o bezpośrednim starciu dwóch biegunów polityki regionu. Oba kraje mają całkowicie odmienne cele, wobec czego tam gdzie dochodzi do kontaktu między nimi musi iskrzyć. Ale do meritum. Izrael jest otoczony przez w gruncie rzeczy wrogie sobie narody. Jest niewielkich rozmiarów, ma zerową głębię strategiczną i ograniczone zasoby ludzkie. Wobec tego jest państwem w stanie wiecznego poczucia zagrożenia, które co jakiś czas eskaluje w wojnę. To oznacza, że całość społeczeństwa jest zawsze narażona na atak, a to musi budzić zmęczenie i napięcia. W efekcie może skłaniać do masowej emigracji, co podważałoby cały sens żydowskiej państwowości. Dlatego od wielu już lat władze budują poczucie narodowej tożsamości w oparciu o bardzo silny, ocierający się często o ksenofobię, nacjonalizm. Ważnym elementem tej edukacji jest kreowanie w młodych ludziach przekonania o tym, że państwo w którym żyją jest mimo wszystko najlepszym dla nich miejscem, ponieważ otaczający Żydów świat z całego serca ich nienawidzi a logicznym końcem diaspory będzie zawsze Szoa (Holokaust). Dlatego polska historia, mająca w ujęciu całościowym pozytywny bilans relacji z mniejszością żydowską temu zdecydowanie nie służy. Lepiej więc działać na obrazach pokazując obozy zagłady, niż uczyć o tym w jaki sposób przez niemal milenium Żydzi pokojowo koegzystowali z innymi religiami i narodami. Ujawnione w dniach tego międzypaństwowego sporu, ogromne pokłady wrogości (a może nawet antypolonizmu) pokazują jedynie jak skuteczna okazała się ta polityka i jak wielkie zaniedbania poczyniła polska dyplomacja na przestrzeni ostatnich dwóch dekad.

Agresja ta wypływa ze strachu towarzyszącemu (teoretycznie) każdemu mieszkańcowi Izraela, oraz bezsilnej złości na taki stan rzeczy. To emocje, które nie zważają na fakty. Polska stała się po prostu wygodnym tematem zastępczym. Frustracja społeczeństwa szuka ujścia. Wyrazy oburzenia, potępienia i straszenie różnorakimi konsekwencjami przez polityków odwracają uwagę od problemów wewnętrznych (np: podejrzenie o korupcję premiera) i jednocześnie wzmagają w obywatelach radykalne postawy. A stąd już tylko krok do pełnej akceptacji dla rozpoczęcia kolejnej wojny prewencyjnej i przeprowadzenia inwazji na Liban lub Syrię.

Na nasze nieszczęście, Izrael stanowi podstawę amerykańskiej projekcji siły na Bliskim Wschodzie i forpocztę w planowanej wojnie z Iranem, a sam (czterokrotny) premier Netanjahu ma bardzo dobre relacje z Kapitolem. Wiele lat mieszkał, studiował i pracował w USA, był tam ambasadorem i ma bardzo szeroki krąg znajomych wśród amerykańskiej elity. Toteż tego sporu po prostu nie mogliśmy wygrać. Choć Izrael nie jest dla naszego kraju żadnym strategicznym sojusznikiem, to dysponuje bardzo silnym lewarem w postaci USA. A te, z uwagi na poważne plany związane z naszymi krajami, nie pozwolą na tego typu spory. Ponieważ Polska jest jednak mniej ważnym partnerem, to my będziemy musieli się wycofać. Na tym etapie globalnej rozgrywki, pionki zbijane są na Bliskim Wschodzie i Europa ma przez kilka chwil drugorzędne znaczenie. Zwróćmy uwagę jak daleko idzie ta sama nowela w sprawie zbrodni ukraińskich. Pomijając już niedorzeczność tych zapisów (np: zakres czasowy 1925-1950), czy ktoś jeszcze protestował w tej kwestii poza Ukrainą? Ma ona obecnie niewielu przyjaciół i niewielką siłę przebicia. Inaczej niż Izrael.

Bo też sytuacja wokół Półwyspu Arabskiego powoli się komplikuje. To, że w szerokim ujęciu mamy konflikt USA vs Iran, a w dalszej perspektywie USA vs Chiny pozostaje bez zmian. Amerykanie zrobią wszystko by przeszkodzić Chińczykom w ich dalszej ekspansji. Jednym ze sposobów jest zamknięcie drogi przez Bliski Wschód (dla eksportu), a przy tym zaburzenie importu ropy do Chin. Iran jest tutaj wygodnym pretekstem do budowy proamerykańskiej kolacji, tym bardziej że prowadząc swoją własną grę wchodzi w konflikt z innymi państwami regionu. Mamy więc z jednej strony Izrael, a obok Arabię Saudyjską i GCC (Gulf Cooperation Council – bez Kataru), a z drugiej Iran, Houthi w Jemenie, Hezbollah w Libanie i Syrii, szyitów w Iraku. Na tę mapę nakładają się jeszcze partykularne interesy Turcji i Rosji. Tylko w ostatnich kilku tygodniach mieliśmy przykłady na bezpośrednie, mniej lub bardziej intencjonalne starcia zbrojne o różnej skali pomiędzy: Turcją a Syrią (Afrin), Izraelem a Syrią (naloty tamże), Rosją i USA (śmierć rosyjskich najemników we wschodniej Syrii) oraz Iranem a Izraelem (Wzgórza Golan – strącenie drona). To nie jest jeszcze pełnoskalowa wojna ponieważ podobne incydenty zdarzały się już wcześniej, ale niewiele do niej brakuje. Tak zwane kontakty ogniowe są coraz częstsze i pociągają za sobą ofiary w ludziach i sprzęcie. Strony sięgają więc po środki ostateczne, a wzajemna licytacja doprowadzi jedynie do eskalacji, bowiem każda akcja powoduje natychmiastową reakcję.

Mapa przedstawia terytoria zajęte przez siły tureckie w Afrin do dnia 4 marca 2018.

Ostatnie wieści z syryjskiej wojny dają zresztą doskonałą okazję do prześledzenia tego mechanizmu. Turcja kontynuuje swój atak na kanton Afrin i wbrew buńczucznym zapowiedziom zdobywanie każdego kilometra kwadratowego terenu przychodzi jej z najwyższym trudem. Odcięci od swoich wschodnich braci Kurdowie z enklawy nie mogą jednak liczyć na zwycięstwo (dysproporcja sił). Oddali się więc pod protektorat Damaszku, a ten wysłał do kantonu swoje milicje, a ponoć zamierza też posłać regularne wojsko. Założenie jest takie, że Turcja nie zaatakuje syryjskich sił rządowych, bo walka z tzw. „kurdyjskim terroryzmem” zamieniłaby się nagle w inwazję na niepodległą Syrię. To jednak nie powstrzymało Ankary przed kontynuowaniem operacji „Gałązka Oliwna” przy jednoczesnym naciskaniu na Kurdów i Amerykanów w Rożawie. Wszystko po to by pozbawić YPG pomocy ze strony SDF, która z kolei coraz mniej uwagi angażuje na dalekim południowym-wschodzie w walce z dogorywającym Kalifatem. Wobec tureckiego zagrożenia, Rożawa zmuszona jest przegrupowywać siły wzmacniając swoją północną granicę. Fakt ten chciały wykorzystać syryjskie wojska rządowe (tudzież milicje i brygady ochotników) podejmując nieudaną próbę zajęcia pól naftowych na wschód od Eufratu w pobliżu Daj az Zaur. W efekcie śmierć poniosło także kilku rosyjskich żołnierzy (oficjalnie najemników tzw. grupy Wagnera) skoszarowanych w wysuniętej bazie w al-Tabija. Cały ten ruch na wschodni brzeg rzeki był złamaniem rosyjsko-amerykańskich ustaleń o linii demarkacyjnej. W dodatku zaatakowano bazę SDF, w której znajdowały się amerykańskie oddziały. W odpowiedzi jankeskie lotnictwo i artyleria zrobiły nacierającym oddziałom „jesień średniowiecza” zostawiając ok. 200 zabitych i kilkuset rannych. Na całym zamieszaniu w Syrii korzysta nie tylko Kalifat, ale też inne grupy islamistyczne więc wbrew deklaracjom, wojna z sunnickim dżihadem nadal trwa.

Wróćmy jednak do szerszej skali globalnej gry. Pytaniem, które należy postawić jest czy osiągnięcie zakładanych przez dany kraj celów możliwe jest za pomocą narzędzi dyplomatycznych? Czy światowi przywódcy i dyplomaci mogliby się zwyczajnie dogadać?

Odpowiedź daje ostatnia Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa (MSC), która odbyła się w połowie lutego 2018. Do szerszego odbiorcy przebił się obraz premiera Netanjahu wymachującego fragmentem zestrzelonego drona (rzekomo irańskiego) i apelującego do zebranych by powstrzymali Iran będący „największym zagrożeniem dla świata”. W odpowiedzi przedstawiciel Iranu groził poważnymi konsekwencjami zerwania porozumienia nuklearnego z 2015 roku. Tylko uważniejsi obserwatorzy zwrócili uwagę na pobrzmiewającą w każdej niemal wypowiedzi czy panelu dyskusyjnym tematykę kryzysu sojuszu tzw. Zachodu. Brak roli przewodniej USA, napięcia związane z ciężarem zbrojeń i wizją rozwiązywania sytuacji zapalnych, wojna handlowa z Europą i Chinami. Cyberwojna prowadzona przez Rosję (Biały Dom oficjalnie: najbardziej niszczący atak cybernetyczny w dotychczasowej historii – na Ukrainie w połowie 2017 roku) oraz ingerencja w procesy wyborcze w innych państwach (McMaster). Do tego rekordowo wysoka frekwencja przedstawicieli agencji szpiegowskich i mało budujące plotki z kuluarowych rozmów: rozpad światowego porządku jest już całkowity i nikt nie ma pojęcia co z tym fantem zrobić. Monachijskiemu spotkaniu patronowało motto”Na skraju przepaści – i z powrotem?” ale jak przyznał organizujący je niemiecki dyplomata Wolfgang Ischinger: „Gdy otwierałem konferencję miałem nadzieję, że wspólnie wykreślimy ten znak zapytania ale teraz nie sądzę aby nam się udało”. I miał rację, bo choć MSC od wielu lat stanowiło miejsce poważnych deklaracji, wzmacniania sojuszy i budowania architektury bezpieczeństwa (np: to tam administracja Obamy ogłosiła reset w relacjach z Rosją), tak w tym roku jedynym efektem trzech dni rozmów była diagnoza choroby bez wystawionej recepty i zaleconego leczenia. Może poza objawowym.

Kto więc wierzy w porozumienie? Władimir Putin, który na publicznej konferencji prezentuje najnowsze uzbrojenie rosyjskiej armii, gdy za jego plecami wyświetlano animację z bombami spadającymi na półwysep Florydy? Turcja podgrzewająca spory terytorialne z Grecją, czy Donald Trump nakładający cła na import stali, a wkrótce i innych produktów? A nawet gdyby taka wola była, to czy ewentualne kompromisy można negocjować gdy sytuacja wewnętrzna w krajach pozostaje daleka od stabilnej? Tak jak w Niemczech, gdzie od 5 miesięcy nie udało się sformować nowego rządu (były już sondaże dające AfD drugą pozycję). W Wielkiej Brytanii gdzie trwa bolesny proces Brexitu. W Hiszpanii, której w żaden sposób nie udaje się opanować Katalonii. Oczywistym jest, że wiele z tych groźnych pomruków (vide Putin i wybory) obliczonych jest głównie na użytek polityki wewnętrznej państw, część także po ty by uzyskać lepszą pozycję negocjacyjną w stosunkach międzynarodowych. Jednak w pewnych sferach dojście do zgody jest w tej chwili zwyczajnie niemożliwe lub bardzo trudne.

Czy Ukraina zakończy wojnę? Przecież nie odda Donbasu, nawet jeśli w końcu zaakceptuje utratę Krymu. Na pewno nie przed wyborami prezydenckimi. Rosja nie ma też w tej chwili najmniejszego interesu w wygaszeniu donbaskiej „rebelii”. Czy Korea Północna i Południowa osiągną kompromis w duchu olimpijskiej współpracy? To by znaczyło, że USA zaakceptują posiadanie broni atomowej przez Pjonjang. Czy Chiny zrezygnują z budowy Jedwabnego Szlaku, Sznura Pereł? A może przyklasną przyjętemu ostatnio przez Kongres USA tzw. Taiwan Travel Act (podniesienie rangi stosunków dyplomatycznych między krajami)? W każdym przypadku, odpowiedź w tej chwili musi być przecząca.

Żyjemy w czasach konfliktu, który będzie się musiał wypalić, nim nastanie nowy ład. Dobrze by było, gdybyśmy potrafili antycypować wydarzenia i dostosować naszą politykę do zmieniających się okoliczności. Zrozumienie płynie z wiedzy i poznania, a tylko wtedy można mieć nadzieję na uniknięcie najgorszego ze scenariuszy. Do tego trzeba jednak szerszego spojrzenia na sprawy i kierowania się pragmatyzmem, a nie emocjami. Czego sobie, a także Wam życzę.