Rozpad Zachodu.

Mimo, że „trzęsienie świata” trwa już zupełnie wyraźnie przynajmniej od początku 2018 roku, nadal pozostaje zjawiskiem całościowo niezrozumiałym dla znacznej części polskich mediów głównego nurtu oraz niemałej części społeczeństwa. Owszem, wiele mówi się o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, czy o sankcjach handlowych nakładanych przez USA na Chiny ale łączenie faktów, kreślenie całościowego obrazu jest często ponad ich siły. Stąd pewnie, niemal zupełne pomijanie w dyskursie publicznym wydarzeń mniej spektakularnych choć ważnych (traktatów czy spotkań międzynarodowych), a skupianie się na chwytliwych lecz nieistotnych fajerwerkach (np: sprawie przeniesienia pomnika katyńskiego w New Jersey), w czym wydatnie pomagają bezrozumni politycy. Na obronę wspomnianych można powiedzieć, że wydarzenia o znaczeniu dyplomatycznym, a zwłaszcza język jakimi są komunikowane są często bardzo wymagające wobec odbiorcy. Zwłaszcza w sytuacji, w której prawdziwy obraz zdarzeń jest celowo zamazywany.

Dobrym przykładem jest podpisanie przez Francję i Niemcy traktatu w Akwizgranie (niem. Aachen) w dniu 22 stycznia 2019 roku. Na uroczystości zjawili się wszyscy możliwi oficjele obu państw: ministrowie, dyplomaci i prezydenci miast. Przemawiali kanclerz RFN Angela Merkel oraz prezydent Francji Emmanuel Macron. Oficjalną intencją porozumienia, jest zbliżenie dwóch narodów w duchu pogłębionej kohabitacji i przyjaźni, która trwale przezwycięży trudną wspólną przeszłość (naznaczoną dwiema wojnami światowymi). Podobny dokument podpisali prezydent Charles de Gaulle oraz kanclerz Konrad Adenauerem w 1963 roku (znany jako Traktat Elizejski), którzy faktycznie jako pierwsi zacieśnili współpracę między krajami ledwie kilkanaście lat po wojnie. Świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej i mimo licznych załączników, aktualność tego pierwotnego traktatu pozostawiała już nieadekwatna do czasów (choćby z uwagi na jego zastąpienie praktyką UE). Obecnie, licząca 16 stron umowa (a raczej porozumienie ramowe, które z czasem będzie wypełniane przez krajowe ustawodawstwo) zawiera 26 punktów. Mowa w nich o współpracy regionów granicznych, polegającej na stworzeniu wspólnej komunikacji publicznej, opieki zdrowotnej, budowie i wzmacnianiu wspólnych stref ekonomicznych, edukacji kładącej nacisk na wzajemną naukę języków (w tym wymianę kulturową). Wspomina się o programach gospodarczych, wspólnych pracach nad centrum badawczym nad Sztuczną Inteligencją, zagospodarowaniu terenów elektrowni atomowej w Fessenheim. Wiele uwagi poświęcono też kwestii normalizacji przepisów z zakresu prawa handlowego, w tym spółek, zasad opodatkowani. Wśród najważniejszych punktów znaleźć można np.: zobowiązanie Francji do działań na rzecz zapewnienia RFN stałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, oraz pogłębioną współpracę wojskową. W tej ostatniej sprawie chodzi dosłownie o pakt obronny (sic!) – „wzajemnej, niezwłocznej i jak najszerszej pomocy w przypadku agresji na którekolwiek z państw”.

Umowa prezentowana była jako podstawa do dalszej integracji europejskiej i zdaniem sygnatariuszy ma stanowić przeciwwagę dla rosnących tendencji populistycznych i nacjonalistycznych w Europie. Faktycznie jest odwrotnie, ale by to stwierdzić należy znać szerszy kontekst spraw. Porozumienie z Akwizgranu jest tak naprawdę dowodem na bardzo głęboki rozpad świata euroatlantyckiego.

Francja jest w złej sytuacji wewnętrznej, nie chodzi tylko o społeczne niepokoje ale też trwającą już kilka lat stagnację. Kraj jest słaby ekonomicznie, a jego gospodarka mało konkurencyjna, zwłaszcza w kontekście przyciągających całą uwagę gospodarczą (klientów, inwestycje) Niemiec. W dodatku wiadomo już, że przepadła szansa na odmianę losu poprzez przeprowadzenie głębokich reform. Taką nadzieję niósł wybór na prezydenta Emmanuela Macrona, okazało się jednak, że nie posiada on wystarczającej siły politycznej (a być może koncepcji) do przeprowadzenia całkowitej zmiany systemu pracowniczego i gospodarczego. Nie bez znaczenia jest tu opór francuskiego społeczeństwa wobec perspektywy utraty przywilejów pracowniczych. Rozczarowanie związane z jego rządami wynieść może do władzy partie radykalne. Schemat ten znany jest przecież z Grecji, czy Włoch. Francja posiada jednak znaczny potencjał wojskowy. Nie tylko w rozumieniu zdolności wojskowych czy do projekcji siły, ale też technologię i narzędzia produkcyjne. A najważniejsze, że jest regionalnym mocarstwem atomowym. Niemiecka gospodarka jest silna, ale w wyniku trwających długie lata cięć, kraj radykalnie zredukował armię i przy obecnym planie finansowym, jeszcze przez długie lata nie będzie w stanie odbudować adekwatnego potencjału wojskowego. Współpracując, oba państwa wzajemnie gwarantują swoją przyszłość, niezależnie od tego co stanie się ze światem wokół nich. Wyznaczenie stref ekonomicznych i integracja systemów prawnych to nic innego jak próba wypracowania rozwiązań zmierzających do pełnej integracji rynkowo-kapitałowej obu państw. To rynek wewnętrzny wielkości 150 mln obywateli. To rezerwuar pracowników (głównie z Francji), baza produkcyjna (Francja i Niemcy), niezależność energetyczna i dużo większa samodzielność polityczna (występowanie razem na forum międzynarodowym). To także sposób na wybawienie Francji z tarapatów, które w razie jej bankructwa – pociągnęłyby za sobą także Niemcy. Taka konstrukcja, być może za jakiś czas – federacja, może liczyć na przetrwanie w sytuacji konfliktu USA z Chinami i np.: trwającego dłuższy czas odcięcia Europy od Azji, lub innych zawirowań które doprowadzą do światowego kryzysu gospodarczego i trwale zmienią system zależności logistyczno-produkcyjnych (odejście od koncepcji Chin jako fabryki świata). To także realna przeciwwaga dla rozpadu lub rozluźnienia UE (zwłaszcza rynku wewnętrznego) w wyniku działania sił odśrodkowych.

W tym kontekście, konflikt światopoglądowy na linii Francja/Niemcy – USA ma fundamentalne znaczenie. Zarówno po słowach przedstawicieli administracji amerykańskiej, prezydenta Donalda Trumpa jak i wypowiedziach prezydenta Macrona, czy niemieckiego ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa można śmiało postawić tezę, że Amerykanie gotowi są na bardzo wiele w celu dyscyplinowaniu sojuszników, a ci nie zamierzają się poddawać. Różnice dotyczą nie tylko stosunku do Rosji, Chin, Iranu, ale też gazociągu Nordstream2, finansowania ciężaru obronnego wynikającego z NATO, różnic kapitałowo-gospodarczych, w tym powtarzających się konfliktach UE z amerykańskimi gigantami technologicznymi jak Google, Apple czy Amazon. A lista niezgodności wydaje się stale rosnąć podczas gdy stare problemy pozostają nierozwiązane.

Francja i Niemcy nie wierzą już w świat Zachodu, a co za tym idzie w trwałość NATO. Owszem, same nie wystąpią z sojuszu, ale przygotowują się na sytuację, w której to USA doprowadzi do rozpadu paktu. Więcej nawet, w swoich rachubach kalkulują realne zagrożenie udziału w konflikcie zbrojnym. Ale to nie wszystko, bo takie wzajemne gwarantowanie bezpieczeństwa oznacza też dużo większe pole manewru w razie gdyby oba państwa obligowane art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego miały przystąpić do wojny, do której by nie chciały. Ewentualne karne wykluczenie ze struktur NATO, nie będzie miało negatywnego wpływu na ich bezpieczeństwo (w każdym razie, to zagrożenie zostanie zminimalizowane).

Na razie, porozumienie z 22 stycznia to jedynie pewna podstawa, którą dopiero trzeba wypełnić treścią. Należy przypomnieć, że podobne (choć niezakrojone na tak szeroką skalę) ruchy wykonywano już w przeszłości. Próbowano nawet integrować system prawny, budowano strefy ekonomiczne, istnieje francusko-niemiecka jednostka wojskowa itp. Wtedy, często brakowało politycznej determinacji. Dzisiaj jest jednak inaczej, bo też diametralnie zmieniła się sytuacja międzynarodowa. O powadze z jaką oba państwa podeszły do tematu świadczy niepozorny zapis o obligatoryjnym spotykaniu się ministrów obu państw w ramach udziału w posiedzeniach rady ministrów(!) nie rzadziej niż raz na kwartał. Dlatego tym razem, francusko-niemiecki alians ma realne znaczenie. Choć upłyną jeszcze lata nim osiągnie skalę, o której mowa w dokumencie to już stanowi mocną przeciwwagę dla polityki amerykańskiej w Europie dając przestrzeń negocjacyjną i możliwość balansowania relacji z pozostałymi uczestnikami globalnej gry. Ani Francja ani Niemcy nie będą już ustawiane pod murem przez amerykańskie groźby. Niestety, oznacza to także, że podobna przestrzeń pojawi się w relacjach wewnątrz wspólnoty europejskiej. Niezależnie od tego jak ostatecznie ukształtuje się „reformatorskie” skrzydło UE, do jakich zmian będzie dążyć, Francja i Niemcy już tworzą tzw. „twarde jądro”, do którego w miarę upływu czasu ciążyć będą inne, mniejsze kraje poszukujące bezpieczeństwa (np.: Belgia, Holandia, Luksemburg itd.). Jednocześnie, ta „mała unia” będzie mogła szantażować kraje nadmiernie się zadłużające (Hiszpania, Włochy, Grecja) lub te prezentujące odmienny światopogląd (Polska, Węgry) – bo też realna staje się koncepcja Europy „dwóch prędkości” choć jak opisałem wyżej, aspekt ten martwi najmniej.

Z prawdziwego znaczenia traktatu musiał zdawać sobie sprawę przewodniczący Donald Tusk. Jego obecność, tak jak i szefa komisji Jean Claude Junckera, była europejskim listkiem figowym dla całej imprezy. Jako sprawny polityk, wykorzystał swoje wystąpienie piekąc dwie pieczenie na jednym ogniu. Przemawiał po polsku (co można interpretować jako zagranie pod polską publikę), więc tym łatwiej można było odczytać co chciał powiedzieć. Do obu przywódców państw zwrócił się po imieniu, powołując się przy tym na łączących ich więzy przyjaźni. Jednocześnie w kolejnym zdaniu użył sformułowania „muszę wierzyć, że rozszerzona współpraca Francji i Niemiec służyć będzie Europie” oraz, że z powodu wspomnianej zażyłości „nie mogę wątpić w wasze intencje i plany”. W moim odczuciu, w języku dyplomacji taki dobór słów i kontekst oznacza dokładnie coś przeciwnego – nie wierzę w wasze intencje, a sam akt będzie działać na szkodę Europy (istnieje istotna różnica znaczeniowa między powiedzeniem „nie mogę wątpić” a „nie wątpię”). Nie może tego jednak powiedzieć, ponieważ de facto, nic jeszcze się nie stało, a poza tym jest politycznym protegowanym Angeli Merkel (vide wzmianka o przyjaźni). Wrażenie to pogłębia dalsza część przemowy zaczynająca się od słów „Jednocześnie pragnę was jak i Europejczyków, przestrzec przed traceniem wiary w siłę i znaczenie europejskiej integracji.”. Dlaczego miałby przestrzegać przed porzuceniem idei integracji europejskiej skoro traktat ma w warstwie medialnej służyć wzmocnieniu Europy? Takie postawienie sprawy będzie z pewnością wykorzystane przez Tuska w przyszłości, być może w zupełnie już innych okolicznościach politycznych.

W ramach pointy przytoczę anegdotę. W dniu podpisania traktatu, zdarzyło mi się słuchać długiego wywodu dziennikarskiego w jednej z telewizji „imputującej” przewodniczącemu tradycyjny serwilizm wobec Niemiec, który jakoby miał bić ze wspomnianej przemowy. Tak prawdziwe znaczenie traktatu jak i treść wystąpienia pozostały jednak dla dziennikarza w gruncie rzeczy nieodgadnione.

Link do tekstu wystąpienia przewodniczącego D. Tuska:

https://www.consilium.europa.eu/en/press/press-releases/2019/01/22/speech-by-president-donald-tusk-at-the-signing-ceremony-of-the-franco-german-treaty-of-aachen/

Data: 23-01-2019