Rozdział IV. Razem lub osobno.

<<— Powrót do Rozdziału III.

<<— Spis treści.

Rozdział IV. Razem lub osobno

Oblężona twierdza

Kraje zakreskowane: regularne działania wojenne. Ciemny kolor: zamachy bądź walki z grupami islamistycznymi. Stan na luty 2017 roku.

Drogi Czytelniku, czy zdajesz sobie sprawę, że po raz pierwszy w swojej historii Unia Europejska jest ze wszystkich stron otoczona przez tereny ogarnięte wojną?

W basenie Morza Śródziemnego wojna toczy się w Turcji, Syrii, Egipcie, Libii i Tunezji. Z grupami zbrojnymi i regularnymi zamachami walczy także Algieria, Maroko i Liban. Wokół Morza Czarnego wojna trwa na Ukrainie, w Armenii i Azerbejdżanie. Kolejna czeka na odmrożenie w Gruzji. Od wschodu graniczy z nami jeszcze tylko Białoruś oraz złowieszcza Rosja, która przecież zaangażowana jest w kilka z wymienionych konfliktów, a co i rusz musi walczyć z dżihadystami u siebie. To oznacza, że z kilkunastu graniczących z unią państw mamy tylko jeden kraj w którym sytuacja jest stabilna w chwili, gdy piszę te słowa. Chociaż nie wiadomo na jak długo (Białoruś).

Mamy jeszcze, co prawda, bałkański kocioł. Ale co w nim? Same grzybki. Serbia, z odłączonym od niej Kosowem i Czarnogórą, ciągle podzielona Bośnia i Hercegowina. Obok spiskująca z Kosowem, marząca o wielkości Albania i destabilizowana przez nią Macedonia. To jak trzymanie granatu bez zawleczki pod jednym bokiem. Zresztą, dla równowagi pod drugim znajduje się Mołdawia z jej zbuntowanym terytorium – Naddniestrzem. Pierwsza chce do Europy, drugie do Rosji. To że chwilowo w żadnym z tych europejskich w końcu państw nie toczą się walki, jest marnym pocieszeniem. Niewiele trzeba, by w ciągu kilku dni wszystko się zmieniło. Na Półwyspie Arabskim wojna pożera Jemen i Irak, a wkrótce do gardeł rzucą się zajadli rywale, Arabia Saudyjska i Iran. W Afryce subsaharyjskiej nie jest lepiej, wojna trwa w Nigerii, Nigrze, Mali, Sudanie Południowym, Etiopii i Somalii.

Skoro tak, to czy nie powinniśmy wzmacniać naszych granic, dofinansować i reformować armie po to, by móc pozostać ostoją stabilności a nie kolejnym terenem bitwy, ochronić siebie i być pomocą zrujnowanym pożogom krajom? Tymczasem wydaje się, że maksyma jaką przez wiele lat kierowali się eurokraci brzmiała – niech na całym świecie wojna, byle unijna wieś zaciszna, byle unijna wieś spokojna.

Zrujnowany dom w Sanie, Jemen. Kolejny trawiony wojną kraj.

Pisałem wcześniej o niewydolnej armii belgijskiej. Należy zauważyć, że znacznym redukcjom poddane zostały także inne armie europejskie. Dotyczy to zwłaszcza wojsk lądowych. Można wymienić tu przede wszystkim Holandię i Niemcy, ale też bliższe nam Czechy, Słowację i państwa bałtyckie czy Polskę. Wbrew pozorom, nieźle wyposażone i przygotowane są znane z liberalizmu państwa skandynawskie, szczególnie że wszystkie posiadają też liczną i dobrze zorganizowaną obronę terytorialną. Głównym problemem nie jest jednak liczebność czy wyposażenie a mizerne finansowanie najczęściej na poziomie 1,5% PKB lub niżej. Co oznacza, że gdyby wskaźnik ten utrzymać, skazuje się europejskie armie na całkowitą niewydolność. Otrzeźwienie przyszło dopiero po rosyjskiej aneksji Krymu, kiedy okazało się, że Europa bez wojny nie jest nam dana na zawsze („Si vis pacem, para bellum”). Co innego konflikt w niewielkim Kosowie, a co innego wojna totalna na wielkiej Ukrainie. Od tego momentu (bo nie liczę casusu Gruzji), wiele państw Europy Środkowej i Wschodniej zrewidowało swoje pacyfistyczne poglądy, na wyścigi dozbrajając i reformując armie. Czy naprawdę grozi nam wojna? W tej chwili jeszcze nie, natomiast jest ona prawdopodobna w najbliższych latach, jeśli spełni się część lub wszystkie czarne scenariusze.

Jednak ważniejsze od niebezpieczeństw zewnętrznych są zagrożenia wewnętrzne. Nasze, europejskie. To one mogą tak naprawdę zamienić zielony i bezpieczny rajski ogród, jakim stała się w znacznej części Europa, w trawioną pożarami, głodem i chorobami pustynię.

 

Widmo terroryzmu

Plakat przedstawia „terrorystkę” Polskiej Partii Socjalistycznej. Rok 1910.

Historia kołem się toczy. Nowożytne akty terroru zaczęły się jeszcze pod koniec XIX wieku (Polacy mają w nich swój znaczący wkład). Przeważnie chodziło o siłowe wymuszenie niepodległości lub jakiejś formy autonomii dla terenów lub nacji, z której rekrutowani byli dani sprawcy. Tak było w Królestwie Polskim, Irlandii, Austro-Węgrzech, Rosji itd. Od tamtej pory jednak wiele się zmieniło, a kolejnym celem terroryzmu stała się zmiana obowiązującego porządku czy to państwowego, czy też religijno-ideologicznego. Doświadczenia przeszłości pokazują, że walka z terroryzmem, prędzej czy później, kończyła się jakąś formą ustępstw wobec idei reprezentowanej przez zamachowców (chociaż już niekoniecznie ich samych). Dzisiejszy terroryzm islamski ma jednak charakter dualistyczny. Z jednej strony, chodzi o ustanowienie nowego organizmu państwowego, z drugiej – o narzucenie ideologii. Zgoda na którykolwiek z postulatów, oznacza odrzucenie własnych wartości i przyjęcie nowych, zupełnie sprzecznych ze starymi (szariat wobec oświeceniowego liberalizmu). Wydaje się to w tej chwili zupełnie niemożliwe, toteż droga dialogu nie istnieje. Pozostaje tylko walka, a skoro tak to pora spojrzeć prawdzie w oczy – ataki terrorystyczne będą naszą zmorą jeszcze przez dobrych kilka lat. Warto więc zapytać, jakie implikacje niesie życie w ich cieniu.

Nie istnieje metoda, działanie lub prawo, które pozwoliłyby powstrzymać wszystkich zamachowców. Nawet w najbardziej policyjnym państwie, jeden człowiek, działający w oderwaniu od jakiejkolwiek organizacji, jest w stanie przeprowadzić taki czy inny akt terroru. Wystarczy, że zdetonuje ładunek wybuchowy, który wcześniej przygotuje we własnym domu. W dodatku użyje do tego substancji i produktów dostępnych w każdym sklepie. Internet dostarczy wszelkich koniecznych informacji na ten temat. Albo po prostu napadnie kogoś z nożem w ręku, jak od dawna dzieje się w Izraelu („Atak nożownika w Tel Awiwie. Zabity i 9 rannych” – TVN24, 8.03.2016), a ostatnio też Europie.

Czym innym jest jednak taka indywidualna eskapada samotnego wilka (lub szaleńca), będąca statystyczną ewentualnością, a czym innym szeroko zakrojone akcje terrorystyczne. Te drugie, zaplanowane i wykonane przez profesjonalistów, są dużo groźniejsze, bo powodują znacznie większą liczbę ofiar. To właśnie przed tym drugim typem chroni dobrze działający wymiar sprawiedliwości i aparat służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, a w walce z terrorem międzynarodowym także wywiad i kontrwywiad. Bez dobrze zorganizowanego państwa, zapobieganie tego typu aktom jest prawie niemożliwe. To dlatego Francja ciągle przedłużała czas obowiązywania stanu wyjątkowego, wysyłając żołnierzy, by patrolowali ulice miast („Stan wyjątkowy znów przedłużony. Francuzi ciągle się boją” – TVN24, 20.05.2016). Władze świetnie zdają sobie sprawę (czego nie kryje Daesh), że ich państwo stało się głównym celem ataków terrorystycznych. Ataki na Euro 2016, gdyby nie zostały udaremnione, byłyby wielkim propagandowym zwycięstwem Kalifatu („Niemcy: policja ostrzega przed zamachami podczas Euro 2016” – Onet, 19.05.2016). Narastający terror w przededniu referendum na temat wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE, praktycznie przesądził wynik na korzyść „secesjonistów” (atak w Nicei).

Manifestacja zwolenników Brexitu. Londyn 2016.

Na chwilę przed głosowaniem liczba zwolenników i przeciwników „Brexitu” była niemal równa i nie dało się przewidzieć wyniku referendum. Wygrali eurosceptycy, co osłabiło zarówno Unię, jak i Wielką Brytanię. Dla nas izolacjonizm Brytyjczyków to także zły znak. Nie tylko z uwagi na status Polonii, problemy ze swobodnym przepływem osób i towarów, ale także na utratę naszego strategicznego sojusznika na forum unijnym (w tym w kontekście obrony flanki wschodniej Sojuszu Północnoatlantyckiego). W następstwie, ponowione zostanie referendum niepodległościowe w Szkocji, co jeszcze bardziej osłabi Commonwealth. Na taki rozwój wydarzeń stawiać będzie Daesh, dlatego możliwe, że ataki przeprowadzone zostaną także na angielskiej ziemi („ISIS planuje „potężne i spektakularne ataki terrorystyczne” w Wielkiej Brytanii” – TopMejtUK, 8.03.2016).

Myli się ten, kto myśli, że wybranie muzułmanina – Sadiqa Khana – na burmistrza Londynu („Sadiq Khan wygrywa wybory w Londynie.” – RMF24, 6.05.2016) dowodzi dobrych relacji pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami. Tak jak wszędzie, gdzie istnieją zupełnie wyizolowane z zachodniej kultury, a często i prawa muzułmańskie dzielnice, musi dochodzić do napięć. Wszędzie tam działają salafickie meczety, w których radykalni imamowie nawołują do dżihadu. Dlatego na ataki terrorystyczne najbardziej narażone są Francja, Belgia, Niemcy, Szwecja i Wielka Brytania. Nie chodzi tylko o stronę techniczną, czyli aspekt dużego skupiska ludzkiego takiego samego wyznania, w którym łatwo przygotować plany i materiały do zamachu. Jak pokazuje przykład Belgii, to oczywiście ma znaczenie, ale z punktu widzenia pożądanych do osiągnięcia celów, chodzi o sprowokowanie represji wobec muzułmanów. Pacyfikacja muzułmańskich dzielnic przez wojsko czy brutalność protestów ruchów antyimigranckich, to woda na młyn islamskich rekruterów („Szukają rekrutów przez internet. A Państwo Islamskie płaci im nawet 10 tys. dolarów” – TVN24bis, 16.10.2015). Im więcej zwolenników dżihadu, tym lepiej. A do tego trzeba krwawych zamachów. Najlepiej na medialnie nośnych imprezach (w typie Euro 2016 albo Światowych Dni Młodzieży). Zadanie jest tym łatwiejsze, że gro zamachowców to osoby urodzone i wychowane w krajach europejskich, które następnie atakują. Dorastali w tych miastach, znają język, niuanse życia społecznego i topografię. Europejscy dżihadyści są dobrze rozpoznani przez służby i dokładnie wiadomo, ilu i dokąd ich wyjechało (np. 1,2 tyś. Francuzów walczyło w Syrii, źródło: ICSR).

Ale cóż z tego, skoro przenikają oni do Europy podając się za uchodźców i podróżują po niej swobodnie, wykorzystując strefę Schengen i brak granic. Jak podaje szef Europolu, w ten sposób na nasz kontynent dostało się nawet do 5 tyś. bojowników. Prawdziwą skalę tego zagrożenia można pojąć dopiero, jeśli uświadomimy sobie, że katastrofalne w skutkach ataki w Paryżu z listopada 2015, przeprowadziło zaledwie 9 osób. Zresztą aktów terrorystycznych w 2016 roku było naprawdę wiele (źródło), tyle że głównie poza Europą, np. w Pakistanie, Iraku, Jemenie, Syrii. Jeśli wliczymy wszystkie zamachy, także te będące częścią działań wojennych (w wielu krajach granica między działaniem „cywilnym” a wojskowym powoli się zaciera), uzyskamy liczbę ponad 7 tyś. zabitych i ok. 10 tyś. rannych tylko w pierwszej połowie roku.

Jakich konkretnie działań możemy się spodziewać? Odpowiedź już poniekąd znamy. Terrorystom najłatwiej operować na terenach, na których mogą się ukryć i przygotować do działania. Są to rejony o dużym nasyceniu bliskowschodnią imigracją, ale nie tą najnowszą, tylko tą już osiadłą i wrośniętą w miejskie struktury przynajmniej od kilkunastu lat. Muszą to być też duże miasta, ponieważ wtopienie się w tłum utrudnia służbom obserwację, a z drugiej strony ewentualny zamach pociągnie za sobą większą liczbę ofiar. Będzie wobec tego bardziej „medialny”. Celem są wszelkie instytucje użyteczności publicznej oraz środki komunikacji miejskiej. Do tego każde większe skupiska ludzkie, np. związane z wydarzeniami sportowymi bądź religijnymi. Środki zamachu przeważnie ograniczone są do ładunków wybuchowych, broni maszynowej lub białej (noży, maczet) czy wykorzystania pojazdów. Nie należy jednak odrzucać możliwości użycia innych, kombinowanych środków np. broni chemicznej (skażenie, zatrucie), ataku na elektrownie jądrowe itp. Tradycyjnym celem zamachowców są też pociągi i samoloty, przemieszczające się na trasach krajowych lub międzynarodowych.

Rok 2016 i kolejny stały się latami krytycznymi dla Unii Europejskiej. Pamiętajmy, że zamachy to nie wszystko. Głównym celem tak terrorystów, jak i agentury światowych hegemonów, jest destabilizacja naszego regionu. To oznacza zamieszki i brutalne protesty (wystarczy grupa agentów, która przeprowadzi prowokacje), policję i wojsko na ulicach, kontrole graniczne, przeszukania i aresztowania, akty odwetu, podpalenia i przewroty polityczne. Osobiście uważam, że po Europie należy poruszać się z dużą ostrożnością. A już całkowicie unikać wszelkich podróży na Bliski Wschód lub do Maghrebu (zapomnieć o wakacjach w tamtych rejonach, nawet jeśli będą tanie). Czy wobec tego pozostaje wyjechać gdzieś w góry i wieść pustelnicze życie przez następnych kilka lat? Nie ma co przesadzać. Po prostu zachowajmy zdrowy rozsądek i minimum ostrożności.

Czy Polska jest w tym kontekście bezpieczna? Oczywiście, że nie. Natomiast, z uwagi na homogeniczność naszego społeczeństwa, jakikolwiek atak będzie trudny do przeprowadzenia. Zagrożone mogą być wielkie miasta, ale to też w sposób ograniczony. Niemniej, działanie naszych służb pozostawia nieco do życzenia, toteż chronieni jesteśmy bardziej przez własną historię i strukturę społeczną, niż faktyczne działania aparatu państwowego. W tej chwili nie prowadzimy też działań zbrojnych przeciwko ISIS czy innym salafickim grupom, więc pozostajemy na obrzeżach zainteresowania Kalifatu. Przez Polskę prowadzą szlaki przemytnicze, ale to na razie wszystko. Mówiąc brutalnie, trochę szkoda „dobrych” dżihadystów na ataki w kraju, który z punktu widzenia bliskowschodniej polityki niewiele może i niewiele znaczy. W dodatku, kraju jawnie antyislamskim – bo taką mamy opinię w świecie arabskim. Być może mogą nas czekać ograniczone w skali ataki samotnych wilków, ale raczej nie zorganizowanie akcje, takie jak te w Paryżu czy Brukseli. Sytuacja ta może się zmienić i ulec pogorszeniu, ale nadal będzie znacznie lepsza niż w krajach Europy Zachodniej. Dla nas większym zagrożeniem zawsze będzie wojna na wschodzie niż islamski terroryzm.

Co ciekawe, mieliśmy w ostatnich latach sporo szczęścia. Krwawe paryskie zamachy odbyły się w niecały miesiąc po naszych wyborach parlamentarnych, a w dwa dni po 11 listopada 2015. Gdyby zdarzyły się miesiąc wcześniej (np. gdyby nie udaremniono październikowego zamachu we francuskim pociągu), możemy być pewni, że w parlamencie znalazłoby się dużo więcej sił skrajnych niż dzisiaj (wbrew pozorom PiS do nich nie należy, za to je w dużym stopniu neutralizuje), a na marszach niepodległościowych mogłoby dojść do podpaleń kebabiarni i anty-muzułmańskich zamieszek. Bardzo ważnym jest, że rządy objęła jedna partia, w dodatku mająca pełne wsparcie prezydenta. Dzięki temu uniknięto chaosu decyzyjnego, a każde działanie, nawet nie do końca trafione, jest lepsze niż bezczynność. Ważne, że podjęto próbę reformy służb specjalnych, które w ostatnich latach udowodniły swoją systemową nieudolność. Dobrze, że wzmacnia się armię.

Priorytetem jest utrzymanie solidarności europejskiej, a do tego potrzebna jest dyplomacja najwyższych lotów co raczej niekoniecznie nowemu rządowi wychodzi. Czeka nas lawirowanie między wschodem a zachodem, budowanie solidarności regionu (Wyszehrad, kraje bałtyckie) i pilnowanie, by nie destabilizować sytuacji w kraju, do czego niestety prowadzą nieodpowiedzialni politycy wielu partii. Zrządzeniem losu (albo jak kto woli, dzięki eksterminacji Hitlera, inżynierii społecznej Stalina, masowym wywózkom i przesiedleniom) jesteśmy krajem homogenicznym, o jednolitej strukturze narodowej. Nasza mniejszość muzułmańska jest nie tylko stosunkowo nieliczna, ale też rozsiana po całym kraju (brak więc enklaw i gruntu dla wspierania ekstremizmu), pracująca i raczej zamożna, a co ważne, jest to imigracja pierwszej fali. Dzięki temu praktycznie nie ma u nas sfrustrowanych młodych ludzi urodzonych z imigranckich rodziców, którzy tak chętnie zasilają szeregi bojowników Państwa Islamskiego w krajach zachodnich. Taki stan rzeczy, bardzo utrudnia działalność terrorystyczną. Nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek objawy dyskryminacji i prześladowania wobec mieszkających u nas muzułmanów. W tym co się dzieje na świecie, nie ma ich winy i nie wolno nam stosować odpowiedzialności zbiorowej, a po drugie, każdy przejaw niechęci, będzie ziarnem, z którego wykiełkuje ekstremizm. Już odpowiedni ludzie o to zadbają.

 

Radykalizm

A wszystko przez imigrantów, prawda? Otóż nie. W tak czarno-biały sposób świat chcieliby widzieć wszelkiej maści antysystemowcy, narodowa prawica itp. Ale czy muzułmańska imigracja to naprawdę źródło terroryzmu? Przyczyna wszelkich kłopotów, jakie spotykają Unię?

W niniejszej publikacji, rozdział po rozdziale udowadniam, że otaczająca nas rzeczywistość jest konsekwencją nagromadzenia się wielu innych problemów. Przyczyna musi być więc wielowymiarowa. Zaś co do tej niespodziewanej, nowożytnej wędrówki ludów, możemy mówić o kolejnym elemencie pogłębiającym kryzys i narzędziem w rękach islamistów. Wokół całej Europy trwa wojna i nasz kontynent jest logicznym miejscem ucieczki ludności przed śmiercią i cierpieniem.

Zastosujmy prostą analogię. Jeśli w Polsce przez wiele tygodni padał deszcz i rzeki wystąpiły z koryt doprowadzając do powodzi, to czy winiliśmy pogodę? Przecież ulewy są zjawiskiem naturalnym i cyklicznym. Lata zaniedbań w infrastrukturze przeciwpowodziowej, ignorancja samorządów i państwa – oto prawdziwi sprawcy dramatu. Oczywiście, upraszczam zagadnienie, by łatwiej je scharakteryzować. Gdybyśmy dbali o system i egzekwowanie prawa oraz dynamicznie reagowali na zagrożenia, sytuacja nie wymknęłaby się spod kontroli. Tymczasem niekontrolowany napływ ludzi pozwolił rozwinąć skrzydła nie tylko terrorystom, ale też wszelkiej przestępczości – przemytnikom narkotyków i broni, handlarzom niewolników (seksbiznes), złodziejom, bandytom itd. Na przewożeniu ludzi przez Morze Śródziemne powstają całe gangsterskie fortuny. To, z kolei, musiało doprowadzić do wzrostu bezprawia, któremu przeciążone służby nie mogą sprostać. Gdzie znowu dochodzimy do zagrożenia terrorystycznego, które o tyle trudniej jest zniwelować a taki stan ma przecież swój ciężar społeczny.

Rośnie poczucie zagrożenia wśród miejscowej ludności, które nie zostaje rozładowane działaniami administracyjnymi. Napięta sytuacja trwa dni, tygodnie i miesiące. W końcu frustracja i strach, zastępują początkową empatię i chęć niesienia pomocy. Irytacja przeradza się w złość, a stąd już tylko krok do ulicznych demonstracji i zamieszek na tle kulturowym. Te tłumione są przez władze bojące się pogromów, co znowu wzmaga poczucie niesprawiedliwości wśród sfrustrowanych obywateli. Przykłady takiego łańcucha następstw mieliśmy chociażby we Francji w sprawie obozu dla uchodźców pod Calais, w Niemczech odnośnie podpaleń ośrodków dla imigrantów oraz w Polsce, podczas wydarzeń w Ełku, będących odpowiedzią na zabójstwo młodego człowieka.

Wybuchy społecznego sprzeciwu charakteryzuje duża gwałtowność i dynamiczna eskalacja, dlatego gdy już nastąpią, bardzo ciężko je wygasić. Władzom pozostaje wtedy już tylko siłowe zaprowadzenie ładu publicznego. Tym sposobem docieramy do punktu, w którym zawiedzeni dotychczasowym porządkiem ludzie, wybierają w najbliższych wyborach siły skrajne, często silnie nacjonalistyczne. Z taką sytuacją mieliśmy już do czynienia w trapionej przez zalew imigrantów i ataki terrorystyczne Francji. Jeszcze kilka lat temu nacjonalistyczna partia Front Narodowy Marine Le Pen uznawana była za marginalną, utożsamianą z zacofaniem. W grudniu 2015 roku omal nie wygrała wyborów samorządowych. W niektórych departamentach poparcie dla jej kandydatów przekraczało w pierwszej turze 40% (np. w dotkniętym nielegalną imigracją Calais i alpejskim Côte d’Azur). Ponieważ jednak francuski system wyborczy ma też drugą turę, głównym partiom udało się zawrzeć pospiesznie wypracowane, szerokie porozumienie. Polegało ono na wycofaniu się części kandydatów i skonsolidowaniu głosów na najpopularniejszych w danym regionie politykach, niezależnie od ich politycznej afiliacji, byleby nie radykalnych. Wszystko w celu zablokowania wygranej FN. Pomogło też taktyczne głosowanie wyborców tychże partii na tzw. „mniejsze zło”. Tym sposobem, oszukując nieco zasady demokracji, odwleczono to co wydawało się nieuchronne (vide wybory w 2017 roku). Front Narodowy zdobył „jedynie” ponad 27% głosów w skali kraju (czyli ponad 6,8 mln), przy 40% dla umiarkowanej prawicy i 31% dla lewicy. Tymczasem wybory prezydenckie w Austrii nieomal wygrał kandydat nacjonalistycznej partii FPÖ („Austria: I tura wyborów prezydenckich sukcesem skrajnej prawicy” – PSZ, 27.04.2016), a w Niemczech rośnie w siłę antyestablishmentowa Alternative für Deutschland. Wszystkie te partie mają nadal bardzo poważne szanse na uzyskanie jeszcze lepszych wyników w kolejnych wyborach. A przecież nie tak dawno scenę polityczną Grecji, Portugalii i Hiszpanii przejęły ugrupowania powstałe na fali społecznego niezadowolenia i bankrutujących gospodarek. Tyle że wtedy były to partie skrajnie lewicowe.

Wybory regionalne, Francja 2015. FN zdobywa największe poparcie w regionach zakreskowanych (6 z 12 w kraju / 17 razem z zamorskimi).

Ludzie są zmęczeni dotychczasową władzą i jest to po wielu latach rządów tych samych polityków zjawisko zupełnie naturalne. Mechanizm buntu wobec rzeczywistości jest więc taki sam, zmieniają się tylko sympatie polityczne. Taka sama jest postępująca radykalizacja przekonań wywołana kryzysem gospodarczym, jak falą imigracyjną i zagrożeniem terrorystycznym, mówiąc krótko, poczuciem utraty bezpieczeństwa, które powodując strach, wzbudza nieracjonalną chęć wyboru łatwych i szybkich rozwiązań. A takie rzadko bywają właściwymi w dłuższej perspektywie czasowej. Przed nami lata rządów populistów, a im bardziej zagrożeni będą czuć się obywatele, tym bardziej radykalnych wybiorą przedstawicieli. No dobrze, ale na usta ciśnie się pytanie: skoro tak, to czemu popularność zyskują ruchy do tej pory zupełnie marginalne, bez zaplecza i struktur, zamiast np. powszechna w każdym kraju parlamentarna opozycja? Z kilku powodów. Po pierwsze, opozycja to zazwyczaj partie, które już miały okazję rządzić, a ich postulaty polityczne nie są wystarczająco radykalne. Nie niosą więc nadziei na zmianę. Po drugie, nową siłą okazały się media społecznościowe, dzięki którym posiadanie rozbudowanych struktur regionalnych przestało być warunkiem skutecznego dotarcia do wyborcy. Po trzecie, o czym już wspominałem, radykałowie dostali wreszcie odpowiednie finansowanie. A to bardzo ważny aspekt w początkowej fazie rozwoju ruchu politycznego, zanim z grupki pasjonatów wyrośnie realna siła. Pieniądze otrzymują oczywiście od Kremla, gdzie doskonale odczytano nastroje i wykorzystano szansę na stworzenie przychylnych sobie ugrupowań. To właśnie za współpracę z rosyjskimi służbami i promocję „ruskiego miru” ABW aresztowało lidera prokremlowskiej partii „Zmiana” – Mateusza Piskorskiego. Co ciekawe, celem infiltracji są zwłaszcza grupy skrajnie nacjonalistyczne, które przynajmniej w teorii powinny być wrogie spuściźnie ZSRR i caratu. W ich przypadku stosuje się mniej bezpośrednie metody, np. organizuje prowokacje i sztucznie eskaluje konflikty społeczne („Incydent w Przemyślu. Zwierzchnik grekokatolików potępił zakłócenie ukraińskiej procesji” – WP, 27.06.2016). Tym samym są prawdopodobnie akty wandalizmu wymierzone w polskie cmentarze („Ukraina: wandale pomazali farbą polski cmentarz w Bykowni” – Onet, 25.01.2017) na Ukrainie i ukraińskie w Polsce („W Werchracie zniszczono kolejny pomnik UPA!” – Lubaczow, 10.10.2016). Właśnie te interesy reprezentuje Obóz Wielkiej Polski (którego członkowie wzięli udział w obozach paramilitarnych pod Moskwą), Falangi albo piszący paszkwile portal Kresy.pl. Ale działalność tego typu grup może wyjść daleko poza dezinformację i propagandę. Najlepszym przykładem była próba przeprowadzenia zamachu stanu w Czarnogórze („Rosjanie szykowali przewrót w Czarnogórze” – RP, 28.10.2016) w październiku 2016 roku. Całą akcję przeprowadzali serbscy nacjonaliści z partii Zavetnici oraz agenci GRU (rosyjski wywiad wojskowy). Sprawcy zostali pojmani przez Serbów, a następnie po wielu dniach negocjacji, tych z rosyjskim obywatelstwem wydano Moskwie.

Narodowcy na Marszu Niepodległości 2013, Plac Defilad, Warszawa.

Vox populi, vox Dei – głos ludu, głosem Boga. To dlatego radykałowie będą prześcigać się w coraz śmielszych pomysłach. Zamknięcie granic? Natychmiast. Stworzenie obozów przejściowych (a naprawdę koncentracyjnych)? Nie ma sprawy. Zawieszenie praw obywatelskich, stany wyjątkowe, przymusowy pobór do wojska czy zawieszenie wyborów też wydawać się będą znakomitymi pomysłami. Przykłady można mnożyć. Przecież radykalizm, chociaż wyniesiony do władzy na fali zagrożeń ze strony ruchów islamistycznych, przełoży się także na wszelkie inne aspekty działalności państwowej, w tym na politykę unijną i tą względem np. działań Rosji. Czy solidarność europejska to wytrzyma? Być może, jeśli wykorzystamy kryzys do reformy Unii. Przy czym będzie to o tyle trudne, że wszelkie skrajne ruchy obywatelskie i partie, grać będą na rozbicie UE, izolacjonizm oraz zbliżenie z Rosją. Dla naszego regionu to ogromne zagrożenie i nie lada wyzwanie.

Rozbicie

Radykalizm i nacjonalizm, izolacjonizm, egoizm, a także ksenofobia, stanowią istotne zagrożenie dla jedności Unii Europejskiej. Mimo że zazwyczaj kojarzone są z prawicą, wypada uczciwie zauważyć, że w niektórych krajach radykalne ugrupowania mają charakter stricte lewicowy. Tak jest przecież z grecką Syrizą (ultralewicujący nacjonalizm), hiszpańskim Podemos (lewicowy populizm), czy niemieckim Die Linke (mocno komunizująca). Więc to, jak zaszufladkujemy dane ugrupowanie nie ma większego znaczenia – wszystkie są jednakowo niebezpieczne dla Europy i dlatego tak chętnie finansowane przez Kreml. Sprawa jest na tyle czytelna i jednowymiarowa, że każdy przywódca skrajnych partii czuje się w obowiązku złożyć wizytę Władimirowi Putinowi. Tak postąpiła Marine Le Pen, tak było z przywódcą węgierskiego Jobbik, Gáborem Voną czy Alexisem Tsiprasem z greckiej Syrizy. Jeśli nie wizyta w Moskwie, to przynajmniej publiczne słowa popierające rosyjską politykę w sprawie aneksji Krymu albo interwencji w Syrii („Marine Le Pen – tajna broń Putina” – Defence24, 11.12.2015).

Jeśli ugrupowania te zdobędą poparcie pozwalające na przekształcenie Europy, spodziewajmy się zniesienia sankcji nałożonych na Federację Rosyjską, sprzymierzenia się z nią w walce z Kalifatem, oraz przyzwolenia na jej działania na Ukrainie. Pamiętajmy niesławny przykład niemieckiego kanclerza Gerharda Schrödera, który będąc na urzędzie, latami lobbował na rzecz interesów Kremla, m.in. pośrednio zablokował polsko-norweski projekt połączenia gazowego, zamiast czego powstała pierwsza nitka gazociągu NordStream. A gdy jego kadencja upłynęła, otrzymał w nagrodę dobrze płatną posadę w Gazpromie („Gerhard Schröder w objęciach rosyjskiego niedźwiedzia. Przyjaźń z Putinem budzi demony przeszłości” – Natemat, 29.04.2014). Agentura wpływu jest więc faktem także dzisiaj, a dojście tych ludzi do władzy przysporzy nam nowych wrogów w Europie. Taki rozwój wypadków rodzić będzie międzynarodowe reperkusje. Polska zostanie sama z problemem wschodniej flanki NATO. Liczyć będziemy mogli najwyżej na USA i ewentualnie Wielką Brytanię. Scenariusz z „bałtyckiego gambitu” (rozdział III) stanie się bardzo prawdopodobny, a do tego dojdzie jeszcze intensyfikacja rosyjskich działań na Ukrainie i w Gruzji. Sojusz Europy z Rosją rozsierdzi Turcję, która wraz zadba o rozpalenie konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem, a do tego zamknie cieśninę Bosfor, co zmusi Rosjan do poszukiwania drogi lądowej do Syrii („Turcja zamknęła dla rosyjskich okrętów cieśniny Bosfor i Dardanele” – Forsal, 30.11.2015). Sytuacja, zamiast ulec poprawie, doprowadzi do ostatecznego rozbicia Unii Europejskiej i możemy tylko mieć nadzieję, że do tego czasu uda się zbudować silne porozumienie państw środka, tzw. Międzymorza, Niemiec i USA.

Chociaż z tym może być różnie. Nasi sąsiedzi, zarówno Czechy jak i Słowacja, ale też tak lubiane Węgry, starają się utrzymywać z Kremlem możliwe dobre relacje. Podobne działanie Polski jest niemożliwe. Pokazała to najlepiej próba ocieplenia stosunków między Warszawą a Moskwą zainicjowana przez premiera Donalda Tuska i ministra SZ Radosława Sikorskiego jeszcze w 2008 roku. Dopóki trwało ocieplenie, Putin rozgrywał przeciwko sobie dwa obozy partyjne, rządzącą Platformę Obywatelską, z trzymającym urząd prezydenta Prawem i Sprawiedliwością. Po katastrofie smoleńskiej taktyka ta tylko przybrała na sile. Brak zwrotu wraku samolotu jest w tym kontekście logicznym następstwem. Polska jest zbyt dużym i niezależnym krajem, aby dać się rozgrywać w sposób siłowy. A wrak to karta przetargowa i tzw. dźwignia w relacjach dyplomatycznych. Nie pomógł szantaż gazowy (jesteśmy niemal niezależni od rosyjskiego gazu), nie udały się kontr-sankcje (znaleźliśmy inne rynki zbytu), nic nie dało zastraszanie rozmieszczeniem rakiet balistycznych w obwodzie kaliningradzkim (zwiększamy wydatki na zbrojenia), ale gra symbolem, choćby był on li tylko usypiskiem splątanego metalu, pozostaje nieodmiennie skuteczna. Trzeba to zresztą Rosjanom przyznać, doskonale rozumieją, że największymi wrogami Polaków są sami Polacy i dopóki są w stanie utrzymywać nas w stanie wewnętrznego konfliktu, dopóty nie muszą się nas obawiać.

Co innego istnienie Unii Europejskiej, będącej jednym z gwarantów naszego bezpieczeństwa. Każdy kto przyklaśnie rozpadowi „eurokołchozu” (popularne wśród eurosceptyków pejoratywne określenie UE) , chyba nie zdaje sobie sprawy, w jak niebezpiecznym momencie historii się znaleźliśmy. Rozpad, prócz powrotu granic (co i tak nastąpi, przynajmniej czasowo), oznacza przecież rozbicie jedności i uzależnienie jakiekolwiek pomocy czy wzajemności między państwami europejskimi od widzimisię rządzących, ich dobrej woli, a nie tak jak teraz, twardego prawa. Unia, oczywiście, nie rozpadnie się z dnia na dzień, to zbyt skomplikowany organizm, oparty na wielu umowach międzynarodowych i aktach prawnych. Nastąpić to może etapami i niejako „de facto” poprzez:

  • przywrócone granice, zmianę prawa krajowego w oderwaniu albo i wbrew przepisom unijnym (kraje powołają się przy tym na własne konstytucje jako nadrzędne);
  • wypowiedzenie niektórych umów międzynarodowych;
  • brak porozumienia wszystkich członków wspólnoty i podejmowanie indywidualnych działań na arenie międzynarodowej; powstanie grup interesu opartych na tradycyjnych sojuszach (np. oddzielnie państwa południa, obok Francja-Niemcy, osamotniona Europa Wschodnia itd.).

Oczywiście, istnieje pewna ewentualność, która przypieczętuje śmierć Unii, praktycznie z dnia na dzień. Dla przykładu, wyobraźmy sobie sytuację, w której w wyniku podłożonych ładunków wybuchowych wali się brukselski budynek Komisji oraz Parlament, grzebiąc w swoich gruzach wielu urzędników, komisarzy i parlamentarzystów. Co prawda, Unia dysponuje innymi lokalizacjami (np. w Strasburgu), ale przeprowadzenie jakichkolwiek wyborów uzupełniających w warunkach wprowadzonego w różnych krajach Europy stanu wyjątkowego, będzie zwyczajnie niemożliwe. A co jeśli zrealizuje się scenariusz, o którym pisałem a propos Belgii? Zbrojne powstanie, które praktycznie wyłączy z „użytkowania” całe miasto razem z jego instytucjami? To tylko fantastyczne, ale możliwe do realizacji przykłady (choć mało prawdopodobne).

Ale po co fantazjować, jeśli w perspektywie zaledwie dwóch lat z Unii wyjdzie Wielka Brytania, kraj dla niej absolutnie kluczowy tak gospodarczo, jak i politycznie. Zwracam uwagę zwłaszcza na gospodarkę. Rozpad wspólnoty to utrata wolnego i otwartego rynku. To stracenie zamówień przez firmy i bankructwo. To powrót do kraju wielu emigrantów zarobkowych, a co za tym idzie także gwałtownie rosnące bezrobocie. To załamanie się euro i możliwa hiperinflacja. W efekcie ostateczne zerwanie solidarności gospodarczej i wprowadzenie mechanizmów chroniących rynki krajowe przed towarami i pracownikami zagranicznymi. To krach na europejskich giełdach, a dalej bankructwa banków. To absolutny chaos, przy którym kryzys gospodarczy lat 2008-2009 wyda się dziecinną igraszką.

Taki scenariusz byłby na rękę Kremlowi, który bardzo szybko uzyskałby zniesienie sankcji gospodarczych na zasadzie wzajemności. Pojedyncze, nie stanowiące zwartego przymierza kraje można dowolnie rozgrywać, nieustannie rozbudowując strefę wpływów. Tak wykształcony nowy układ sił, zacząłby obowiązywać na lata doprowadzając do nowej zimnej wojny.

Jak temu zapobiec? Ważne, aby umiejętnie ważyć interes narodowy z dążeniami innych państw europejskich, szukać kompromisów, dbać o relacje międzypaństwowe, handlować i to nie tylko w rozumieniu gospodarczym, ale przede wszystkim dyplomatycznym. Dyplomacja to wszakże najczystsza forma handlu i kto o tym zapomina, nie może być w niej skuteczny.

Niestety, dobre relacje z zagranicznymi politykami to jeszcze nie wszystko. Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, jest pozytywne odbieranie naszego punktu widzenia przez europejskie społeczeństwa. To ludzie, wyborcy, w ostatecznym rozrachunku zadecydują o tym, w jakim kierunku zmierzać będzie polityka ich kraju. Świat wojny informacyjnej wymaga ogromnego zaangażowania sił i środków oraz spójnej i przemyślanej polityki informacyjnej. Po raz kolejny wskażę na Amerykanów. Pijemy Coca-Colę i zajadamy się hamburgerami nie dlatego, że mamy je za szczyt kulinarnych dokonań, tylko dlatego, że stały się one synonimem wolności, demokracji, życia z uśmiechem na amerykańską modłę. To jak najbardziej zaplanowany efekt amerykańskiego mesjanizmu (Rozdział II), ugruntowany przez kinematografię Hollywood. A przecież USA od zakończenia II wojny światowej stoczyło przeszło dwadzieścia wojen, a drugie tyle pośrednio wywołały w ściśle określonych celach politycznych. To miliony ofiar i tragedii. I co? Nadal ich lubimy, bo Amerykanie są po prostu cool (tłum. równe chłopaki).

Taką samą taktykę stara się stosować Rosja. Z tym, że jest ona obliczona na nieco mniejszą skalę i ma dwa rodzaje odbiorców. W pierwszej kolejności tych wewnętrznych czyli cały rosyjskojęzyczny świat dawnego ZSRR, który jest wysoce podatny na manipulacje. Nie posiada żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym (zwłaszcza Zachodem), nie ma więc porównania, nie ma dostępu do alternatywnego punktu widzenia i informacji z innego niż autoryzowane przez rząd źródła. Drugi zewnętrzny, czyli głównie Europę, w której rosyjska narracja prezentuje swoją optykę. A ta mówi, że Federacja miłuje pokój ponad wszystko i tylko broni się przed agresywnymi zachowaniami NATO, a wojnę na Ukrainie wywołali sami Ukraińcy. Tej ostatniej trzeba oczywiście nieustannie przeciwdziałać, ale równie ważne jest by starać się dotrzeć do ogłupionych do granic absurdów Rosjan. To niełatwe, Władimir Putin jak ognia boi się wszelkiej opozycji i niezależnych mediów. W grudniu 2011 roku Rosją wstrząsnęły niespotykane od lat uliczne protesty antyrządowe („Rekordowe demonstracje w Rosji. Wyjątkowo spokojne” – TVN24, 10.12.2011). Ich skala zaskoczyła władze, toteż w efekcie poczyniono wszelkie starania by zapobiec im w przyszłości. Represjonowano ostatnie niezależne media i dziennikarzy, przejęto kontrolę nad bardzo popularnym i alternatywnym wobec Facebooka portalu społecznościowym Vkontakte. Zginął lider opozycji Borys Niemcow, innych aresztowano bądź zmuszono do wyjazdu, a prezydent Putin powołał nowy rodzaj wojsk, absolutnie lojalną wobec siebie Gwardię Narodową („Gwardia Narodowa w Rosji – twarda pięść Władimira Putina” – WP, 11.04.2016). Zadanie jest więc trudne do przeprowadzenia, ale eksperci są zgodni. Do Rosjan trzeba mówić ich językiem (tylko 5,5% Rosjan zna angielski, dla porównania w Polsce znajomość tego języka deklaruje ponad 37% – Źródło: Główny Urząd Statystyczny, Kapitał Ludzki w Polsce 2015.), prezentując nasze stanowisko i punkt widzenia. Tylko tak można zmienić politykę Kremla z zewnętrznie ekspansjonistycznej, na skupiającą się na rozwiązywaniu problemów wewnętrznych (np. dramatycznym stanie infrastruktury, walce z biedą i bezrobociem, wprowadzeniem długo odwlekanych reform).

Balansowanie na krawędzi

Filarami naszego bezpieczeństwa są Unia Europejska, NATO oraz własna armia. Na żadnym z tych elementów nie możemy w tej chwili w 100% polegać, ale musimy robić wszystko, by je umacniać. Z 28 państw członkowskich sojuszu, tylko pięć przeznacza na armię wymagane traktatem 2% PKB (lub więcej). Są to Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Grecja, Polska i Estonia. Musimy wykazać się wspólnotową solidarnością, musimy animować politykę NATO i musimy rozbudowywać naszą armię, nie jutro i nie za rok ale dzisiaj, teraz, natychmiast. Jest to nasze być albo nie być. W najlepszym razie, wyjdziemy z tego kryzysu wzmocnieni, a sprawa rozejdzie się po kościach (choć to mało prawdopodobne). Nasze działania wewnątrz wspólnoty muszą prowadzić z jednej strony do wzmocnienia współpracy, ale z drugiej do koniecznych reform jej polityki i prawa. Nie możemy jednak godzić się na wszystko, bo rozpad unii jest na tyle realny, że przedkładając jej interesy nad swoimi, postawimy się w niekorzystnej sytuacji, kiedy jej zabraknie. Ponadto, na pewne sprawy nie mamy wpływu. Nie uszczelnimy niemieckich granic i nie zamkniemy ich salafickich meczetów. Nie zmienimy decyzji w Brytyjczyków w referendum i nie zreformujemy greckiej gospodarki. Nie zbudujemy Belgom armii i nie powstrzymamy wszystkich zamachów.

Członkostwo w NATO daje nam poczucie bezpieczeństwa, ale nie gwarancję pokoju.

Nawet NATO, którego spiritus movens są przecież USA, może okazać się siłą niewystarczającą do zapewnienia nam bezpieczeństwa. Sojusz gotowy jest działać tak jak dotychczas, czyli poprzez marynarkę i lotnictwo, ale z zaangażowaniem wojsk lądowych jest znacznie gorzej. Jeśli już, nastąpi to w ograniczonym zakresie (zapowiedziane na szczycie NATO w Warszawie, dwie brygady obecnie przebazowane do Polski). W ostatecznym rozrachunku, możemy liczyć tylko na siebie. A nasza armia jest w tej chwili w marnym stanie (przede wszystkim osobowym). Co prawda MON stara się sytuację naprawić, ale nie ma gwarancji, że dane nam będą jeszcze co najmniej 2-3 lata spokoju, a tyle czasu potrzeba, by istotnie wzmocnić nasz potencjał obronny i mieć jakiekolwiek nadzieje na powstrzymanie agresora.

Józef Piłsudski, będąc już u schyłku życia, miał powiedzieć:

Balansujcie jak długo się da, a gdy się nie da, podpalcie świat.

Miał na myśli położenie Polski między radziecką Rosją, a hitlerowskimi Niemcami, między walczącymi o wpływy hegemonami. To odwieczny polski problem, z którym ponownie musimy się zmierzyć. Dziś jednak powinniśmy być mądrzejsi o historyczne doświadczenia. Jesteśmy zbyt słabi militarnie, by angażować się w wojny i zbyt nieporadnie kreowaliśmy naszą politykę regionalną, by stać się (mimo naturalnych przesłanek) przeciwwagą dla Wschodu i Zachodu. Dlatego póki tego stanu rzeczy nie zmienimy (przez pracę wewnętrzną), musimy wspierać Zachód. A kiedy w wyniku rozwoju sytuacji, przestanie on gwarantować nasze bezpieczeństwo, priorytetem musi być odsunięcie wojny od naszego terytorium. Choćby oznaczało to odwrócenie się plecami do dotychczasowych sojuszników. Nie popełniajmy błędów Józefa Becka, który w swoim (tak dziś lubianym) pompatycznym przemówieniu stawiał jakiś przedziwny twór nazywany „honorem narodu” wyżej niż życie obywateli i integralność państwa polskiego.

Nie ma czegoś takiego jak honor w polityce międzynarodowej. Są tylko partykularne interesy i pragmatyzm, a ten ostatni powinien być dla nas jedynym wyznacznikiem polityki. Owszem, budujmy Międzymorze powolnymi, mozolnymi krokami. Proces ten zajmie lata, nie kilka i nie kilkanaście, ale dziesiątki. Nie ma nic złego w ustanowieniu tak dalekosiężnego kursu naszej polityki. W końcu Niemcy od ponad stu pięćdziesięciu lat forsują swoją Mitteleuropę (koncepcja ta w naturalny sposób ewoluowała z militaryzmu w dominację gospodarczo-polityczną).

Terroryzm, radykalizm i rozbicie jedności. To musimy, my jako Europa, przetrwać.

Reasumując, Europa, USA, tak jak i cały świat, są obecnie na rozdrożu, ale to od Amerykanów zależeć będzie najwięcej. Ich długofalowym celem jest powstrzymanie chińskiej ekspansji. Z tego względu Biały Dom stara się wysondować możliwość porozumienia z Kremlem poprzez podział wpływów. Nieoficjalnie wiadomo, że oznacza to akceptację, w takiej czy innej formie, aneksji Krymu oraz zniesienie sankcji w zamian za wygaszenie wojny w Donbasie („Henry Kissinger has ‚advised Donald Trump to accept’ Crimea as part of Russia” – Independent, 27.12.2016). Przeszkodą w tej chwili jest nastawienie państw europejskich, jak i samej Ukrainy. Dlatego możliwe, że Rosja spróbuje zaognić sytuację jeszcze bardziej, tak aby zgoda na podział kraju wydała się wcale nie tak złym rozwiązaniem. Moim zdaniem, jeden z bardziej prawdopodobnych scenariuszy zakłada, że nastąpi to poprzez mniej lub bardziej siłowe zdyscyplinowanie albo wymianę władz Białorusi („Łukaszenka coraz bardziej boi się ‚ruskiego miru’” – Fronda, 29.01.2017) oraz rozpalenie na nowo regionalnych konfliktów, na Kaukazie (Armenia-Azerbejdżan) i na Bałkanach (Serbia-Kosowo, Bośnia i Hercegowina). Następnym krokiem będzie zastraszenie państw bałtyckich (i NATO) oraz ostateczne osaczenie Ukrainy (Mołdawia-Naddniestrze, Białoruś, Krym-Donbas, Rosja) i wymuszenie zmiany władzy. Dodatkową dźwignią negocjacyjną będą rozgrywki w Syrii i wojna przeciw Daesh. Kalifat, nawet ostatecznie pokonany w Iraku czy Syrii, trwać będzie jeszcze długo w wielu innych miejscach świata. Co ciekawe, taki sam scenariusz będzie realizowany przez Kreml w przypadku zaostrzania się sytuacji na Pacyfiku. Putin nie przegapi żadnej okazji na wzmocnienie swojej pozycji.

Czy administracja Donalda J. Trumpa poradzi sobie z tymi wyzwaniami? Czy starczy im wiedzy, umiejętności i taktu, by nie doprowadzić do światowego konfliktu? Wreszcie, czy przebudzenie Stanów Zjednoczonych, jakie zapowiada Trump, nie będzie tylko widowiskowym ostatnim tangiem? Piszę te słowa w pierwszych tygodniach 2017 roku. Wszystkie karty leżą na stole, ale poza zastanawianiem się nad przyczynami stanu rzeczy i możliwymi konsekwencjami, nie mamy żadnej możliwości przewidzenia przyszłości. Czy nowy świt wstanie w kolorze czerwonych Chin? Czy może imperialnej Rosji? To tylko niektóre z możliwości. Wiemy tylko tyle, że nadchodzący rok będzie przełomowy.

Musimy też wziąć pod uwagę, że niezależnie od tego jak skończy się ta europejska przygoda dla nas (rozpadem Unii Europejskiej, jej przeobrażeniem, podziałami, czy też wywalczoną z trudem solidarnością), niezależnie od tego czy w USA obniżone zostaną podatki, a imigranci wydaleni, czy na Bliskim Wschodzie zapanuje pokój, czy wojna rozleje się dalej, problem Rosji nie zniknie dopóki żyje Władimir Władimirowicz Putin. To jak sobie poradzimy z innymi kwestiami stanowić będzie li tylko punkt wyjściowy. Czy to my będziemy dyktować warunki Rosji (ergo, cywilizować i hamować jej imperializm), czy ona nam.

To tyle, jeśli chodzi o wielką politykę, na którą większość z nas nie ma wpływu. Jak odnaleźć się w tym wszystkim z pozycji zwykłego, szarego obywatela? Nie będę już straszył wojną, konwencjonalną czy jądrową. Uważam bowiem, że Polska jest mimo wszystko jednym z bardziej bezpiecznych krajów w całej tej zawierusze i jeśli będziemy mieli choć trochę oleju w głowie, łut szczęścia, wyjdziemy z tych niespokojnych czasów wzmocnieni. Jako obywatele pamiętajmy, że kryzys międzynarodowy pociągnie za sobą głównie problemy gospodarcze i finansowe. Giełdy i banki będą w tarapatach i kto ma akcje, obligacje lub korzysta z innych instrumentów finansowych, powinien raczej pieniądze wypłacić, kupić za nie złoto lub srebro i wsadzić w skarpety. Przynajmniej na najbliższe lata. Jednym z elementów wojny hybrydowej są ataki hakerskie na systemy bankowe i giełdowe, może więc się zdarzyć sytuacja, w której przez kilka dni lub tygodni, nie będziemy mieli dostępu do swojego konta bankowego. Miejmy więc odłożona na czarną godzinę gotówkę i nieco podstawowych zapasów (żywność, artykuły pierwszej potrzeby). Oprócz tego, nie podróżujmy w miejsca zagrożone terroryzmem lub wojną. Jeśli na takich terenach mieszkamy, pora pomyśleć o przeprowadzce. Zachowajmy czujność w masowych środkach komunikacji i nie dajmy się zwariować. Przede wszystkim, należy spodziewać się chaosu informacyjnego, zwykłych wierutnych bzdur, kłamstw i przeinaczeń obliczonych na sensację i sianie paniki. Spokojnie czekajmy na potwierdzenie informacji i wtedy dopiero analizujmy fakty, a nie plotki. Niestety rodzime media nie pomagają sytuacji, tabloidyzując i nie weryfikując przekazywanych informacji, a w niektórych przypadkach świadomie kłamiąc na potrzeby wspieranych przez siebie politycznych grup interesu. Strach jest złym doradcą, a wszystko ma swoją przyczynę. Starajmy się zrozumieć wydarzenia. Prędzej czy później, zapanuje nowy ład, w którym będziemy musieli się odnaleźć.

 

Zaczęła się globalna gra, w której wszyscy jesteśmy jedynie pionkami na planszy.

 

marzec 2017

 

KONIEC.

 

Globalna Gra została wydana w formie ebooka w dniu 15.03.2017 roku.