Prezydent Pence

Mówiąc o sytuacji politycznej w USA, nie sposób pominąć tego co robi Donald Trump. Od czasu jego zaskakującej, wyborczej wygranej w listopadzie 2016 roku niemal wszystko co powie jest analizowane, roztrząsane, krytykowane i obracane retorycznie w każdą możliwą stronę. Mimo, że nominalnie słowa jednego z najpotężniejszych ludzi na świecie mają oczywiście znaczenie, podobnej medialnej atencji nie wyzwalał chyba żaden amerykański prezydent od czasów seks-skandalu Billa Clintona z Moniką Lewinsky. Niezależnie od tego co myślimy o nim samym, Donald Trump jest punktem komentatorskiego odniesienia zarówno dla polityki międzynarodowej, jak i krajowej. Zainteresowanie to jest w głównej mierze skutkiem jego często lekkomyślnych twittów i kontrowersyjnego sposobu bycia. Nie można jednak pominąć tego, że w USA toczy się bezpardonowa wojna o władzę pomiędzy liberałami, a konserwatystami (tzw. „culture war”), podlana antysystemowym sosem społecznego oburzenia.

A gdyby tak Trumpa nie było?

Tysiące, a może i setki tysięcy jego przeciwników nie raz i nie dwa zadawały sobie to pytanie. Gdyby tak po prostu zniknął, wyparował, świat byłby lepszy. Czy nie tak?

Zastanówmy się nad tym. Są tylko trzy możliwości, w których Donald Trump przestałby być prezydentem USA. Pierwszą jest odwołanie z urzędu poprzez impeachment, drugą śmierć (ewentualnie trwała niezdolność do pełnienia funkcji), a trzecią przegranie kolejnych wyborów. Ostatnia opcja, wcale nie jest taka pewna (poprzednie wybory też miał przegrać). A tylko dwie pierwsze mogłyby teoretycznie zdarzyć się w niedługim czasie. Groźba impeachmentu ciągle wisi nad Gabinetem Owalnym ale będzie ona prawdopodobna tylko w przypadku przejęcia większości głosów w Kongresie przez demokratów, co powinno też iść w parze z większą aktywnością prokuratury. Szansę na ziszczenie się takiego scenariusza poznamy dopiero po zbliżających się wyborach do Kongresu (tzw. midterm, 6 listopada 2018). Jeśli Republikanie zdobędą większość, mało prawdopodobne (choć nie całkowicie wykluczone) by odwrócili się od prezydenta. Pozostaje więc wariant zdrowotny. Trump ma 72 lata więc nie można wykluczyć sytuacji, w której zdrowie go zawiedzie, choć nic tego nie zapowiada. Co ciekawe, amerykańscy prezydenci równie często odchodzili w zaświaty za sprawą kul zamachowca jak chorób. Przy tak rozbuchanych emocjach społecznych, popadaniu w ekstrema i rozbudzonej agresji naprawdę nie trudno o szaleńca z bronią. Co prawda ostatni prezydent USA, który padł ofiarą zamachu przeżył (Ronald Reagan), ale miał przy tym wiele szczęścia. W obu całkiem prawdopodobnych przypadkach, odwołania lub zgonu (albo ciężkiej choroby), prezydentem kraju zostanie obecny vice prezydent. Jest nim 59-letni Mike Pence. Możliwe też, że byłby on republikańskim kandydatem na urząd w razie rozwodu partii z Dondaldem Trumpem po zakończeniu kadencji (w 2020 bądź 2024 roku).

Odpowiedź na to kim jest ten człowiek, wiele nam powie o Ameryce i jej mieszkańcach, a także o możliwych konsekwencjach pełnienia przez niego urzędu prezydenta.

Sługa Boży

Mike Pence jest chrześcijaninem, konserwatystą i republikaninem. Dokładnie w tej kolejności (jest to parafraza jego własnych słów). Ten światopogląd ma ogromne znaczenie dla wszystkich jego działań.

W tym miejscu konieczna jest mała dygresja, by podkreślić różnice między amerykańską a europejską religijnością. Protestantyzm w wydaniu amerykańskim to najczęściej nie ciepły jak koc i ambiwalentny anglikanizm, albo minimalistyczny i przyjacielski polski luteranizm. Pionierskie czasy kolonizacji Północnej Ameryki przez Europejczyków to historia wygnania różnej maści tzw. „ekstremistów religijnych”, najczęściej protestanckich. Tendencja ta nigdy nie wygasła, co przełożyło się na powstanie i umocnienie kolejnych sekt, odłamów i lokalnych kościołów (patrz np.: Drugie Wielkie Przebudzenie). Pierwsze dekady kształtowania nowej tożsamości narodowej w dużej mierze oparte były o wątek wyznaniowy, czego dowody znajdujemy zarówno w Konstytucji, jak i codziennej praktyce prawnej (przysięga z ręką na Biblii). Stany Zjednoczone Ameryki to dziś religijny ewenement wśród krajów rozwiniętych, w którym blisko 80% obywateli przyznaje, że religia pełni w ich życiu ważną rolę (z czego większość to chrześcijanie). Bóg, jego wola i nakazy, wplecione są też w amerykański mesjanizm, poczucie misji w krzewieniu wartości kultury demokracji liberalnej. Są też ważną częścią poczucia patriotyzmu i tożsamości.

Mike Pence określa się mianem ewangelika, choć urodził się w wielodzietnej rodzinie oddanych, irlandzkich katolików. Duchowość zawsze była dla niego istotnym elementem życia i można powiedzieć, że poświęcił czas na znalezienie właściwej dla siebie drogi. Wiele razy popełniał błędy, na których z pokorą starał się uczyć. W wieku dwudziestu lat, pod wpływem jak sam mówi wewnętrznej przemiany, wybrał kościół Zielonoświątkowców. Znajomi z dawnych czasów opisują go jako sympatycznego, przyjacielskiego i skromnego chłopaka, który dobrze odnajdywał się w relacjach towarzyskich. Nie epatował innych swoją wiarą choć też jej nie ukrywał. Według jego własnych słów, miał poczucie misji i pokładał wiarę w to, że Bóg objawi mu właściwą drogę działania. To zresztą powtarzający się element jego biografii. Ambicja skonfliktowana z nakazami wiary. Lojalność wobec zwierzchników (lub siły wyższej), kontra oczekiwania ogółu. Tak było gdy w akademiku jako starosta roku łagodził sytuację między ciągle imprezującymi studentami a władzami uniwersyteckimi. Znana jest historia z tego okresu, gdy przyciśnięty przez dziekana w sprawie ukrycia zapasów alkoholu (na uczelni panowała prohibicja), zamiast kryć kolegów i wziąć winę na siebie jak kazał zwyczaj, po prostu ujawnił składzik przez co wszystkich spotkały reperkusje. Jednak w ogólnym rozrachunku, to on zachował dobre relacje z władzami uczelni, które w kilka lat później zaoferowały mu posadę.

Do Kongresu dostał się dopiero za trzecim razem. W pierwszej próbie, jako relatywnie młody facet (29 lat), jeździł rowerem ubrany w koszulę i krótkie szorty zaczepiając ludzi na ulicy by namówić ich na oddanie głosu. Był sympatyczny, przystojny i wygadany, ludzie go lubili ale nie miał szans z doświadczonym rywalem. Z kolejnym podejściem zmienił taktykę stawiając na kampanię negatywną. Pojedynek ten przeszedł do historii stanu Indiana jako jeden z najbrutalniejszych z uwagi na bezpardonowy czarny PR. I tym razem przegrał, co tylko pogłębiło w nim poczucie wstydu. Do tego stopnia żałował swojego zachowania w kampanii, że napisał na ten temat długi, przepraszający artykuł w lokalnej prasie. Po tej porażce, porzucił marzenia o polityce oddając się pracy dziennikarskiej. Pisał artykuły, wydawał własną gazetę, udzielał się medialnie. Jego radiowy program publicystyczny zyskał sporą popularność. Skierowany do określonego odbiorcy – białych ewangelików w średnim wieku (głównie gospodyń domowych), traktował o sprawach z bieżącego życia kraju i stanu. W tym zwłaszcza tych obyczajowych, dotyczących norm moralnych czy religijnych. W swoich opiniach był bardzo konserwatywny (m.in. sprzeciw wobec kobiet w armii) ale to w mocno purytańskim stanie Indiana tylko przysparzało mu zwolenników. Zwłaszcza, że nauczony doświadczeniem bardzo uważał na to by odnosić się z szacunkiem do osób o odmiennych poglądach. A gdy po ośmiu latach prowadzenia audycji nadarzyła się okazja do ponownego startu w wyścigu o fotel kongresmena, wygrał go w cuglach. Choć w Kongresie nie wyróżniał się jako szczególnie aktywny polityk, to świetnie radził sobie w relacjach towarzyskich, co pozwoliło mu piąć się w hierarchii Partii Republikańskiej (został szefem klubu). Szło mu to tym łatwiej, że miał zapewnione silne wsparcie finansowe ewangelickich lobbystów. Grupy wpływowych i hojnych darczyńców GOP’u (tzw. Grand Old Party – czyli Republikanów). To właśnie jeden z nich, Paul Reed zasugerował by Pence powrócił do macierzystego stanu i wystartował w wyścigu o fotel gubernatora. Z poparciem konserwatystów miał spore szanse na sukces. W przedwyborczych zmaganiach, mimo nagabywania doradców, do końca odmawiał zgody na rozpoczęcie kampanii negatywnej. Miał rację. Zwycięstwo na powrót umocniło w nim wiarę w specjalną misję zleconą przez Boga. Jego ambicją był nie fotel szefa stanowego rządu będący jedynie etapem przejściowym, ale ten najważniejszy – w Waszyngtonie. I wszystko byłoby dobrze, bo choć nie zasłynął jako wybitny urzędnik to nadal cieszył się popularnością (dzięki obniżce podatków i redukcji wpływów związków zawodowych). Poważnie brano go pod uwagę w wyścigu do nominacji na prezydenckiego kandydata Republikanów. Niestety, ponownie zgrzeszył, tym razem pychą. Namawiany przez lobby ewangelickie zgodził się na podpisanie bardzo kontrowersyjnej ustawy służącej „wolności religijnej”. Polegała ona na prawie przedsiębiorcy do odmowy obsługi z pobudek religijnych, osób o orientacji homoseksualnej. Ustawa wzbudziła ogromne kontrowersje, a sprawa głośna była w całych Stanach. Protestowali nie tylko liberalni wyborcy, ale całe związki zawodowe oraz firmy, które groziły wycofaniem się z lokalnych inwestycji. Za nim po tygodniu medialnego bicia piany, Pence w końcu skapitulował łagodząc zapisy ustawy, straty wizerunkowe były już nie do odrobienia. Jego notowania gwałtownie spadły, a dodatkowo zdobył tak silny negatywny elektorat w skali kraju, że utracił realną szansę na nominację swojej partii w wyborach prezydenckich. Wydawało się, że będzie politycznie skończony. Był rok 2015 i jedyne co mógł zrobić Mike Pence, to gorąco się pomodlić.

I Bóg go wysłuchał, choć z pewnością nie takiego wybawienia oczekiwał.

Szara eminencja

Donald Trump jest wszystkim, czym bogobojny ewangelik powinien gardzić. Ohydnie bogaty kobieciarz, dla którego moralność to jedynie wskazówka, a nie zasada postępowania. Z drugiej strony, świętoszkowaty, nudny i śmiesznie biedny konserwatysta był dla Trumpa kimś z zupełnie innej bajki. A jednak, coś między nimi zaiskrzyło. Z początku na pewno chodziło o pragmatyzm. Spece od kampanii wymagali od Trumpa by pozyskał głosy białych konserwatystów. W amerykańskim systemie politycznym oznacza to poparcie lobbystów, lokalnych liderów lub w przypadku partyjnych eliminacji, któregoś z pokonanych konkurentów. Donald Trump powtarzał wszystkim kontrkandydatom, że chce by jego „vice” był najważniejszym jaki kiedykolwiek zasiadał na urzędzie. A Mike Pence właśnie to chciał usłyszeć. Droga do Białego Domu ponownie stała dla niego otworem, choć cena jaką musiał zapłacić okazała się bardzo wysoka.

W amerykańskiej historii aż czternastu wice prezydentów zostało następnie prezydentami USA. Ośmiu na skutek śmierci swojego poprzednika, jeden w wyniku jego ustąpienia, a kolejnych sześciu w wyborach. Pozycja ta jest od czasu duetu Carter/Mondale (1977) integralną częścią prezydenckiej administracji. Druga osoba w kolejce po władzę pełni funkcję doradczą, ale też często wykonuje pewien zakres obowiązków w imieniu swojego pryncypała zarówno w polityce międzynarodowej jak i krajowej. Co ważne, wice prezydenta nie można odwołać, jego faktyczna pozycja jest więc formalnie dużo silniejsza niż pozostałych członków rządu. To, czym dokładnie zajmuje się zastępca, zależy w dużej mierze od jego indywidualnych predyspozycji, koneksji politycznych i oczekiwań samego prezydenta. A Mike Pence traktuje swoje stanowisko nie tylko jak wielką szansę na wymarzoną karierę i możliwość wykazania się ale też jako pokutę, którą zamierza sumiennie odbyć.

Trzeba przyznać, że w swoim postanowieniu jest niewzruszony niczym skała. Całkowicie oddany, co wielokrotnie udowadniał kryjąc prezydenckie wpadki. Jeśli Trump powie coś kontrowersyjnego, rozpocznie awanturę na Twitterze, Pence spokojnym, cierpliwym tonem wytłumaczy, że tak naprawdę prezydent chciał dobrze. – Ma po prostu wielkie serce i traktuje swoją pracę bardzo osobiście, przez co reaguje emocjonalnie. Ale widzę w nim dobro. To dobry człowiek. Chce by Ameryka była wielka.– mówił nie raz dziennikarzom. I to działa. Poparcie białych ewangelików jest nadal stabilne (ponad 60%), bo też Pence budzi zaufanie, ludzie go szanują. Gdy wewnątrz administracji wrze, gdy wybuchają spory, odwoływani i powoływani są nowi sekretarze, prasa donosi o wewnętrznym buncie, Mike Pence stoi przy swoim zepsutym zwierzchniku nie szczędząc mu przy tym pochlebstw i komplementów. Gdy obowiązki wzywają głowę państwa do odbycia nudnych podróży w mało ważnych sprawach, „vice” niezwłocznie go zastępuje. Można się zastanawiać skąd w tym człowieku taka wytrwałość i jak zachowania Trumpa mają się do jego wiary? Otóż Pence, chciał zrezygnować jeszcze na ostatniej prostej kampanii wyborczej, gdy na jaw wyszły nagrania rozmowy o łapaniu kobiet za części intymne. Był nie tylko zszokowany samą treścią rozmów, ale jak ponoć miała powiedzieć jego żona – oboje czuli obrzydzenie do osoby, która je wypowiedziała. Jednak kryzys został zażegnany (m.in. przez zwrócenie uwagi na „miłostki” Billa Clintona), a sam Donald Trump podobno osobiście przekonał Pence’a mówiąc, że w głębi serca jest katolikiem, który grzeszy ale chce czynić dobro. A to znakomicie wpisuje się w ewangelickie dogmaty mówiące o grzesznej naturze człowieka i dobrych uczynkach nie jako formie zbawienia, ale potwierdzenia prawdziwości wiary. Sentencją powtarzaną podczas tzw. modlitwy spowiednej jest „ „Żałuję… wierzę… pragnę”. Żałuję za swoje grzechy, wierzę w odpuszczenie ich przez Jezusa Chrystusa, pragnę poprawy własnych uczynków. Nie wiemy co grało w duszy Trumpa, szczera skrucha czy tylko wyrachowanie, ale Pence musiał mu wierzyć, ponieważ w innym wypadku zaprzeczyłby wszystkiemu temu, czym i kim jest jako człowiek. Więcej nawet, ten test był dla niego znakiem od Boga, a on zamierzał zdać go celująco.

W ten sposób, ten dziwny alians kota z psem stał się faktem. W miarę upływu dni, tygodni i miesięcy, Trump zdaje się coraz bardziej ufać swemu zastępcy, mimo że nie szczędzi mu okazjonalnych uszczypliwości i zniewag. To wiceprezydent dobierał współpracowników do pracy w administracji, to on stoi za nominacjami konserwatywnych sędziów do Sądu Najwyższego. To dzięki niemu ewangeliccy pastorzy regularnie odwiedzają Biały Dom. Dlatego też Pence jest czasem tą osobą która mówi o rzeczach bardzo ważnych, jak podczas październikowego (2018) wystąpienia w Hudson Institute.

Przemowa ta przeszła u nas zupełnie bez echa, tymczasem ma fundamentalne znaczenie dla relacji USA z Chinami. Wiceprezydent, swoim spokojnym, dobrze moderowanym głosem (doświadczenia radiowego nie sposób przecenić) oznajmił, że Chiny na masową skalę szpiegują i okradają Amerykę, że łamią dobre relacje i zasady handlowe, że militaryzują Pacyfik, a w polityce krajowej prześladują obywateli i mniejszości religijne. Wypowiadał się szczegółowo, konkretnie, ponieważ zwracał się do wąskiego grona analityków ale gdyby podobną przemowę wygłosił prezydent USA, można by ją porównać do wypowiedzenia wojny. Tymczasem prelegentem był „vice”, więc chodziło „tylko” o ostrzeżenie dla Pekinu. A ponieważ mówił to akurat ten człowiek, komunikat musiał być potraktowany poważnie. Gdy powiedział: nie da się nas zastraszyć i nigdy nie ustąpimy („we will not be intimidated and we will not stand down”) nie jednemu słuchaczowi przeszły ciarki po plecach.

Mąż opatrznościowy czy kara boska?

Wielokrotnie w swoich artykułach wspominam, że to czy prezydentem jest Trump czy inny polityk, nie będzie miało aż tak wielkiego znaczenia dla kierunku w jakim Stany Zjednoczone podążają na arenie międzynarodowej (patrz audycja: prof. B. Góralczyk, dr J. Bartosiak program 3 PR). Ten kurs się nie zmieni, ponieważ tożsamy jest z konsensusem panującym wśród amerykańskich elit (politycznych, wojskowych, naukowych, biznesowych), a tym jest zabezpieczenie interesów USA m.in. poprzez konfrontację z Chinami. Żaden polityk o odmiennych poglądach w tej kwestii nie ma w tej chwili szans na elekcję. Jednak znajomość kierunku nie oznacza jeszcze, że każdy przywódca obierzę tę samą taktykę i wybierze tę samą ścieżkę w drodze do celu. Te mogą być przecież przeróżne, mniej lub bardziej agresywne, dynamiczne lub statyczne. Barack Obama ogłaszając „pivot na Pacyfik” postawił na miękką dyplomację. Za Trumpa obowiązuje zasada „kija i marchewki”. Na efekty prowadzonych działań dyplomatycznych czy handlowych zazwyczaj czeka się lata. Inaczej jest w polityce krajowej. Tutaj, w połączeniu z Kongresem, prezydent jest w stanie wprowadzać zmiany, które widoczne są przez wyborców już w krótkiej perspektywie czasowej. Na tym zresztą polega amerykański system wyborczy. Kto nie pracuje na rzecz wyborców, ten nie otrzymuje ponownej nominacji. Wiedzą o tym zarówno Trump jak i Pence. To czego ten pierwszy nie rozumie to fakt, że wieczne antagonizmy nie przysparzają mu sympatii. Wskaźniki prezydenckiej popularności ciągle pokazują znaczącą przewagę przeciwników nad zwolennikami (mniej więcej 60 do 40). Inaczej w przypadku Pence’a, kompletnie ambiwalentnego społecznie (tylu przeciwników co zwolenników). W takim ustawieniu, wiceprezydent jako przyszły kandydat w wyborach może łatwo przejąć cały elektorat Trumpa, dodając do tego część głosów jego przeciwników. Co ważne, miałby pełne poparcie Republikanów, a być może i części Demokratów w Kongresie.

Należy więc poważnie brać pod uwagę ewentualność, w której Mike Pence zostanie prezydentem USA. Ale czy jego prezydentura byłaby lepsza od poprzedniej?

 

Jeśli dzisiaj mowa o „wojnie kulturowej” w USA, swoistej kontrofensywie konserwatyzmu i tradycyjnych wartości, to trudno się spodziewać by to zjawisko ustało. Przeciwnie, prawica ma większość w Sądzie Najwyższym i wielu innych instytucjach, przez co łatwo o wniosek, że religijny prezydent tylko te tendencje umocni. To, czy Ameryka wróci do swych purytańskich korzeni to głównie wewnętrzny problem Amerykanów i tamtejszej lewicy, która już teraz obawia się świata prosto z kart dystopijnej powieści „The Handmaid’s Tale”. Dla świata ważniejszym jest głęboka wiara Pence’a w boską ingerencję. Prezydent nadal najpotężniejszego państwa globu nie powinien pokładać decyzji li tylko w rękach Boga, a są przesłanki by taką tezę postawić. Przykład? Mike Pence zawsze wspierał działania Izraela. Jak sam powiedział, dlatego, że tak przekazuje Pismo Święte:

Moje wsparcie dla Izraela w dużej mierze bierze się z mojej wiary. W Biblii, Bóg obiecał Abrahamowi Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył.”(oryg. My support for Israel stems largely from my personal faith. In the Bible, God promises Abraham, ‘Those who bless you I will bless, and those who curse you I will curse.’”)

Jako gubernator przed podjęciem ważnej decyzji, potrafił pojechać do domu po to by się w spokoju pomodlić. Nie raz modlił się też wspólnie ze współpracownikami jako kongresman, co było zresztą przyczyną niewybrednych żartów innych parlamentarzystów.

Samą w sobie wiarę trudno przecież uznać za coś zdrożnego, ale przecież nie chodzi o nią, a o to na ile gotów jest oddawać ważne dla świata decyzje bożej opatrzności. Łatwo tutaj o utratę proporcji. Coś z czym przecież boryka się przez całe życie. A może to tylko sposób na pogłębioną refleksję? Szukanie odpowiedzi.

W znaczeniu narodowym, silna wiara w Boga wzmacnia amerykański mesjanizm i niekoniecznie musi prowadzić do wygaszania konfliktów, prędzej do sprawiedliwego gniewu i dążenia ku przesileniu. W istocie, widzący wszędzie interes i ważący koszty z dochodami Trump jest mniej skłonny do prowadzenia wojny, niż patrzący przez pryzmat arbitralnej słuszności Pence. W końcu myślący podobnie ludzie rozpalili ogień niezliczonych konfliktów w historii świata. Ostatnio przez lata wysoko wznosili sztandary w Syrii, podbijając i rabując w imię Proroka. To oczywiście tylko przykłady, bo tak naprawdę nie można czynić znaku równości między islamskim ekstremizmem a amerykańskim purytanizmem.

Ale pytanie pozostaje. Na ile jest w tym człowieku religijnego ekstremizmu, na ile rozsądku i politycznego pragmatyzmu? Czy jako prezydent popadnie w pychę popełniając kolejny, kosztowny błąd, bo nie będzie nikogo wśród śmiertelników przed kim musiałby zginać kark? A może powodowany zachowawczą rezerwą powróci do polityki izolacjonizmu, zamykając USA na zło świata? Możemy tylko spekulować. Faktem jest, że brak Trumpa być może uspokoi emocje w mediach społecznościowych ale niekoniecznie wpłynie pozytywnie na sytuację międzynarodową. Z drugiej strony, być może stoicki spokój, płynący z głębi szacunek do oponentów i lepsze rozumienie polityki, pozwoli by Pence miał dużo większą siłę przebicia niż chaotyczny i agresywny Trump? Cokolwiek niesie przyszłość, warto więcej uwagi przywiązywać do osoby Mike Pence’a, który z całą pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w polityce. Kto wie, być może Bóg ma dla niego dziejową misję do wykonania. Oby nie taką, która polegać będzie na wciśnięciu czerwonego guzika.

Źródła:

https://en.wikipedia.org/wiki/Religion_in_the_United_States

https://www.theguardian.com/us-news/2018/aug/28/mike-pence-shadow-president-review-path-to-power

https://www.theatlantic.com/magazine/archive/2018/01/gods-plan-for-mike-pence/546569/

https://www.polskieradio.pl/9/396/Artykul/2203493,Polska-na-geopolitycznej-mapie-swiata