Pat migracyjny

Choć migracja jest zjawiskiem globalnym, to w wymiarze europejskim nadal największym jej źródłem są kraje Afryki i Bliskiego Wschodu (rzadziej kraje typu Afganistan, Pakistan, Indie). O tym kierunku decyduje bliskość geograficzna oraz zamożność Europejczyków ale prawdziwym, pierwotnym źródłem napływu dużej liczby ludności jest oczywiście demografia. Mniej więcej od 1970 roku, aż po dzień dzisiejszy (dane na rok 2017) niemal cała Afryka oraz Półwysep Arabski notuje wyraźny wyż populacyjny. Historycznie i geograficznie, intensywność tego zjawiska podlegała fluktuacjom. Ramowe wartości dla całego kontynentu zamykają się przeważnie w przedziale od 2 do nawet 5% rocznie (wg danych Banku Światowego) w poszczególnych krajach. Okresowo, przyrost ten bywał też słabszy. Jednakże już przynajmniej od końca lat 80’tych XX wieku następuje eksplozja demograficzna w państwach afrykańskich (zwłaszcza Sahelu). Od tej pory, współczynnik dzietności dwukrotnie przerasta ten w państwach arabskich, notując 3-4% rocznie i jest to tendencja w zasadzie niezmienna.

Dla przykładu, posiadający w 1992 roku 3.79% przyrost naturalny Sudan, zyskał rok do roku ponad 800 tys. nowych obywateli. Populacja kraju wynosząca w tamtym czasie 22 mln, w 2017 liczyła już 37 mln ludzi. To oznacza, że dzieci urodzone na początku wzmiankowanego wyżu, zaczęły wchodzić w dorosłe życie w latach 2008-2012.
Nieliczni, którzy mieli szczęście, albo było ich stać – szli na studia. Jeśli nie, od razu trafiali na trudny rynek pracy bez perspektyw. Żyli bowiem w państwach borykających się z szeregiem wyzwań cywilizacyjnych jak dostęp do bieżącej albo chociaż czystej wody, czy podstawowej opieki medycznej. Wielu wybierało emigrację, ale w dobie dominacji autorytarnych reżimów, państwowe granice były często zbyt trudne do sforsowania. Rozbudowany aparat wojskowo-policyjny, nierespektowanie praw człowieka czy też sam fakt kooperacji państw południowej Europy z satrapiami północnej Afryki, nie tylko czynił ewentualne łamanie prawa ryzykownym (np.: poprzez nielegalne przekroczenie granicy), ale też nie gwarantował przyjęcia w miejscu przeznaczenia w Unii Europejskiej. W tamtym czasie państwa europejskie potrafiły masowo deportować nielegalnych imigrantów (np.: w 2006 roku Hiszpania odesłała ponad 150 tys. osób pochodzenia afrykańskiego). Przeszkody te nie eliminowały zjawiska migracji zarobkowej, ale mimo wszystko znacznie ją ograniczały. Szczególnie, że same państwa północnoafrykańskie potrafiły też jakąś część poszukujących pracy przybyszów zatrzymać u siebie. Nie zawsze tak radykalnie jak rekrutująca czarnoskórych najemników Libia, ale też poprzez absorpcję taniej siły roboczej jak np.: przyjmujący imigrantów z Rogu Afryki – Egipt, czy tradycyjnie tranzytowe Maroko.

Taka ograniczona migracja była więc w pewnym stopniu korzystna dla rozwiniętych gospodarek. Zwłaszcza w obrastającej w przywileje pracownicze Europie Zachodniej, gdzie brakowało rąk do pracy. Imigracja z Europy Centralnej i Wschodniej co prawda pozytywnie wpłynęła na produktywność m.in. Wielkiej Brytanii, Niemiec czy państw Beneluksu, ale mniej więcej od lat 2004 (daty akcesji do Unii Europejskiej) – 2007 (wstąpienia do strefy Schengen) trwała już kolejna fala wewnątrz unijnej migracji składająca się głównie z ludzi z wykształceniem średnim, lub wyższym. Pozostawał więc problem braku niewykwalifikowanych pracowników do najprostszych prac. Mimo bijącej na alarm Hiszpanii (ale też Włoch i Grecji), której plaże regularnie szturmowały przemytnicze łodzie wysadzające migrantów z Afryki Środkowej, nie było woli politycznej do przyjęcia spójnej polityki radzenia sobie ze zjawiskiem współczesnej, wielkiej wędrówki ludów, poza podstawowymi ramami prawnymi wprowadzonymi konwencją dublińską i jej późniejszymi nowelizacjami. Milczący konsensus zakładał, że wobec deficytów na rynku pracowniczym, Europa będzie w stanie zasymilować imigrantów ku obopólnej korzyści. Ci ze wschodu Europy osiadali w jej centralnej części, ci z Afryki przeważnie na południu. Przy czym bogatsze państwa, jak Francja i Niemcy, dysponowały rozbudowanym systemem pomocy społecznej, który miał być środkiem w drodze do integracji. Państwo oferowało szereg ułatwień, jak darmowe kursy językowe, pomoc urzędniczą, zapomogi dla samotnych matek etc. Przybywający do Unii mógł więc liczyć na cały szereg profitów, o których nie mogli marzyć w kraju pochodzenia. Oczywiście, istniały też pewne obwarowania. Dla przykładu, w Niemczech imigrant spoza UE starający się o wizę pracowniczą powinien posiadać wykształcenie, lub umiejętności potrzebne na rynku pracy. Miał określony czas na znalezienie posady. Jeśli chciał wystąpić o obywatelstwo, musiał przebywać w kraju przynajmniej 8 lat, pracować, mówić po niemiecku, nie być skazanym za przestępstwa, zdać specjalny egzamin oraz zrzec się obywatelstwa kraju pochodzenia. Żaden z tych wymogów nie dotyczył jednak azylantów ani uchodźców wojennych lub politycznych. A tych zaczęło dramatycznie przybywać już od początku 2011 roku, kiedy to świat arabski uległ rewolucyjnej fali przemian.

W ciągu zaledwie roku, stanowiące wcześniej migracyjną przeszkodę państwa Maghrebu, pogrążyły się w chaosie. Przestały kontrolować swoją przestrzeń, a granice stanęły otworem. W bliskowschodnią grę włączyli się lokalni rozgrywający (Arabia Saudyjska, Katar, Turcja), szukający sojuszy czy to z USA czy Rosją. Dodatkowo, sytuację pogorszyła wojna w Syrii i Iraku, a zwłaszcza narodziny salafickiego Państwa Islamskiego, tzw. Kalifatu, którego żołnierze dokonywali (choć nie oni jedni) masowych mordów na ludności niesunnickiej. Już od 2013 roku, przez Morze Śródziemne zaczęła przedzierać się rosnąca ludzka fala, która rozlewała się po brzegach południowej Europy, następnie wnikając głębiej w kontynent. Bardzo szybko sytuacja wymknęła się spod kontroli. Żadne z europejskich państw Morza Śródziemnego nie posiadało wystarczających środków by po pierwsze, powstrzymać nielegalną migrację, a po drugie, przetworzyć (zewidencjonować, nadać status, zapewnić nocleg, jedzenie etc.) tak wielką liczbę przybywających. Ci zresztą często nie ułatwiali urzędnikom zadania, podając fałszywe informacje na temat swojego pochodzenia i wieku, fałszując dokumenty, lub je po prostu wyrzucając. Nic w tym dziwnego, bowiem nielegalnych migrantów (nie posiadających wiz) tzw. ekonomicznych (szukających dostatniejszego życia) wedle tak unijnych jak i krajowych regulacji, należało deportować. Tym sposobem większość przybywających występowała o prawo pobytu ze względu na pochodzenie z terenów zagrożonych wojną, prześladowaniami politycznymi lub religijnymi czy np.: klęską głodu. Stąd medialnie przyjęto termin „uchodźcy” choć osoby faktycznie mogące być za takowych uznane, stanowiły ledwie ok. 40-50% wnioskujących i to przy założeniu, że każdy podający kraj pochodzenia jako np.: Afganistan czy Irak, faktycznie z niego pochodził i był zagrożony. Wiadomo jednak, że w przypadku Syrii, państwowa wytwórnia dokumentów przeszła w ręce rebeliantów na samym początku wojny. Paszporty oferowano każdemu gotowemu za nie zapłacić. Wśród takich ludzi byli też terroryści, którzy przenikali do Europy z misją przeprowadzania werbunku i zamachów, lub czasem, uniknięcia odpowiedzialności za popełnione zbrodnie (mowa o kilku tysiącach osób). Mimo to, świadoma narastającego kryzysu humanitarnego kanclerz Angela Merkel, jednostronnie postanowiła o zawieszeniu regulacji wynikających z konwencji dublińskiej nakazujących procesowanie wniosków o azyl w kraju przybycia i wezwała do przepuszczenia uchodźców syryjskich zmierzających do Niemiec. Ponieważ jednak nie istniała możliwość faktycznej weryfikacji narodowości przybyłych morzem migrantów, Włochy i Grecja (a za nimi kolejne kraje) najpierw rozdystrybuowały wodę i żywność, a następnie z życzeniami ‚bon voyage’ zwyczajnie otworzyły swoje europejskie granice. Nieprzebrana fala rozlała się po całej strefie Schengen. A skoro niemożliwa była jakakolwiek kontrola tak dużej masy podróżujących ludzi, do karawany dołączali także poszukujący lepszego życia mieszkańcy Bałkanów (Albańczycy, Kosowarzy, Bośniacy etc.) oraz zwykli przestępcy wykorzystujący sytuację do swoich własnych celów (przemytu, handlu bronią, narkotykami, ludźmi).

W samym 2015 roku w Europie odnotowano 1.8 mln prób nielegalnego przekroczenia granicy (dane dla wszystkich szlaków migracyjnych – Eurostat), a ponad 1.3 mln osób wystąpiło o azyl (ponad dwa razy więcej niż w roku poprzednim). W tym samym czasie, legalna migracja wyniosła 2.6 mln (tyle wydano wiz). Nie istnieją dane, które miarodajnie określałyby liczbę osób nigdzie nie notowanych, które przybywają tłumnie wypełniając statki i pontony lądujące następnie na śródziemnomorskich plażach. Wiadomo, że tak jest ponieważ część udaje się schwytać, albo chociaż nagrać kamerą czy telefonem. O ile sytuacja jest na razie mniej dramatyczna niż ta z 2015 roku, o tyle ponownie ulega stopniowemu pogorszeniu. Zwalczono pewne elementy, które wzmacniały negatywne tendencje, ale nie pierwotne przyczyny. Skala ostatniego kryzysu migracyjnego wywołana została po części przez szantażującą UE Turcję i toczącą się na Ukrainie wojnę. Ankara dołożyła wszelkich starań, by z pomocą swoich służb i kontrolowanej działalności przestępczej, umożliwić jak największy transfer ludności ze swego terytorium, do Grecji i na Bałkany. Dopiero gdy w 2016 roku Bruksela zgodziła się wspomóc Turcję znacznymi środkami finansowymi (faktycznie, zapłacić wielomiliardowy okup), przemyt momentalnie ustał. W ciągu kolejnych lat europejskie służby znacznie poprawiły swoje działanie, a wojna z Kalifatem w Syrii i Iraku z początkiem 2018 roku przeszła głównie w fazę partyzancką. To z jednej strony pozwoliło na powrót bardzo wielu uchodźców (zwłaszcza przebywających w państwach sąsiednich jak Turcja, Jordania, Liban), a z drugiej znacznie utrudniło działalność terrorystyczną. Nadal jednak problemem są dysproporcja rozwojowa między Europą a Afryką, czy Ameryką Północna i Południową, która skłania do migracji zarobkowej. Nadal postępuje destabilizacja ładu światowego objawiająca się wybuchającymi w różnych regionach konfliktami zbrojnymi co zmusza miliony ludzi do opuszczenia swoich domów. Nadal trwa starcie mocarstw, które cynicznie wykorzystują dwa poprzednie zjawiska do własnych celów, odpowiednio ukierunkowując negatywne skutki np.: zamachów terrorystycznych.

W najbliższym możliwym do przewidzenia okresie żadna z tych praprzyczyn globalnej migracji nie zniknie. Zbyt wiele czynników wpłynęło na ich powstanie by dało się je dzisiaj ot tak rozwiązać. Światowi decydenci mają tego pełną świadomość i dlatego szukają doraźnych rozwiązań by przynajmniej prawnie uregulować kwestię migracji w kontaktach międzypaństwowych. W tym celu jeszcze w 2013 rozpoczęto dyskusję na forum ONZ, a we wrześniu 2016 roku podpisano Nowojorską Deklarację na rzecz Uchodźców i Migrantów (New York Declaration for Refugees and Migrants), która stanowiła podstawę do dalszych prac. Ich zwieńczeniem był tzw. Global Compact for Safe, Orderly and Regular Migration (GCM) podpisany w grudniu 2018 roku w Marakeszu. Jest to międzypaństwowe porozumienie ramowe o charakterze deklaracji politycznej, pomiędzy rządami poszczególnych państw, które zobowiązują się do dalszych działań w nim zawartych (lub z nimi zgodnych). I choć na gruncie prawa międzynarodowego nie stanowi wiążącej podstawy, w istocie będzie miało praktyczne znaczenie dla relacji międzynarodowych. Podobnie jak to było z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, która przyjęta została jako rezolucja (swoista odezwa do świata) w grudniu 1948 roku ale z czasem stała się prawem zwyczajowym, popartym kolejnymi umowami międzynarodowymi (Paktami Praw Człowieka) w grudniu 1966 roku. Tak też będzie z GCM, które w nadziei autorów – stać się ma dokumentem wiążącym w porządku międzynarodowym mimo zapisanym w jego treści „poszanowaniu suwerenności państw w zakresie stanowienia polityki migracyjnej” (pkt 15, przy czym warunkuje to „zgodnością z prawem międzynarodowym”). Bo też w samej deklaracji, nad zapisami praktycznymi (i potrzebnymi!) przeważają mało zgrabnie ukryte zapisy ideologiczne, wprowadzające na tyle szeroką definicję pojęć, by w praktyce zmusić państwa sygnatariuszy do relokacji i osiedleń migracyjnych nawet wbrew ich woli. Dla przykładu podam, że dokument nie rozróżnia migracji legalnej od nielegalnej (dzieli ją jedynie na regularną i nieregularną bez precyzowania pojęć), nakazuje zrównanie praw pracowniczych i socjalnych z obywatelami kraju (czyli de facto, utrzymywanie przybyłych przez państwo tak długo jak to konieczne w przypadku nie podjęcia pracy), oraz penalizuje krytykę tematyki migracyjnej w dyskursie publicznym (wprowadza cenzurę). Zresztą, nie chodzi tylko o wyeliminowanie krytyki, ale także prowadzenie indoktrynacji społecznej na temat zalet procesu migracyjnego i korzyści płynących z multikulturalizmu (pkt 15,16,17). GCM stara się nie tylko zapewnić podstawowe bezpieczeństwo i opiekę migracyjną, ale jest też przyczynkiem do ustanowienia globalnego systemu relokacji, łącznie z zakresem integracji migrantów w lokalnych społecznościach. W niektórych zapisach idzie tak daleko, że stwarza możliwą dysproporcję na rzecz migrantów wobec lokalnej ludności (np.: zapis o uznaniu nieudokumentowanych kwalifikacji zawodowych jako równoprawnych oraz priorytetyzacja w szukaniu zatrudnienia). Z tych powodów kilkanaście państw odmówiło podpisania dokumentu w związku z czym na razie nie wiadomo czy prace nad jego wdrożeniem będą postępować z deklarowaną intensywnością, pozwalającą na skonkretyzowanie już całkowicie wiążących zapisów prawnych do 2030 roku. Ponieważ wśród przeciwników są m.in. Stany Zjednoczone Ameryki, Rosja, Australia, Szwajcaria, Włochy, Brazylia i m.in. Polska, sytuacja może okazać się patowa.

Można śmiało stwierdzić, że GCM jest schyłkowym produktem świata globalizacji, który przeżywa obecnie głęboką zapaść. Postępująca policentryzacja świata, ścierające się interesy poszczególnych państw, czynią wszelkie globalne inicjatywy wymagające powszechnego konsensusu mało realnymi. Widać to było w szczególności na niedawnym COP24, na przykładzie trudności związanych z przyjęciem akceptowalnej przez wszystkich treści porozumienia. Niewątpliwie problem migracji, będzie jednym z najważniejszych zagadnień XXI wieku, zwłaszcza że na jego skalę wpływają zmiany klimatyczne, brak stabilności politycznej i dysproporcja w rozwoju cywilizacyjnym, a wszystkie te zjawiska ulegają stałemu nasileniu. Zamiast unikać tematu, powinniśmy bardzo dogłębnie i szczerze (bez cenzury) zastanowić się jak Polska powinna odnieść się do tego zagadnienia. Jest to nie tylko kwestia humanitarna, ale też pytanie o własną tożsamość i przyszłość. Czy duży napływ często odmiennej kulturowo ludności stanowi dla nas zagrożenie czy przeciwnie, jest pożyteczny? Czy można korzystać z niewątpliwych zalet ekonomicznych migracji zarobkowej bez narażenia struktury społecznej wskutek nieskutecznej integracji? Jakie są zagrożenia gospodarcze? Jakie polityczne lub religijne? Co nas stabilizuje, a co destabilizuje? Jak reagować na arenie międzynarodowej, skoro presja migracyjna będzie stale rosnąć? W ostatnich latach temat relokacji niemal rozsadził UE od środka. Na te wszystkie pytania musimy poszukać jasnych odpowiedzi, najlepiej odrzucając rozszalałe emocje czyniące z każdej dyskusji rozognioną, podwórkową awanturę. Niestety na razie ani media, ani politycy nie wydają się do takiej dyskusji mentalnie przygotowani.

Treść GMC:

https://refugeesmigrants.un.org/sites/default/files/180711_final_draft_0.pdf