Krwawy książę

Dżamal Chaszukdżi (ang. Jamal Khashoggi) był do niedawna prominentną postacią saudyjskiego dziennikarstwa. Od 30 lat pisał dla anglojęzycznych gazet arabskich, jako korespondent, reporter a później komentator. Jego wpływy nie wynikały li tylko z długiego stażu w mediach, ale głównie z rodzinnych powiązań prowadzących wprost do saudyjskiego tronu. W klanowych relacjach arabskiej kultury ma to ogromne znaczenie. Jego przybyły z Turcji dziadek poślubił Saudyjkę, a następnie został osobistym lekarzem króla, założyciela Królestwa Arabii Saudyjskiej – Abdulaziza al Sauda. Jego wierna służba pozwoliła rodzinie Chaszukdżi na wypracowanie znaczącej pozycji i majątku.

Dla przykładu, jego syn a wuj Dżamala – Adnan Chaszukdżi, był znanym multimiliarderem, playboyem oraz handlarzem bronią zamieszanym m.in. w aferę Iran-Contras (zmarł w 2017). Jego dwie córki stały się równie rozpoznawalne. Samira wpływowa publicystka, była też matką Dodi Fayeda, milionera i ostatniego partnera brytyjskiej księżniczki Diany. Soheir, jest z kolei uznaną pisarką. A lista znanych i wpływowych członków rodziny jest jeszcze dłuższa. Nic dziwnego, że Dżamal oddał się z pasją dziennikarstwu, a przez większość życia miał liczne kontakty z saudyjskim dworem. Zaprzyjaźnił się nawet z księciem Turkim ibn Faisalem ibn Abdulazizem Al Saudem, wieloletnim szefem saudyjskich służb specjalnych (tzw. GID) i szarą eminencją na dworze aż czterech saudyjskich władców, królów Chalida, Fahda, Abd Allaha i wreszcie Salmana, za którego kadencji przeszedł na polityczną emeryturę. Znajomość ta, przełożyła się m.in. na potajemną współpracę Dżamala z saudyjskimi służbami podczas jego pobytu w Afganistanie gdzie relacjonował wojnę z ZSRR. Zresztą panowie wielokrotnie działali razem, także w dyplomacji (Turki był ambasadorem, Dżamal jego doradcą ds. mediów). Dlatego nawet będący na emeryturze Turki, potrafił otoczyć dziennikarza na tyle solidną opieką by wolno mu było otwarcie krytykować saudyjski dwór (jak na lokalne standardy). Chaszukdżi jako saudyjski patriota robił to w sposób bardzo umiarkowany. Jego krytyka wynikała po prostu z liberalnych (jak na muzułmanina) poglądów a te nie zawsze były przez monarchię źle widziane (np.: za króla Fajsala czy w pewnym stopniu następcy tronu i króla Abd Allaha). Nawoływał do reform, był sceptyczny wobec wahhabizmu, ale też wielokrotnie bronił kraju na arenie międzynarodowej. Pełnił więc rolę tzw. zaworu bezpieczeństwa, reglamentowanej opozycji przez którą społeczeństwo mogło dawać upust swym frustracjom.

Sytuacja Dżamala uległa pogorszeniu razem z dojściem do władzy króla Salmana i mianowaniu przez niego księcia Muhammada ibn Salmana (w skrócie MbS) następcą tronu (tzw. Księciem Koronnym). Jeszcze gdy dzisiejszy król, był jedynie gubernatorem Rijadu, Dżamal pisał o nim w mało pochlebny sposób, np.: oskarżając o lekkomyślne finansowanie ruchów salafickich w Afganistanie (co miało rozbijać antysowiecką opozycję mudżahedinów). Krytykę swoją podtrzymał także po zmianie władzy. Trzeba bowiem pamiętać, że Salman al Saud stał się królem dopiero w 2015 roku. Był wtedy już człowiekiem sędziwym (79 lat) i schorowanym. W ciągu kolejnych dwóch lat demencja i postępująca choroba Alzheimera praktycznie uniemożliwiły mu dalsze sprawowanie władzy. Wykorzystał to jeden z jego najmłodszych synów, dokonując ni mniej ni więcej tylko przewrotu pałacowego w czerwcu 2017 roku. Król Salman uwierzył zapewnieniom swego faworyta, że część rodziny Saudów zasługiwała na karę z uwagi na permanentne okradanie królewskiego skarbca. dając mu praktycznie wolną rękę w zaprowadzeniu nowych porządków. Najpierw pozbawił swojego wuja Muhammada tytułu księcia koronnego, następnie wyeliminował (poprzez zabójstwa i aresztowania pod zarzutami korupcyjnymi) pozostałych potencjalnych konkurentów. Kto mógł, opuścił kraj, pozostałych niepokornych w najlepszych razie czekał areszt domowy.

Muhammad ibn Salman jest człowiekiem młodym jak na potencjalnego saudyjskiego monarchę (rok ur. 1985). Być może tym należy tłumaczyć jego porywczą naturę. Kontrowersyjne, balansujące na granicy lekkomyślności działania następcy tronu nie są jednak pozbawione dalekosiężnego planu. MbS ma bowiem bardzo konkretne spojrzenie na dzisiejsze Królestwo Arabii Saudyjskiej. Z wielu jego wypowiedzi i wywiadów można ułożyć spójny i dający się logicznie uargumentować obraz. W jego opinii kraj tkwi w społeczno-kulturalnym zacofaniu, trawiony jest korupcją przez uwłaszczenie bardzo licznej rodziny królewskiej na państwowym majątku, a w dodatku poza ropą, pozostaje absolutnie bezwładny ekonomicznie. Wszystkie te czynniki przekładają się na nieustanne napięcia społeczne, które kiedyś doprowadzą do rozpadu państwa (m.in. wskutek wojen wewnątrz rodziny królewskiej). Ta „państwowa niedołężność” przekłada się też na międzynarodową (a zwłaszcza regionalną) pozycję kraju, która powinna być znacznie lepsza. Nie chcąc dopuścić do upadku państwa, książę postanowił działać ogłaszając szeroki plan reform znanych pod wspólną nazwą „Wizja 2030”. Mimo zdecydowanie liberalnego światopoglądu (jak na lokalne standardy!), książę pozostaje politycznym tradycjonalistą (i to raczej w duchu antycznych satrapii). Rządzi brutalną ręką, która jest tak samo ciężka dla przeciwników, jak i umiarkowanej opozycji, bądź też pomniejszych krytyków monarchii.

A zapowiadało się na mentalny przełom. Młody władca ceni sobie wszelkie zachodnie rozrywki i w sensie użytkowym szanuje tę kulturę. Radykalnie ukrócił działalność policji religijnej ścigającej obywateli za łamanie szariatu. Zainicjował szereg zmian obyczajowych, pozwolił kobietom kierować samochodami i wchodzić na stadiony sportowe, a także zakładać firmy bez zgody męskiego opiekuna. Sukcesywnie otwiera kina (zakazane od 35 lat), inicjuje imprezy rozrywkowe w rodzaju koncertów, pokazów wrestlingu czy monster trucków. Jednym słowem powoli uchylając drzwi konserwatyzmu, wpuszcza odświeżający powiem zachodniego liberalizmu, jako wzór podając system społeczny panujący w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Czyli połączenia szariatu ze zdywersyfikowaną gospodarką i ograniczonym modernizmem. Robi to jednak na własnych warunkach, karząc wszystkich wysuwających się poza szereg (chcących więcej i szybciej).

Bardzo szybko rozpoczął też reformę państwowej administracji, jej gruntowną reorganizację i restrukturyzację. A gdy w wielkiej listopadowej czystce 2017 roku nakazał aresztować 200 biznesmenów i członków rodziny królewskiej pod zarzutami korupcyjnymi, świat tylko przyklasnął. Nikt przecież nie lubi złodziei, a tych trzymano tak długo aż „oddali skradzione pieniądze” (czyt. wykupili się). Zachodnie media ledwie wspomniały o całkowicie pozaprawnym charakterze takiego postępowania. Przecież w monarchii, wszystko jest własnością panującej dynastii, czy nie tak? Jednak gdy z taką samą surowością potraktowano działaczy monitorujących respektowanie praw człowieka, aktywistów społecznych (m.in. profesora królewskiego uniwersytetu, działaczki na rzecz dopuszczenia kobiet do samodzielnego kierowania samochodami), entuzjazm Zachodu w stosunku do MbS osłabł, zapalając pierwsze czerwone lampki zwątpienia. Okazało się, że książę co prawda sukcesywnie modernizuje państwo, ale nie znosi żadnej krytyki, nawet tej która powinna mu służyć (przypadek aktywistek samochodowych).

Chwilę później okazało się, że nie chodzi tylko o Saudyjczyków, a chorobliwy egocentryzm MbS ma też wymiar międzynarodowy. Do legendy dyplomacji przeszedł spór pomiędzy Kanadą a Arabią Saudyjską. Wywołał go twitterowy komentarz kanadyjskiego szefa MSZ krytykujący Rijad za aresztowanie działaczy praw człowieka. W odpowiedzi Saudowie wydalili ichniego ambasadora a także zamrozili wszelkie kontakty handlowe z Kanadą. Towarzyszyły temu buńczuczne pogróżki, w których jasno dano do zrozumienia, że nikomu nie wolno wtrącać się w sprawy Arabii Saudyjskiej. Grożono wycofaniem z Kanady wszystkich saudyjskich lekarzy rezydentów (ponad 1000 osób), wszystkich studentów (16.000) oraz rozpoczęto proces sprzedaży wszystkich kanadyjskich aktywów finansowych nawet jeśli odbywało się to ze stratą. Działania te nawet rozpoczęto, ale ostatecznie Rijad złagodził stanowisko zastrzegając możliwość wrócenia do tematu w przyszłości.

A przecież to, kim jest MbS i jakim państwem kieruje było wiadome od dawna. Jeszcze jako minister obrony, w 2015 roku zainicjował interwencję zbrojną w sąsiednim Jemenie. W zamyśle, miała to być szybka wojną dzięki której Królestwo zdobędzie nieco regionalnego prestiżu, zdyscyplinuje swoich sunnickich sojuszników z rady GCC (Gulf Countries Council) i tym samym umocni swoją pozycję na półwyspie, konsolidując siły przeciw Iranowi. Swemu arcywrogowi, zdobywającemu coraz to większe wpływy w regionie. Wojna domowa w Jemenie polega, jak większość wojen arabskich, na starciu między sunnitami (poprzedni rząd) a szyitami (rebelianccy Huti). Królestwo stanowi już choćby tylko z racji geografii (święte miasta Mekki i Medyny) depozytariusza wartości islamu, dlatego jego interwencja w obronie sunnickiego porządku w sąsiednim kraju wydawała się politycznie uzasadniona. Tym bardziej, że leżący na południowym wybrzeżu Półwyspu Arabskiego Jemen, mógłby stanowić niebezpieczny irański przyczółek gdyby Huti mieli utrzymać się u władzy. Wszystkie te plany legły jednak w gruzach, razem z jemeńską infrastrukturą. Słabo uzbrojeni górale okazali się przeciwnikiem nie do pokonania dla wyposażonych w nowoczesny sprzęt, wspieranych przez marynarkę i lotnictwo sił arabskiej kolacji. Interwencja okazała się kosztowną klapą, dlatego MbS postanowił Jemen zagłodzić ustanawiając lądowo-morsko-powietrzną blokadę kraju, niczym średniowieczny sułtan szturmujący mury zbuntowanego miasta. W wyniku blokady w kraju panuje głód, trwa epidemia cholery, brak jest podstawowych środków do życia. Nie przeszkadza to jednak rebeliantom w dalszym oporze. Co więcej, raz na jakiś czas dokonują oni ataków rakietowych na terytorium Arabii Saudyjskiej co bardzo podkopuje prestiż księcia i skłania go ku kolejnym akcjom odwetowym, m.in.: długotrwałym bombardowaniom obiektów cywilnych, w tym szkół, szpitali itp.

Zamiast więc budować swój prestiż, książę jedynie go traci. Poza nieznacznymi sukcesami w kampanii lądowej, koalicja utraciła także kilka samolotów, a nawet okręty (m.in. prestiżowego byłego HSV-2 Swift).

Saudowie grają jednak o wysoką stawkę, przywództwa całego (sunnickiego) świata arabskiego. Nie mogąc się cofnąć, szukają winnych. Wygodnym kozłem ofiarnym stał się w tym przypadku Katar. Niewielkie państwo, będące członkiem GCC oraz do niedawna także koalicji walczącej w Jemenie. Problemem jest to, że emir Kataru od dawna z powodzeniem prowadzi własną politykę zagraniczną nierzadko wchodząc w konflikt z dążeniami saudyjskimi. Dla przykładu, oba państwa uczestniczą w wojnie w Syrii, sponsorują jednak zupełnie przeciwne sobie grupy bojowników. Podobnie jest w upadłej Libii. Katar, mimo skromniutkiej postury, walczy jak zawodnik wagi ciężkiej i z racji swojego geograficznego położenia (półwysep vis’a’vis wybrzeża Iranu) mniej lub bardziej ściśle współpracuje w swych knowaniach z Iranem. Rijad potrzebował odwrócenia uwagi od wydarzeń w Jemenie. Szukał też możliwości odegrania się na Iranie, który wygrał rywalizację w Syrii, Iraku i Libanie budując bardzo silne wpływy. Padło więc na malutki emirat (patrz: „Arabia ma Katar” 16.06.2017). W czerwcu 2017 roku, Rijad poparty przez swych sojuszników wydał 13 punktowe ultimatum wobec władz w Doha, grożąc interwencją zbrojną. Ponieważ żądania te były nie do spełnienia, nowa wojna na Bliskim Wschodzie wydawała się pewna. Arabia Saudyjska czuła się w pełni uprawniona do podbicia mniejszego sąsiada, ponieważ ledwie kilka miesięcy wcześniej na wielkim spotkaniu z państwami arabskimi w saudyjskiej stolicy, prezydent Donald Trump postawił sprawy jasno. Zerwijcie z terroryzmem, albo będzie po was (patrz: „Baśnie 1001 nocy” 02.06.2017). Katar nie posłuchał być może sądząc, że skoro USA i Arabia Saudyjska sami sponsorują terrorystów w Syrii, to także jemu wolno. Nie wziął chyba pod uwagę, że owszem, pieniądze i sprzęt płynęły do syryjskich rebeliantów, ale zupełnie innych niż tych wspieranych przez Doha. Ostatecznie jednak wojna w łonie GCC nie była w tym momencie na rękę ani USA, ani Izraelowi, ani Turcji. Mimo więc trwającej od tamtej pory blokady Kataru, do inwazji na razie nie doszło. Co nie zmienia faktu, że ostatnim takim ultimatum postawionym przez jedno państwo wobec drugiego, było to Trzeciej Rzeszy wobec Polski, co wiele mówi o podejściu księcia Muhammada do dyplomacji. W tym kontekście porwanie premiera (!) Libanu Saada Haririego, pobicie go i zmuszenie do złożenia dymisji w listopadzie 2017 wydaje się dzisiaj logicznym następstwem patrz: „Ogień w świątyni” 09.12.2017).

Tak jak śmierć nieszczęsnego Dżamala Chaszukdżiego. Zwabionego do saudyjskiej ambasady w Turcji, następnie uduszonego i poćwiartowanego przez piętnastoosobową grupę do zadań specjalnych podlegającą bezpośrednio następcy tronu.

Jest to jednocześnie dobitny przykład na to jak działa polityka międzynarodowa, a szerzej – geopolityka. Mimo potworności zbrodni, saudyjski następca tronu może uniknąć odpowiedzialności. Po pierwsze, szanse na znalezienie dowodów na jego bezpośredni rozkaz dokonania zabójstwa dziennikarza są iluzoryczne. Po drugie, w absolutystycznej monarchii gdzie skazanych ścina się w publicznych egzekucjach, nawet takie zarzuty wobec członka rodziny królewskiej nie są same w sobie wystarczające do jego odwołania lub aresztowania. Po trzecie, Arabia Saudyjska jest jednym z dwóch najważniejszych narzędzi (drugi to Izrael) balansowania Bliskiego Wschodu przez Amerykanów. Przy czym w kontekście blokowania ekspansji Iranu – nawet najważniejszym. Póki więc Królestwo spełnia się w tej roli, póty największy nawet skandal będzie zamiatany pod dywan. Wbrew oficjalnej, pełnej oburzenia retoryce kierowanej do mediów na potrzeby zachodniej publiki.

Czy jednak Królewski Książę może czuć się zupełnie bezpieczny? Skala jego międzynarodowych „niezręczności” zaczyna stawać się dla wciąż żyjącego jeszcze króla Salmana co najmniej kłopotliwa. Grzech jego faworyta, jest jego grzechem. Dla kraju zaś przynosi więcej strat niż zysków. Trudno też przypuszczać, by spadające na Rijad rakiety Huti i ofiary ponoszone w Jemenie przysparzały mu zwolenników wśród poddanych. A pozostaje jeszcze jeden, najciekawszy z punktu widzenia regionalnych rozgrywek element układanki, o którym jeszcze nie wspomnieliśmy. Jest nim zachowanie Turcji. To w Stambule doszło do zbrodni i to tureckie służby dostały od Dżamala Chaszukdżiego pośmiertny prezent w postaci nagrań dźwiękowych z chwili zabójstwa wykonanych noszonym przez ofiarę zegarkiem. A to był wystarczający punkt zaczepienia dla tureckich śledczych do rozpoczęcia bardzo intensywnych działań. Problem stanowiła tylko eksterytorialność placówki dyplomatycznej. Dlatego tureckie służby umiejętnie podsycały atmosferę grozy, nie publikując nagrań a jedynie dokonując kontrolowanych przecieków co do zawartych na nich treści, świadczących np.: o tym, że dziennikarza torturowano i zaczęto ćwiartować jeszcze za życia. Jeśli Rijad chciał udowodnić swoją niewinność, musiał wpuścić policję i prokuraturę na teren placówki. Tak też się wkrótce stało, nieruchomość przeszukano od góry do dołu (dwa razy). Ciała jednak nie odnaleziono. Nie udało się też zatrzymać żadnego z członków specjalnego komanda, ani znaleźć bezpośrednich dowodów zabójstwa (poza np.: przedmiotami należącymi do dziennikarza). I choć kryminały uczą, że bez ciała nie da się udowodnić zbrodni, to same nagrania stanowią wielką wartość polityczną w budowaniu presji.

Z początku Rijad wyparł się jakiejkolwiek odpowiedzialności twierdząc, że dziennikarz wyszedł z konsulatu cały i zdrowy (okazało się, że nawet przebrano w jego ubrania jednego z pracowników konsulatu). Tureckie władze nie dały sobie jednak mydlić oczu, miały Saudów na widelcu i nie zamierzały rezygnować z historycznej szansy pognębienia konkurenta. Ankara ustami swych ministrów oraz samego Erdoğana odzierała te kulawe tłumaczenia z jakiejkolwiek powagi. Zmieniono więc wersję wydarzeń i to kilkukrotnie. Dżamal Chaszukdżi miał najpierw ulec śmiertelnemu wypadkowi, później przypadkowo zginąć po tym jak rzucił się na ambasadora, wreszcie polec w bójce z ochroną. W końcu przyznano, że dziennikarz został zamordowany przez, jak to określono „zdeprawowanych operatorów”. Książę obiecał znaleźć i ukarać winnych. Zrobił to zresztą publicznie, wobec zmuszonych do królewskiej audiencji syna Chaszukdżiego i jego brata (którym od 2017 roku nie wolno opuszczać kraju). Na zachodzie odebrano ten akt jako niepotrzebny i okrutny teatr, oraz dowód na nieprawdopodobne wręcz zakłamanie. Jaki wybór mieli jego krewni, niż tylko bić pokłony mordercy? Jak musieli się czuć?

W miarę rozwoju wypadków na światło dzienne wychodziły kolejne fakty. A to, że członkowie komanda śmierci (tzw. Tiger Squad) rekrutowani byli z osobistej przybocznej gwardii księcia, że przynajmniej jeden z nich był pod wpływem narkotyków, że na nagraniu słychać jak Chaszukdżi jest zmuszony do odbycia rozmowy (via Skype) z Saudem Al-Kahtanim (prawa ręka księcia), który żąda jego ścięcia, a to znowu że podobne polowania urządzano też na innych dziennikarzy i dysydentów. Rewelacje te tylko podsycały ciekawość i oburzenie opinii publicznej, nie pozwalając na „zamknięcie” tematu.

Bez wątpienia cała afera stanowi też duży problem tak dla USA jak i Izraela, które od dłuższego czasu sukcesywnie budowały relacje z Arabią Saudyjską (ze wzajemnością), konstruując wymierzony w Iran sojusz. Na obecnym etapie, Saudowie próbują łagodzić sytuację pieniędzmi co zresztą zręcznie wykorzystuje premier Recep Erdoğan. Zakulisowe rozmowy o kontraktach, w których Rijad płaci za swoje błędy grubymi milionami nie są żadną tajemnicą. Pytanie czy to wystarczy? Kraje takie jak Francja czy Niemcy wstrzymały wykonanie swoich umów handlowych (dostawy broni) do czasu wyjaśnienia sytuacji i ukarania sprawców. Wielu przedstawicieli banków i światowej finansjery odmówiło udziału w organizowanym w tym samym czasie przez MbS’a forum ekonomicznym. Wygląda więc na to, że może nie skończyć się tylko na usunięciu bezpośrednich wykonawców zlecenia. W ostateczności, Muhammad ibn Salman może zostać odsunięty od władzy jeśli znajdzie się ktoś z królewskiej rodziny, kto odważy się rzucić mu wyzwanie. Na to wydaje się grać Turcja (sugeruje osobiste zaangażowanie księcia, odsuwając wszelkie podejrzenia od króla Salmana). Tylko kto? Ostatnie czystki wśród rodziny, mocno zawęziły krąg pretendentów. Czy oskarżany o sprzyjanie Al-Ka’idzie Turki Al Saud mógłby być takim człowiekiem? Na pewno zachował wiele ze swoich wpływów w służbach, a jak na saudyjskie standardy nie jest jeszcze tak stary (73 lata) by nie podjąć rozgrywki o władzę. Zamachy na życie monarchy zdarzały się już nie raz w historii kraju, a przecież Turki miałby też osobisty motyw, polegający na zemście. Mógłby zresztą wesprzeć poprzedniego następcę tronu – Muhammeda bin Nayefa. A może bezpieczniejsze rozwiązanie, zastąpienie MbS’a jego młodszym i spokojniejszym bratem Khalidem ibn Salmanem? Z pewnością, USA nie miałyby nic przeciwko temu gdyby tylko istniała gwarancja, że Arabia Saudyjska nadal wykonywać będzie swoje zadania. Tymczasem każda zmiana na dworze rodzić będzie niepokoje, może doprowadzić do chaosu wewnętrznego, być może nawet wojny domowej. A na tej zyskają Turcja i Iran, zainteresowane zdobyciem dominacji w regionie, choć z zupełnie różnych pobudek. Żadnemu z tych państw nie jest po drodze z USA i Izraelem, mamy więc sytuację patową z punktu widzenia polityki międzynarodowej. A Rijad nie ma czasu, każdy tydzień czy dzień zwłoki w prowadzeniu reform kosztuje więcej niż mogłoby się na pozór wydawać.

Arabia Saudyjska nadal całkowicie polega (gospodarczo) na eksporcie ropy naftowej (ponad 60% dochodów budżetowych!). A z ceną tego surowca jest ostatnio różnie. Zwłaszcza odkąd USA stały się jednym z większym producentów ropy i skutecznie zaniżają tym cenę. Nie można więc wykluczyć, że tak jak ostrzegał w 2016 Międzynarodowy Fundusz Walutowy – do 2021 wyczerpią się rezerwy finansowe jakie Królestwo posiada za granicą. A to oznaczać będzie brak funduszy na prowadzenie wojen, finansowanie terroryzmu i inne działania oparte tylko na kapitale, nie wspominając nawet o sytuacji wewnętrznej (rosnącym bezrobociu). Czasu na reformy nie zostało więc dużo, a porażka oznacza realne widmo bankructwa kraju.

Na razie piłka jest w grze i wszystko jest możliwe. Czy Arabia Saudyjska z tego wyjdzie, czy to początek jej upadku? Mówi się, że czasem życie jednostki zmienia świat. W tym przypadku nie byłoby to życie per se, ale śmierć jednego człowieka – Dżamala Chaszukdżiego.