Jutro wojna

Czy w najbliższej przyszłości czeka nas wojna? Wielka wojna, która dotknie także Polskę?

Oto jest pytanie, na które nie ma łatwej odpowiedzi, a kto myśli że to tylko fantastyka, ten chyba nie ma zbyt dobrego oglądu rzeczywistości.

 

Jak świat długi i szeroki, wojny były, są i zawsze będą.

Wojna ma bardzo różne oblicze, ponieważ co do zasady, jest po prostu kolejną formą prowadzenia polityki. Jej narzędziem ostatecznym. Jako taka, musi służyć osiągnięciu określonych celów, np.: trwałe zajęcie danego terenu (Krym w 2014 roku) lub osłabienie przeciwnika, wymuszenie ustępstw, zdobycie pozycji międzynarodowej (Donbas, Abchazja, Osetia, Syria, Jemen etc.) albo zupełnie przeciwnie, jest narzędziem polityki wewnętrznej. Czasami jedna przechodzi w drugą. Co ważniejsze, do jej zaistnienia konieczne jest spełnienie określonych warunków. Nie jest przecież tak, że wywołanie wojny jest czymś co można zrobić z dnia na dzień bez przygotowań.

Wojnę można prowadzić za pomocą środków bojowych, ale też narzędzi tzw. miękkich: cybernetycznych, ekonomicznych, handlowych, społecznych czy wreszcie propagandowych. W zglobalizowanym świecie każdy z tych elementów naszego codziennego życia ma bardzo duże znaczenie w wiecznych zmaganiach między szukającymi przewag przeciwnikami. Wreszcie, wojna może przyjść niespodziewanie, mieć ograniczony zasięg albo wybuchnąć jak dymiący od dawna wulkan niszcząc wszystko wkoło. Nazywamy ją wtedy „totalną” i boimy się jej najbardziej.

Wypada więc zapytać, o jaką wojnę nam chodzi? A może o wszystkie razem wzięte? Wszystko zależy od odpowiedzi na pytania „po co?” (co ma osiągnąć) i „dlaczego?” (przyczyny). Pozornie, wydaje się, że w ten sposób niewiele można osiągnąć a bardzo wiele stracić. Więcej nawet, to przecież już nie te czasy gdy narody rzucały się sobie do gardeł. Czyżby?

Ogólne warunki brzegowe mogące w szerszej skali predestynować do wojny lub jej zapobiegać zależą od sytuacji międzynarodowej, jakości i siły sojuszy między państwami i powiązań handlowych. W węższym ujęciu, w regionie lub danym państwie, od stabilności ekonomicznej, sytuacji społecznej i politycznej. Jasnym jest, że świat oparty na handlu, swobodnej wymianie towarów i usług to mniej konfliktogenne środowisko, niż ten w którym trwa walka o dostęp do rynku, zbyt towarów i przepływ kapitału. Przyzwyczailiśmy się myśleć o procesach globalizacyjnych jak o epokowej zmianie gwarantującej ogólnoświatowy pokój, bo tak przez pewien czas było.

Jednak odkąd zwycięskie w II Wojnie Światowej USA wraz z 43 państwami alianckimi utworzyły pierwszy, jednolity, globalny system walutowy w Bretton Woods naprawdę wiele się zmieniło. Nie tylko społecznie, w naszej świadomości, ale też w całej konstrukcji świata. Z powojennego duopolu amerykańsko-sowieckiego po ponad 50 latach przeszliśmy w hegemonię. Dzisiaj i ona dobiega końca. Wypełniała sobą całą przestrzeń ale kurczy się i chwieje, a to pozostawia bardzo wiele miejsca dla innych sił chcących wypełnić tę pustkę.

I to jest pierwszym, zasadniczym powodem do wojny.

Antyrosyjski plakat – aut. Andrej Ermolenko

USA:

Globalny handel przestał służyć interesom USA. Przeciwnie, w ciągu ostatnich niespełna dwóch dekad razem z postępującymi procesami globalizacyjnymi nastąpił odpływ przemysłu (redukcja 5,7 mln miejsc pracy w latach 2000-2010) i kapitału z kraju, na rzecz państw z lepszym potencjałem wzrostowym i tańszą siłą roboczą (widoczne zwłaszcza w np.: elektronice, motoryzacji). Dopóki amerykańskie firmy inwestowały za granicą ale odprowadzały podatki w domu, a gospodarce dopisywała koniunktura, problem nie był dostrzegany.

Tak było aż do 2008 roku, od którego to momentu pieniędzy przestało starczać nie tylko na projekcję amerykańskiej siły w świecie ale też na choćby tak podstawowe sprawy jak dbanie o krajową infrastrukturę drogową. Konsekwencje ratowania banków, rozbudowana polityka socjalna, wreszcie, kilka następujących po sobie katastrof naturalnych pustoszących duże obszary kraju w połączeniu ze znacznymi kosztami ponoszonymi na okupację i odbudowę Afganistanu i Iraku oraz prowadzenie tzw. „wojny z terrorem” doprowadziły państwo na skraj załamania budżetowego. Od tej pory USA przestały mieć zdolności do pełnienia swojej misji „światowego policjanta”. Ta słabość została błyskawicznie dostrzeżona i wykorzystana przez przeciwników.

Dokonali tego nie poprzez konflikt (bo nadal byli słabsi), a pozory otwartej współpracy („reset” w relacjach). Waszyngton z ulgą przyjął gałązki oliwne zarówno z Moskwy jak i Pekinu, biorąc za dobrą monetę propozycję rozbudowanej wymiany handlowej. Przecież tak bardzo potrzebował chwili oddechu. W czasie gdy Rosja wykpiła się z wojny z Gruzją, w zamian za redukcję swojego w większości bezużytecznego arsenału nuklearnego, Chiny spokojnie przyciągały Stany obietnicą lukratywnej współpracy gospodarczej (przy okazji kradnąc całą technologię jaką tylko mogli skopiować). Ocieplenie nastąpiło też w relacji z Teheranem i korzystającą na „Pax Americana” Brukselą. Nie brano pod uwagę, że na dłuższą metę relacje te nie będą służyć odbudowie amerykańskiej pozycji na świecie, a wręcz przeciwnie, dalej ją podkopią. Unilateralizm przeszedł w multilateralizm, a amerykański kapitał rozpłynął się po świecie.

Tymczasem zła sytuacja gospodarcza odcisnęła swoje głębokie piętno także na amerykańskim społeczeństwie, co z kolei doprowadziło do politycznego trzęsienia ziemi – wyboru populistycznego Donalda Trumpa na prezydenta. A człowiek ten, przejmując ducha rewolucji która wypchnęła go do władzy, postawił na radykalne działania. Dopóki trwa jego pierwsza kadencja, dopóty będzie on zakładnikiem swoich wyborców. Przy czym polityka jaką realizuje, zbieżna jest ze stanowiskiem tzw. „deep state” (głębokie państwo – określenie aparatu państwowego) dlatego nie jej kierunek, a co najwyżej sposób realizacji może budzić kontrowersje. Gdyby było inaczej nie utrzymałby się przy władzy w tak niedogodnych okolicznościach (oskarżeniach o zmowę z Rosjanami etc.). Z Trumpem czy bez, Amerykanie będą oddzielać ziarna od plew i „uzdrawiać” relacje z sojusznikami, a kończyć te toksyczne. Stąd wojna handlowa, wypowiedzenie umów i porozumień, wymaganie od sojuszników wzięcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo (vide 2% PKB w NATO). Redukowanie źródeł potencjalnego konfliktu, konsolidacja sił na najważniejszych odcinkach. USA odwróciło się od Pakistanu, szuka sposobu na wyjście z Syrii, próbuje mitygować ekspansjonistyczne zapędy Rosji i Chin, jednocześnie wypychając swoich sojuszników na pierwsze linie walki o dominację w danym regionie (Izrael i Arabia Saudyjska na Bliskim Wschodzie, Polska i Rumunia w Europie, Japonia i Korea Południowa w Azji). Jednak nawet gdy Amerykanie sprawią by inni toczyli ich wojny, potrzebują czasu na odbudowę gospodarki i potencjału wojskowego. Dokładnie tak jak poprzedni hegemon, Wielka Brytania pograła sojusznikami by zyskać na czasie w starciu z Trzecią Rzeszą (vide – dr J. Bartosiak).

Podobnie dzisiaj, Waszyngton musi zyskać na czasie walcząc o zachowanie pozycji wszelkimi dostępnymi sposobami poza faktycznym starciem zbrojnym (a jeśli już to w maksymalnie ograniczonym zakresie). To przyjdzie dopiero gdy będą na nie gotowi i absolutnie pewni zwycięstwa. Do tego muszą odbudować się wewnętrznie, m.in. wspomniany już przemysł wytwórczy, opierając go w pierwszej kolejności na produkcji wojskowej. Tymczasem stosowana jest taktyka kija i marchewki. Każda groźba poparta jest alternatywą lukratywnej współpracy. Zresztą zasada ta była zupełnie otwarcie wypowiadana podczas licznych zagranicznych wizyt prezydenta.

Na słabości USA korzystają zarówno Rosja jak i Chiny, każde na swój sposób sukcesywnie zwiększając strefę wpływów. Muszą się jednak spieszyć bo taka okazja może się już nie powtórzyć.

Rosja:

Rosjanie mają coraz mniej czasu by zwiększyć swoje wpływy na arenie międzynarodowej. Zarówno odbudowa potencjału USA jak i wzrost znaczenia Chin stawiają włodarzy Kremla w bardzo trudnej sytuacji. Ogromny, zasobny kraj którego jedynym potencjałem jest eksport surowców naturalnych (największe zasoby na świecie) niewiele zyskuje na globalizacji. Posiada co prawda przemysł ciężki o dużym potencjale rozwojowym, ale ukierunkowuje go niemal wyłącznie na produkcję broni (niby podobnie jak USA, tylko bez Doliny Krzemowej). Nie dysponuje stałym dostępem do otwartych mórz i oceanów toteż w handlu musi polegać na pośrednikach.

Z uwagi na ogromną powierzchnię, jest słabo skomunikowanym wewnętrznie państwem o ogromnych dysproporcjach społecznych i jako takie przegrywa jako rezerwuar taniej siły roboczej z lepiej położoną, rozwiniętą i zdyscyplinowaną Azją (Wschodnią). Trawione korupcją, z niewydolnym w wielu aspektach systemem administracyjnym i zupełnie iluzorycznym sądownictwem zmuszone jest do wiecznej politycznej żonglerki. Swą spójność wewnętrzną opiera na resortach siłowych, autorytaryzmie i sieci powiązań (uwłaszczeniu na majątku państwowym) pomiędzy służbami, oligarchami a władzą centralną.

Społeczeństwo zaś utrzymywane jest w ryzach poprzez teatrum pozorów demokratycznych wyborów, profitom okresowej koniunktury związanej z cenami surowców oraz budowaniu dumy narodowej wspartej rozdmuchanym aparatem propagandy. Gdy jednak koniunktura się skończyła, a do tego doszły jeszcze międzynarodowe sankcje, cały system wzajemnych relacji zaczął trzeszczeć. Dlatego śruba resortów siłowych musiała zostać dokręcona, a głowy opozycjonistów zaczęły spadać jedna po drugiej.

Od dojścia Władimira Putina do władzy Rosja stosuje na arenie międzynarodowej mieszankę szantażu gazowego, przekupstwa, działań agentury oraz punktowego zastosowania siły zbrojnej. Wszystko to przykryte grubą warstwą kłamstw i półprawd sprawiającą, że sprzeciw każdego demokratycznego państwa Zachodu szukającego sprawiedliwości musi w końcu ugrząźć w tej niekończącej się dyplomatycznej „maskirowce” niczym pocisk w kamizelce kuloodpornej.

Kierunki rosyjskiej ekspansji nie zmieniają się od wielu lat. Kształt ZSRR gwarantował solidny bufor bezpieczeństwa i punkty wyjścia odpowiednio: do Europy Zachodniej, na Bliski Wschód, do Azji. Po 1991 roku, a zwłaszcza po rozszerzeniu NATO w 1999 i 2002 roku, na Kremlu zapanowało przekonanie o zepchnięciu do głębokiej defensywy. Zachodnia granica imperium zamiast na Łabie, nagle znalazła się na Bugu i Narwie, niebezpiecznie blisko samego serca państwa.

A jeśli prześledzimy, którędy eksportowana jest ropa i gaz, główne źródło dochodu państwa, wszystko stanie się jasne. Utrata Ukrainy (na rzecz Zachodu) przy jednoczesnej wrogości Polski oznaczała niemal całkowite odcięcie Rosji od rynków Europy. Z dnia na dzień, gdyby istniała taka wola, gazociągi zostałyby zamknięte i wystarczyłoby tylko kilka miesięcy by doprowadzić państwo rosyjskie na skraj bankructwa. Eksport stanowi ok. 26% rosyjskiego PKB, z czego ropa i gaz ponad 65% (dane na 2015/2016 rok) ale ten sektor gospodarki przekłada się na całą resztę, w tym na konsumpcję wewnętrzną (50% PKB) i inwestycje zagraniczne. A to stanowi śmiertelne zagrożenie dla Kremla, mającego pełną świadomość, że Federacja Rosyjska mogłaby takiego kryzysu – jako państwo – zwyczajnie nie przeżyć.

Stąd projekty South Stream i Nord Stream1/2, które w razie zamknięcia gazociągów lądowych, miałyby przejąć ciężar eksportu surowca drogą (pod)morską z pominięciem nieprzychylnych Kremlowi państw. Stąd rozprawa ze zbuntowaną Czeczenią (1999), pacyfikacja Dagestanu (2010-2012), odebranie Osetii Południowej krnąbrnej Gruzji (2008). Chodziło o udrożnienie wyjścia na południowy Kaukaz. Dalej mieliśmy inwazję na Krym (2014), podstawowy punkt w architekturze bezpieczeństwa oraz Donbas (pozostanie w ukraińskiej grze). Stąd zbliżenie z Turcją i odciąganie jej od Zachodu przy jednoczesnym umiejętnym balansowaniu w Syrii (kolejna wojna – 2015) i relacji z Iranem. W tym kontekście, odległe zagrożenie związane z chińską ekspansją na wschodzie ma znaczenie zupełnie drugorzędne.

Chronologia wydarzeń, którą przedstawiłem powyżej dokładnie pokazuje nam sposób działania oraz, co ważne, cele jakie stoją przed Federacją Rosyjską w najbliższej przyszłości. Najważniejsze będzie zapewnienie eksportu surowców przez Bałtyk oraz Morze Czarne, niezależnie od kosztów jakie ewentualnie będzie trzeba ponieść. Najlepszą drogą byłby nowy koncert mocarstw i wymuszenie korzystnych ustępstw drogą pokojową ale Kreml gotowy jest też na rozwiązanie siłowe. W tym celu sformowana została ofensywna 1 Gwardyjska Armia Pancerna, należąca do Zachodniego Okręgu Wojskowego, która pełną gotowość bojową ma osiągnąć w 2020 roku. Jednocześnie prowadzone są działania zmiękczające wizerunek Rosji, jak (kupiona) organizacja mundialu piłki nożnej czy wojna informacyjna (Russia Today, Sputnik etc.).

Ponieważ w wyniku inwazji na Krym projekt South Stream został retorsyjnie zablokowany, Rosja bardzo szybko dokonała zwrotu w relacji z Turcją, przez której terytorium ma teraz przechodzić nowy projekt (tzw. Turkish Stream). W ten sposób wykorzysta istniejący od 2007 roku gazociąg między Turcją a Grecją, a z kolei interkonektorem w Grecji (ITGI) linia połączona zostanie z rurociągiem w Bułgarii (ICGB – pozwolenie na budowę wydano w 2017 roku). To idealny punkt wejścia do południowej Europy. W przyszłości będzie stąd można podłączyć Włochy, a także Serbię (i całe Bałkany) oraz Austrię z Węgrami. W tej chwili wszystkie z wymienionych państw posiadają władze o sympatiach prorosyjskich, które chętnie przyjmą putinowski gaz. Dla nich Rosja nie jest realnym zagrożeniem, a jedynie odległym graczem balansującą silniejszych sąsiadów. Rządy które mają sympatie prozachodnie są za to poddawane presji a w grę wchodzą nawet próby ich zbrojnego obalenia (vide sytuacja z Czarnogóry w 2016 roku).

Patrzmy i podziwiajmy jak w ciągu zaledwie 15 lat Rosja wbrew wszystkim zapewniła sobie swobodę działania na Morzu Czarnym. Wojną i sojuszami, intrygą i przekupstwem. Bez tego nie byłoby żadnego południowego rurociągu. Dlatego:

Udane zablokowanie Nord Stream 2 i nowego South Stream, będzie drugim powodem do wojny.

 

Chiny:

Gdyby zastanowić się co jest największą siłą Rosji w rozumieniu sprawność państwa, można powiedzieć że to mistrzowski poziom prowadzenia polityki międzynarodowej, łączenia wszelkich dostępnych środków w jeden zabójczy koktajl tak szybko i tak sprawnie, że inne państwa pozostają w wiecznej defensywie. Za każdym niemal razem Rosja zmieniając rozgrywkę sprawia, że inni grają według już nieaktualnych zasad. W ten sposób zachowuje inicjatywę, zmusza do reakcji które są dla niej wygodne.

Chiny działają podobnie, lecz wolniej i z większą rozwagą. Są jak sędziwy arcymistrz Xiangqi (chińskie szachy) pozwalający przeciwnikom popełniać błędy. Często dostosowują się do sytuacji międzynarodowej, wykorzystując okresowe tendencje czy to rynkowe czy polityczne. Chińczyków na to zwyczajnie stać. Inaczej niż Rosjanie, dysponują ogromnym, wszechstronnym przemysłem pracującym zarówno na użytek wewnętrzny jak i zewnętrzny. Chociaż krajowa sieć komunikacyjna jest miejscami słabo rozwinięta, to dysponując bezpośrednim dostępem do oceanu Chiny mogły eksportować swoje produkty do każdego miejsca na świecie. Kiedyś, z pokorą przyjęły od USA rolę biednego robotnika. Dziś już mało kto wierzy w ten obraz, a ciężka praca przyniosła im profity, o których 50 lat temu nie mogły nawet marzyć. Dlatego stare ramy stały się dla Chińczyków zbyt ciasne.

Mają co prawda zasobne państwo, mogące teoretycznie silić się na całkowitą samodzielność ale nie przy utrzymaniu tak wysokiego wzrostu gospodarczego opartego na eksporcie. Produkują więcej niż mogą wykorzystać, wobec czego potrzebują więcej surowców i materiałów niż są w stanie wydobyć lub wytworzyć poprzez przemysł krajowy. A do tego wielka, żółta fabryka musi mieć dostęp do klientów, bo tylko w ten sposób można będzie podtrzymać koniunkturę. Tkwią w pułapce własnego sukcesu i dlatego muszą dokonać ekspansji, bo jej zaniechanie w istocie nie jest żadną alternatywą, oznacza automatyczną porażkę.

Wbrew jednak reformom wojskowym i stale rozbudowywanej armii, Pekin niechętnie patrzy na wojnę, szukając raczej pokojowych sposobów na rozwiązanie konfliktów. Przez długie lata budował w ten sposób swoją pozycję w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. W tej chwili dysponuje jedynie drogą morską do Europy, ale intensywnie pracuje nad alternatywnymi trasami które znane są pod wspólną nazwą projektu „One Belt & One Road” (Jednego Pasa i Jednej Drogi). To daleki dystans, dlatego jego pokonanie wymaga szczególnych środków. Pierwszym zadaniem jest zabezpieczenie Morza Południowochińskiego stanowiącego okno na świat. Dla porównania Morze Wschodniochińskie „obstawione” jest przez aż trzech sojuszników USA – Koreę Południową, Japonię i Tajwan – więc w razie konfliktu pozostanie zamknięte. Tymczasem posiadanie Wysp Paracelskich i Spratly daje Pekinowi pole manewru, automatycznie zwiększając głębokość strategiczną. Znacznie taniej i szybciej jest bowiem usypać lotniska na archipelagu niewielkich wysepek koralowych niż zbudować flotę lotniskowców mogącą mierzyć się z US Navy. W drugiej kolejności koniecznym jest zabezpieczenie dalszego eksportu na zachód. Utrzymanie żeglowności cieśniny Malakka może okazać się problematyczne, stąd starania o budowę dróg lądowych do krajów sąsiednich, m.in. Mjanmy i Pakistanu (porty handlowe w Kyaupkyu i Gwadar), przy jednoczesnym zabezpieczeniu Zatoki Bengalskiej dogodną bazą morską na Sri Lance (Hambantota). W ten sposób kłopotliwa dla Chińczyków przeprawa w pobliżu proamerykańskiego Singapuru zostanie ominięta. Równocześnie prowadzone są działania zmierzające do budowy kolejnych dróg lądowych przez Azję Centralną, głównie przez stepy Kazachstanu (Korgas), chociaż z podłączenia do szlaku handlowego chcieliby skorzystać też położeni nieco na uboczu Mongołowie i Turkmeni. Trzecie zadanie, to zabezpieczenie rejonu zatok Adeńskiej i Omańskiej przez budowę baz w Dżibuti (operacyjność osiągnęła w 2017 roku) i pakistańskim Gwadarze. Czwartym, jest ostateczne połączenie się z Europą: kanałem sueskim przez Egipt, lądem przez Iran, Rosję lub w sposób mieszany przez Turcję i Morze Czarne.

www.straitstimes.com

Punkty pierwszy, drugi i trzeci są w znacznej części w końcowej fazie realizacji (tzw. String of Pearls – sznur pereł, baz morskich). Jedyną niewiadomą pozostaje punkt czwarty. Nie znamy jeszcze ostatecznego przebiegu tej ostatniej fazy Nowego Jedwabnego Szlaku. Jest wiele czynników, które mogą o tym zdecydować. Na profity z nim związane liczy nie tylko Polska, ale też państwa Europy Środkowej. Wiemy natomiast, że już tylko z powodów geograficznych spoglądać powinniśmy na rejon południowo-zachodniej Rosji (Kaukaz), Morza Czarnego i Bliski Wschód. To wszystko są znakomite punkty wejścia do Europy dla chińskiej inicjatywy. Gdyby jednak komuś zależało na jej zablokowaniu, byłyby to też dogodne tereny do łatwej destabilizacji.

Z chwilą otwarcia NJS, amerykańskie panowanie na morzach i oceanach straci na znaczeniu. Flota przestanie decydować o handlu, a przynajmniej jej wpływ będzie dużo mniejszy (vide teoria, że handlu morskiego nie da się nigdy zastąpić). Chiny mają wszystko czego potrzebują by urzeczywistnić swój plan poza czasem. Ich nieustępliwa cierpliwość, ich pieniądze i elastyczność pokonają każdą barierę poza jedną. Pacyfizm i miękka siła zda się na nic, gdy na swojej drodze staną naprzeciw wojny. Zmiana zasad gry związana z przejściem wymiany handlowej z wody na ląd, pozbawi USA władzy, a do tego nie mogą przecież dopuścić dlatego opracowana na wiele lat strategia może zostać pogrzebana poprzez dynamiczną kontrakcję „tu i teraz” (krótki horyzont czasowy).

To jest trzeci powód.

 

 

Środki realizacji i możliwości prowadzenia wojny:

Mamy więc trzy powodu do wybuchu konfliktu między trzema światowymi mocarstwami.

  1. Osłabienie pozycji USA, w konsekwencji wycofanie się z wielu obszarów polityki międzynarodowej i ograniczone zdolności do projekcji siły. Próba powrotu „na tron”.
  2. Osłabienie Rosji poprzez odcięcie jej od rynku zbytu surowców. Jej walka o przeżycie.
  3. Ekspansja Chin wymuszona rozwojem gospodarczym kraju. Walka o rynek i przyszłość.

Wszystkie te państwa mają wzajemnie sprzeczne cele strategiczne, których realizacja prowadzić będzie do osłabienia pozostałych. Żadne nie może się wycofać ale też w tej chwili żadne nie jest w stanie zaangażować się w pełnoskalową wojnę z pozostałymi. Mam tu na myśli walkę wszelkimi sposobami w tym bezpośrednie starcie militarne. Taką zdolność osiągną najwcześniej za 2 lata – pomiędzy rokiem 2020 a 2021. Wszyscy gracze prowadzą w obecnej chwili intensywne programy zbrojeniowe, przezbrajają i przebazowują jednostki, konsolidują władzę i sojusze. Po niebie Azji, Europy i Bliskiego Wschodu niemal nieustannie latają samoloty szpiegowskie oraz bojowe, badające stan środków antydostępowych i reakcję przeciwnika, a okręty podwodne potajemnie sprawdzają tory wodne w portach i topografię akwenów. To nie są tylko puste, propagandowe gesty mające demonstrować siłę lub zastraszać, jak to chcą widzieć media. To bardzo rzeczywiste przygotowania do starcia. Te sygnały należy traktować bardzo poważnie. Wiele państw tak robi. Przywracany jest np.: obowiązkowy pobór do wojska (Litwa w 2015, Szwecja w 2018), sprawdzane są plany mobilizacyjne a ludność otrzymuje instrukcję postępowania na wypadek konfliktu. Tak postępuje USA, Rosja i Chiny, ale też mniejsze państwa sojusznicze. I tyle właśnie czasu potrzebują by skończyć przygotowania.

Mimo wszystko, nie ulegajmy zbytniej fiksacji na sprawach wojskowych. Utrudni to bowiem zauważenie prostego faktu:

Ta wojna już się toczy.

Na razie prowadzona jest głównie za pomocą środków „miękkich”, na wybranych odcinkach, chociaż pojawiają się też starcia w konfliktach zastępczych (Syria). Trzeba pamiętać, że dzisiaj starcie między państwami rozwiniętymi wygląda zupełnie inaczej. W globalnym świecie informacyjnym, połączonym miriadami powiązań czołgi nie stanowią głównego narzędzia zajęcia przestrzeni przeciwnika. Są zaledwie przypieczętowaniem stanu faktycznego, symbolem już przegranej rozgrywki. Zanim chrzęst gąsienic wypełni ulice miast, dezintegracji ulegnie aparat państwowy, instytucje, narzędzia komunikacji, energetyka, złamana zostanie wola społeczeństwa do oporu a nadto będzie ono wewnętrznie skłócone. W przestrzeni informacyjnej pojawią się setki, mylących tropy kłamstw i przeinaczeń, tak poprzez sieci społecznościowe jak i mass media. Agenci zinfiltrują administrację i świat polityki, a kontrolowany korporacyjny kapitał dokona przejęcia strategicznie ważnych przedsiębiorstw państwowych lub doprowadzi do ich upadku. Wszystko po to aby atakowane państwo stało się słabe i nie potrafiło stawić skutecznego oporu. Takie „przygotowanie” może trwać miesiące, ale też całe lata, co daje agresorowi wygodną sposobność przeprowadzenia akcji zbrojnej w dowolnym momencie. Tak właśnie było w przypadku Ukrainy, infiltrowanej i rozbrajanej przez dwadzieścia lat. W sytuacji, w której pojawiło się niebezpieczeństwo zwrócenia państwa na Zachód, Rosjanie błyskawicznie zajęli strategicznie ważne dla siebie tereny, uruchomili wierną sobie agenturę i całkowicie rozbili ukraińskie zdolności do oporu. Jedyne czego nie docenili w swoim planie, to oddolny ruch nacjonalistyczny wśród ukraińskiej młodzieży patriotycznej. To ochotnicze bataliony powstrzymały Rosjan przed zajęciem całego Donbasu, dając czas potrzebny do odbudowy systemu i struktury dowodzenia państwem oraz wojskiem.

W starciu mocarstw skala działania jest o wiele większa (rozmiary państwa, gospodarki, liczba ludności), a zdolności na zupełną dezintegrację wrogiej administracji dużo mniejsze (silne instytucje państwowe). Niemniej, zasady są takie same i w razie powodzenia działań, ostateczny efekt będzie podobny.

USA wiele czasu poświęciły na próby „polubownego” załatwienia sporu z Chinami, Rosją i Unią Europejską. W przypadku tych pierwszych, starania spaliły na panewce. Pekin użył reżimu Korei Północnej do lewarowania Waszyngtonu i odciągnięcia amerykańskiej uwagi. Donald Trump nie zdobył jednak poparcia azjatyckich sojuszników dla rozwiązań siłowych toteż po roku zmagań, w końcu z wyrachowania skorzystał z możliwości ocieplenia relacji z Pjongjangiem. Musiał uwolnić się od krępującego mu ręce problemu i zrobił to w najprostszy możliwy sposób. Nikt nie wierzy w zapewnienia Kima o denuklearyzacji, ale rozmowy się toczą po to by można było konsolidować siły i środki na walce z prawdziwym przeciwnikiem w tym regionie. Zaraz po spotkaniu Trump-Kim, USA rozpoczęły wojnę handlową z Chinami, co prawdopodobnie eskaluje w wojnę walutową. Waszyngton już postanowił – „it’s my way or the highway”.

Zapowiadany od 25 lat plan uczynienia z juana następcy dolara, wszedł w życie razem z wprowadzeniem na giełdzie w Szanghaju (marzec 2018) rozliczeń za baryłkę ropy w renminbi. Jednocześnie, USA za swój cel obrało Iran, z uwagi na jego strategiczne położenie na łączniku między Azją a Europą (wyjście na Kaukaz, Półwysep Arabski, Azję itd.) oraz wygodną renomę arcywroga. Poprzez zbieżność interesów wykorzystano Arabię Saudyjską i Izrael do ograniczenia regionalnej ekspansji Iranu w kierunku Morza Śródziemnego. To właśnie te kraje wezmą na siebie ciężar konfliktu zbrojnego w Syrii, a możliwe, że i w państwach sąsiednich. Amerykanie nie mogą przecież trwonić swoich sił w tym w gruncie rzeczy mało istotnym dla nich, regionalnym starciu.

Przy odrobinie szczęścia i pod pretekstem pomocy sojusznikom, USA będą w stanie kontrolować ruch w rejonie zatok Adeńskiej i Omańskiej. W razie konieczności zablokują cały chiński eksport, bo nie trudno sobie wyobrazić nieformalne embargo wywołane nieżeglownością tych wód z powodu wojny. Jeszcze lepiej gdyby zamknięcie cieśnin odbyło się nie ich rękami, a np.: Iranu. Wtedy Amerykanie zyskają pretekst do prolongowania swojej morskiej obecności z uwagi na ciągłe zagrożenie ze strony perskiej floty.

Chiny mogłyby teoretycznie odpowiedzieć własną marynarką, ponieważ dysponują już bazami w regionie. Ich flota jest jednak słabsza od amerykańskiej, a co ważniejsze, czy ich uwagi nie zajmie wtedy Tajwan? Amerykanie będą chcieli wykorzystać tę obawiającą się o niezależność wyspę do lewarowania Pekinu (słodka zemsta za Koreę). Dla pewności, antagonizują też i tak średnio lojalny wobec nich Pakistan. Islamabad odcięty został od amerykańskich funduszy, przy jednoczesnym zacieśnieniu amerykańskich relacji z Indiami. Pakistańskim arcywrogiem. Bezpośrednie otoczenie Chin powinno więc ulec destabilizacji, najlepiej angażując jej siły w stabilizacji regionalnych waśni.

W ten sposób projekt Nowego Jedwabnego Szlaku w rejonie Bliskiego Wschodu zostanie na kilka lat zablokowany. Chiny będą musiały albo się dogadać (opłacić Amerykanów) albo szukać drogi przez Azję Centralną (łatwą do zablokowania przez Kaukaz), Rosję (możliwą do zablokowania przez Polskę i Ukrainę), ewentualnie odległą Arktykę jeśli nie będzie innego wyjścia. Za każdym razem stworzona przeszkoda odpychać będzie w czasie moment skutecznego połączenia Europy z Azją, a każdy rok tej zwłoki pozwoli Amerykanom na zbudowanie silniejszej pozycji.

Z dala od swego domu, Chińczycy będą słabsi militarnie (marynarka i lotnictwo) i niewiele będą mogli zrobić by przełamać wspomniane blokady dlatego być może tym chętniej zaangażują się w walkę środkami „miękkimi” dającymi większe szanse na zwycięstwo w starciu z USA. Większe, co nie znaczy, że wystarczające do podjęcia gry. Pekin dysponuje ogromnymi rezerwami w dolarach (największymi na świecie) ale ich użycie w warunkach wojny monetarnej doprowadzić może do krachu chińskiego rynku: wzrostu inflacji, załamania rynków finansowych i pęknięcia bańki kredytowej, a dalej kłopotów z eksportem i importem. Niewiele zmienia fakt, że Chiny są największym wierzycielem USA. Sytuacja wydaje się więc patowa i powinna na razie ograniczać skalę starcia między stronami. Na razie, bo w końcu gospodarka zostanie przestawiona na inne tory (zmniejszeni zależności od eksportu), a wymienialność renminbi w złocie może go uczynić realną alternatywą dla dolara.

Ewentualny upadek chińskiego smoka oznaczałby światowy kryzys ale też koniec projektu „One Belt & One Road”. Być może jednak taki jest ostateczny plan Waszyngtonu. Wzmocnienie własnej gospodarki, zachęty do powrotu kapitału, odbudowa przemysłu, ochrona rynku poprzez cła powinny doprowadzić do wzrostu samodzielności i odporności amerykańskiego systemu na czynniki zewnętrzne, w tym na „miękkie” środki prowadzenia wojny. W rezultacie ewentualny chiński krach byłby mniej odczuwalny, a tak osłabiony przeciwnik będzie łatwym celem dla agresywnej dyplomacji czy nawet interwencji zbrojnej (choćby na Morzu Południowochińskim).

Na drugim biegunie, negocjacje z Rosją wydają się dopiero rozpoczynać. Tutaj sytuacja jest nieco inna ponieważ taktyka narzucana przez Kreml doprowadziła do izolacji Rosjan na arenie międzynarodowej i zawęziła pole manewru. USA muszą przejąć inicjatywę ale zrobić to na tyle umiejętnie by nie doprowadzić do rozbicia jedności Zachodu. Wbrew buńczucznym zapowiedziom, wojnie celnej i animozjom między Trumpem a Merkel, Amerykanie nie poradzą sobie bez Europy. Nawet nie w sensie ekonomicznym, ale zrywając z Unią Europejską doprowadzą też do rozpadu NATO, co miałoby fatalne konsekwencje dla ich projekcji siły, bezpieczeństwa i pozycji w tej części świata. Co innego gdyby Unia implodowała pchnięta ku zagładzie przez wewnętrzne turbulencje. W gruncie rzeczy chodzi przecież o pozbawienie Niemiec unijnego przywództwa. Wtedy Wuj Sam mógłby znowu powrócić w aurze protektora i obrońcy porządku. Jest to jednak bardzo niebezpieczna gra, która może zakończyć się tragedią. Tym bardziej, że na taki scenariusz stawia Kreml i właśnie ten fakt zbliża do siebie oba mocarstwa.

Jak już pisałem, Rosja prowadzi punktowe wojny w Gruzji, na Ukrainie i w Syrii. Do tego miękkimi środkami oddziałuje na sytuację w Europie/USA – miesza się w demokratyczne wybory, używa agentury wpływu, szantażuje oraz przekupuje polityków a czasem całą administrację. W cieniu toczy wojnę wywiadów, dokonując politycznych zabójstw, ataków cybernetycznych na państwową infrastrukturę (energetyczną, bankową, administracyjną). Jest słabsza od Zachodu, toteż miesza szyki, zastrasza wojskowo i szantażuje surowcami by podzielić sojuszników wiedząc, że tylko wtedy ma szansę na wygraną. Co ciekawe, jako parasol ochronny wykorzystuje przy tym prawo i instytucje międzynarodowe. Idealnym przykładem jest tutaj polityka weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ (np.: blokowanie rezolucji ws. Ukrainy). Jednak wachlarz dostępnych środków ulega stałemu zawężeniu ponieważ przeciwnik zaczyna tej taktyce przeciwdziałać. Rosja musi się spieszyć.

Od szczytu w Newport (2014), poprzez Warszawę (2016) i Brukselę (2017/2018) NATO stale zwiększa swój potencjał i środki odpowiedzi. Najpierw stworzono tzw. „szpicę” (oddziały gotowe do akcji w 2-3 dni od otrzymania rozkazu), następnie znacznie zwiększono liczebność grupy szybkiego reagowania (z 13 do 40 tyś + nowe komponenty: morski, lotniczy i sił specjalnych). Wreszcie dyslokowano cztery batalionowe grupy bojowe na wschodnią flankę sojuszu (państwa bałtyckie i Polska), zaczęto tworzyć nową brygadę w Rumunii. W ramach operacji Atlantic Resolve trwa też rotacyjna obecność amerykańskiej brygady pancernej na wschodniej flance, a gromadzony w magazynach Europy sprzęt ma pozwolić na szybkie zwiększenie tej obecności do poziomu dywizji. Dodatkowo, zmienia się także polityka wobec działań hybrydowych, zabójstw politycznych, ataków cybernetycznych i wpływu na elekcje. Wszystkie te zachowania mogą być w przyszłości potraktowane na równi z wypowiedzeniem wojny (vide odpowiedź W. Brytanii na sprawę Skripala). Wszystkie kraje wschodniej flanki NATO zbroją się w trybie pilnym i szkolą na wypadek wojny, wliczając w to także współpracujące z sojuszem Szwecję i Finlandię.

Czy więc nadal można spodziewać się, że Rosja użyje argumentu siły militarnej jako karty przetargowej w relacji z Europą i USA? Utworzenie 1GAP i wzmocnienie jej wojskami desantowymi, rozbudowa garnizonu w Kaliningradzie i wyposażenie go w rakiety Iskander oraz baterie S-400/S-500, doroczne manewry Zapad, to wszystko narzędzia do wywierania wpływu ale koszty ewentualnej realnej zbrojnej agresji na wschodnią flankę, bez odpowiedniego przygotowania, byłyby dla Kremla zbyt duże. Tak jak pisałem wcześniej, użycie wojska będzie ostatnią fazą ataku, wcześniej porażenie zdolności obronnych przeciwnika następuje środkami niebojowymi.

Ewentualna wojna z Rosją o Europę (Wschodnią) byłaby jednak Amerykanom nie na rękę. Żeby ją wygrać, musieliby zająć rosyjski obszar rdzeniowy (Powołże). Zadanie trudne, a biorąc pod uwagę aspekt nuklearny – nawet niemożliwe. Koszty każdorazowo przewyższać musiałyby zyski. Poza tym Federacja Rosyjska nie jest w tej chwili ich głównym przeciwnikiem, a USA szkoda czasu na pozbawiony znaczenia Heartland (Halford Mackinder). Dużo wygodniej jest pływać i panować na wybrzeżach Rimlandu (Nicholas Spykman), zamykając Rosjanom możliwość ekspansji w stronę otwartych mórz. Stąd wzmocnienie potencjału obronnego Polski i Rumunii. Sabotowanie wszelkich prób nawiązania stałej współpracy między Rosją a Europą. Straszenie sankcjami ws. NordStream2 i wywieranie nacisku na Niemcy. Jest to nic więcej jak budowa solidnego muru na geopolitycznej granicy podziału wpływów mającego utrzymać Rosjan w ryzach. Idealna sytuacja, w której żadna ze stron nie będzie mogła zdobyć przewagi.

A jednak Amerykanie liczą na skłonność Kremla do porozumienia. Do tego stopnia, że obu tym państwom na rękę jest polityczne rozbicie Unii Europejskiej, mimo że z zupełnie innych powodów. Ale nie tylko to je łączy. W gruncie rzeczy, nadmierny wzrost znaczenia chińskiego NJS oznaczać będzie marginalizację rosyjskiego Dalekiego Wschodu, a w dalszej perspektywie być może i utratę tych terenów na rzecz lepiej rozwiniętego sąsiada. Waszyngton chce, jeśli nie sojuszu wymierzonego w Chiny, to przynajmniej gwarancji rosyjskiej neutralności podczas zbliżającego się konfliktu. Jeśli Putin zaakceptuje amerykańskie propozycje, w zamian może otrzymać np.: uznanie aneksji Krymu i zniesienie sankcji. Świadczą o tym liczne w ostatnim czasie doniesienia medialne, następnie stanowczo dementowane przez służby prasowe Waszyngtonu. To taki balon próbny i wysyłanie sygnałów przed spotkaniem Trump-Putin w Helsinkach 16 lipca 2018 roku. W rozgrywce z żółtym smokiem, Amerykanie będą w stanie poświęcić nie tylko niektórych sojuszników ale nawet ONZ. Jeśli do takiego porozumienia dojdzie, nasz region znajdzie się w poważnych tarapatach i to mimo NATO, mimo wszelkich gwarancji i członkostwa w Unii Europejskiej.

Jest bowiem jeden prawdopodobny scenariusz, na który Zachód nie jest obecnie przygotowany, a który może zmienić regionalny układ sił. USA grają we własną grę nie licząc się z sojusznikami tak bardzo jak chcielibyśmy to widzieć. Plotki o porozumieniu Trumpa z Putinem budziły konsternację członków NATO co oznacza tylko tyle, że plany Waszyngtonu nie były z nimi konsultowane. Ceną może być stabilności sojuszu, chociaż wiele państw i tak w nim pozostanie niezależnie od okoliczności z uwagi na brak realnej alternatywy. To czego się boją, to wykorzystanie takiego tymczasowego układu między wspomnianymi przywódcami do bezkarnych działań w Europie Wschodniej. Rosja jest pragmatyczna i chwyta okazje kiedy się nadarzają. W sytuacji wybuchu otwartej wojny między USA a Chinami, czy to na Bliskim Wschodzie czy na Pacyfiku albo nawet szerzej – zaangażowania Amerykanów na innym teatrze działań niż Europa, rosyjski atak może być szybki i zdecydowany. Całkowicie prawdopodobna jest wtedy eskalacja działań na Ukrainie (np.: w związku z wyborami) oraz jeszcze głębsze podporządkowanie Białorusi interesom Federacji Rosyjskiej. Nie chodzi nawet o formalny akt jej włączenia jak to było z Krymem (nie ma takiej potrzeby), ale o takie jej zintegrowanie, że de facto stanie się ona linią frontu. Wbrew pozorom, na razie Mińsk zachowuje pewną niezależność. Z dywizją pancerną stojącą na linii Bugu, Rosja będzie mogła dowolnie oddziaływać na całą Europę Środkowo-Wschodnią, a wszystkie opcje będą na stole. Czy to zajęcie Kijowa, czy postraszenie Warszawy marszem przez Bug co wiązałoby nasze siły i czyniło ewentualną pomoc Ukrainie czy Litwie zupełnie niemożliwą. Zwłaszcza Ukraina, pozostająca poza Zachodem, będzie zdana jedynie na własne siły i nawet w przypadku prorosyjskiego przewrotu i zajęcia połowy kraju po linię Dniepru Federacja Rosyjska pozostanie zupełnie bezkarna.

Konkluzja

Jaki obraz wyłania się z przedstawionych powyżej rozważań? Wnioski są następujące:

  1. Wojna nowego typu już się toczy.
  2. Od realnej możliwości wybuchu światowego konfliktu zbrojnego dzielą nas ok. 2 lata (2020-2021). Obecnie ta ewentualność jest jeszcze niewielka ale prawdopodobieństwo jej wystąpienia będzie stale rosnąć.
  3. Konflikt zbrojny nie jest na rękę żadnej ze stron, ale może okazać się nieunikniony jako konsekwencja prowadzenia działań środkami miękkimi.

Powyższe podsumowanie prowadzi do kolejnej konstatacji. Nowy typ wojny przyszedł po cichu i niespodziewanie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że już jesteśmy na froncie i bierzemy w niej udział. Chcemy czy nie. Cechą charakterystyczną tej wojny jest jej nieliniowość (dr. L. Sykulski), w przeciwieństwie do klasycznego konfliktu posiadającego linię frontu.

To znaczy, że toczy się ona w sposób skoordynowany na wielu płaszczyznach równocześnie: w Internecie, polityce, gospodarce, mass mediach, czasami na ulicy (demonstracje, pokojowe zajmowanie/blokowanie instytucji), dotyczy grup społecznych, albo zawodowych, w różnych częściach kraju lub globu. Narzędziami są informacje, agentura, przekupstwo i korupcja, manipulacje wyborcze, kapitał pod postacią różnorakich firm, surowce naturalne, media, poszczególni ludzie (politycy, dziennikarze, urzędnicy, biznesmeni), media społecznościowe etc. To nie jest spiskowa teoria dziejów tylko dostępne dla wszystkich fakty, z konkretnymi przykładami takich działań z ostatnich 15 lat (choć uległy intensyfikacji dopiero od 2009/2010 roku). Możemy się spodziewać, że potrwa jeszcze przynajmniej drugie tyle.

Pisałem o potężnych siłach, na które nie mamy żadnego wpływu. To, jaki nowy początek pojawi się z powstałego chaosu jest zupełną niewiadomą. Kto dzisiaj zgadnie, które z wielkich mocarstw najwięcej wygra na trwającym już starciu? Dotychczasowy potężny hegemon USA? Wiecznie chwiejąca się Rosja? Czy też wzrastający gigant Chin? Pewne jest tylko to, że nic już nie będzie takie samo gdy opadnie bitewny kurz. Odpowiedź na pytanie postawione we wstępie artykułu musi być twierdząca.

Tak, grozi nam konflikt światowy. Tak, Polska jest nim zagrożona.

 

Na zakończenie, pozwolę sobie na odrobinę patosu. Nieprawdziwe jest stwierdzenie, że nic nie możemy poradzić na to co stanie się z naszym krajem w tej całej zawierusze. Przeciwnie, tak jak ochotnicy w Donbasie przeszkodzili w pełnej realizacji planu zajęcia wschodniej Ukrainy, tak poszczególni obywatele mogą przeciwdziałać „miękkim” narzędziom agresji.

Internet jest karabinem, a informacja jest kulą.

 

Każdy z nas to uzbrojony i gotowy do walki żołnierz. Na tym polu bitwy, o zwycięstwie decyduje krytyczna analiza, zdolność logicznego rozumowania i wyciągania wniosków oraz otwarty umysł. Najważniejsze jednak, by wobec wszelkich dzielących nas różnić potrafić konsolidować się na wspólnych celach, zwłaszcza, że ogólna słabość instytucji państwowych jest dzisiaj ewidentna. Celem tym powinno być zachowanie naszej państwowości, naszego prawa do samodzielnego stanowienia, życia w taki sposób w jaki między sobą ustalimy za dogodny. To trudne zadanie, ponieważ w miarę rozwoju wypadków coraz więcej sił i środków poświęcanych będzie na wewnętrzne rozbicie państwa. Skłócenie społeczeństwa, wzmożenie konfliktów i pozbawienie nas woli do oporu.

Życzmy sobie więc, by w chwilach silnego wzburzenia emocjonalnego wywoływanego krajowym życiem politycznym, nie tracić z oczu tego co naprawdę ważne – zdolności do porozumienia ponad podziałami.