Dziwne dni

Spotkanie przywódców dziewiętnastu państw oraz Unii Europejskiej w Osace (28-29 czerwca 2019) było idealną ilustracją sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Liderzy niespecjalnie kryjący swoje emocje. Konflikt wiszący w powietrzu. Kwaśne miny i chłodne uściski. Ewidentna amerykańska niechęć do multilateralizmu, nad który przedkładano kontakty w formule „jeden na jeden”. Inaczej postępowały Chiny czy Unia Europejska szukające szerszego porozumienia. Te wyraźne animozje światopoglądowe i duże napięcia związane z głębokimi podziałami politycznymi nie zwiastowały niczego dobrego. A jednak tegoroczny szczyt G20 przyniósł światu chwilę oddechu. Chiny i USA ogłosiły pauzę w zmaganiach.

**Najważniejsze fakty**

  • USA pozwolą swoim firmom na sprzedaż technologii (niekrytycznej) dla Huawei
  • USA i Chiny wracają do rozmów handlowych, a widmo nałożenia kolejnych taryf zostaje odłożone w czasie (póki trwać będą negocjacje).
  • Rosja powoli wychodzi z izolacji, bez ponoszenia żadnych kosztów czy czynienia ustępstw.
  • Unia Europejska osiąga sukces, dostęp do rynku z 260 milionami konsumentów – zawiera bezprecedensową umowę handlową z krajami Ameryki Południowej (Mercosur – Wspólny Rynek Południa).
  • Mohammed ibn Salman definitywnie wraca na salony (sprawa morderstwa Chaszukdżiego wydaje się znikać pod arabskim dywanem).
  • W gruncie rzeczy wszyscy gracze światowych i regionalnych rozgrywek pozostają na swoich pozycjach, nikt znacząco nie ustępuje ani nie zmienia linii postępowania. Wszyscy zgadzają się tylko w tym, że wielu kwestiach się różnią.

To co może na początku dziwić, to postępowanie Donalda Trumpa. Jeszcze na tydzień przed wylotem do Osaki, amerykański prezydent nie szczędził gorzkich słów tak wrogom, jak i sojusznikom. Dla przykładu, Niemcom dostawało się za zbyt małe wydatki na obronność i partycypację w projekcie realizującym rurociąg Nord Stream 2. Indiom za bilans handlowy, a Japonii za brak wzajemności w obowiązku dołączenia do wojny w ramach sojuszu obronnego, gdyby to USA zostały zaatakowane. Wydaje się, że ta agresywność miała coś wspólnego z incydentem w cieśninie Ormuz, gdzie irańskie siły strąciły amerykańskiego drona RQ-4A Global Hawk (wartego circa 130 mln USD) i wiele wskazywało na to, że tym razem Amerykanie będą musieli odpowiedzieć zbrojnie. Stało się jednakże dokładnie odwrotnie.

Donald Trump poinformował, że wspaniałomyślnie wstrzymał atak lotniczy na cele w Iranie, ponieważ nie chciał, by z powodu zestrzelenia drona zginęli ludzie (ok. 150 osób) – to nie byłoby „proporcjonalne” – powiedział.

Tak naprawdę chodziło jednak o agendę Białego Domu. Ledwie kilka dni później Jarred Kushner miał przedstawić pierwsze szczegóły swojego długo przygotowywanego planu pokojowego dla Palestyny. To nie był dobry czas na nową wojnę, tym bardziej że Iran nie uległ presji i na poważnie szykował się do wielkiej konfrontacji na Bliskim Wschodzie. A, zajęci układaniem relacji arabsko-izraelskich, Mike Pompeo i John Bolton wiele czasu poświęcili na regionalne podróże i budowanie poparcia dla konferencji w Bahrajnie. Sytuacja była więc delikatna w naturze i wymagała szczególnej uwagi. Doskonale świadome perskich wpływów i determinacji amerykańskie służby prewencyjnie ewakuowały personel cywilny z bazy Balad w Iraku. Wiadomo było, że nawet ograniczona w skali lotniczo-rakietowa kampania w Iranie, postawi w niebezpieczeństwie wszystkie amerykańskie siły w okolicy. Teheran udowodnił już, jak za pomocą sojuszników potrafi uderzać w swoich wrogów. Świetnie pokazuje to przykład jemeńskich Hutich atakujących cele na terenie Arabii Saudyjskiej, w tym bombardujących cywilne lotniska flotą własnych dronów i ostrzałem rakietowym. Dodatkowo, siłowe pacyfikowanie Iranu nie znalazło poparcia ani w NATO, ani wśród pozostałych sojuszników. Rachunek zysków i strat był więc prosty. Amerykanie ryzykowali zbyt wiele. Choć mieli przemożną ochotę, to jednak nie mogli angażować się w drugorzędny konflikt w regionie, z którego przecież dopiero co wojskowo się wycofali i który tyle kosztował ich przez minione dwie dekady. Przynajmniej nie w sytuacji, w której po raz kolejny to amerykański żołnierz brałby na siebie cały ciężar starcia.

Dlatego konferencja „Peace to Prosperity” w Bahrajnie, na której złośliwie przezywany „książątkiem” Jarred Kushner zaprezentował część biznesową swojego planu dla Palestyny, odbyła się bez przeszkód. Nieliczni, dopuszczeni do niej zachodni dziennikarze (m.in. z The Economist) nie zostawili na niej suchej nitki, nazywając „abstrakcyjną”. Nie odnosiła się bowiem w żadnym stopniu do faktu istnienia izraelskiej okupacji i izolacji terytoriów palestyńskich. Nie brali w niej udziału Palestyńczycy (poza jedną osobą). A sam biznesplan przypominał prezentowany inwestorom projekt nowego osiedla przez dewelopera, który nie tylko nie posiada jeszcze wskazanej w nim działki budowlanej, ale nawet nie kupił jej od prawowitego właściciela, z którym jest skłócony.

Spotkanie w Jerozolimie 23 czerwca 2019. John Bolton (USA), Benjamin Netanjahu (Izrael), Nikołaj Patruszew (Rosja).

Oba wydarzenia powiedziały bardzo wiele o działaniach USA. Dla mnie najbardziej dojmujące było to, jak mocno dzisiejszy świat odwrócił się od Amerykanów i jak szybko utracili oni swoją pierwotną siłę przebicia. Gdzie się nie obrócą, tam napotykają opór. Ani Francja, ani Niemcy, ani nawet Wielka Brytania nie chcą dołączyć do antyirańskiej krucjaty. Bez efektu pozostają kolejne groźby wobec Turcji (m.in. wstrzymanie sprzedaży pierwszej partii samolotów F-35), która nadal zamierza kupić rosyjski plot system S-400 mimo kategorycznego sprzeciwu Waszyngtonu. Wreszcie, potężne Chiny w końcu odkryły karty mówiąc głośne „nie” i przestawiając gospodarkę na quasi wojenne tory (np.: chińskie stocznie – także cywilne – produkują okręty wojenne w pilnym, trzyzmianowym systemie pracy). Jasnym stało się, że Amerykanie mają przyjaciół już tylko w tych państwach, które nie posiadają realnej alternatywy i zwyczajnie muszą opierać swoje bezpieczeństwo o współpracę z Waszyngtonem (w tym gronie Izrael, Japonia, Korea Południowa, Tajwan, ale też Polska). Podobnie, stosowana przez Donalda Trumpa metoda „kija i marchewki” poskutkowała tylko do pewnego stopnia i tylko tak długo, jak dla danego kraju USA jest najważniejszym partnerem handlowym (np.: Meksyk czy Kanada). W relacji do wszystkich pozostałych, jedynie przyspieszyła rozpad starego porządku, alienując USA, co bardzo sprawnie wykorzystali inni globalni gracze.

I tak Amerykanie doszli do ściany. Zbyt słabi, by werbalne groźby przekuć w nową wojnę, ale nadal zbyt silni, by uciec w całkowity izolacjonizm. Dysponują bowiem całą gamą narzędzi z zakresu „miękkiej” polityki, jak cła, technologie czy premiujący ich system monetarny. Administracja, na czele z prezydentem, musiała być tego świadoma. To co było do osiągnięcia poprzez ogromną presję polityczną, dyplomatyczną i handlową, zostało osiągnięte. Poznano „granicę bólu” przeciwników. Dlatego wojenna retoryka zniknęła gdzieś w lecącym nad wodami Pacyfiku Air Force One. W Japonii wylądował już inny, jowialny Trump. Taki, który postanowił deeskalować konflikty. Zdeterminowany, by w zbliżającym się roku wyborczym nie doprowadzić do otwartej konfrontacji. Donald Trump rozdawał ciepłe słowa i pochwały na lewo i prawo (jak mówią Amerykanie „the talk is cheap”). O Angeli Merkel powiedział, że to „świetna babka”, o Władimirze Putinie że to „świetny facet”. Wszyscy byli według niego wspaniali, rozmowy cudowne i konstruktywne. Żartował, robił umizgi i taktyka ta faktycznie zmazała zmarszczki z marsowego czoła Xi Jinpinga. Zwłaszcza, że w zamian za obietnicę kupna dużych ilości soi od amerykańskich farmerów, Trump zgodził się zdjąć obostrzenia handlowe z chińskiego telekomu Huawei. Nic dziwnego, nawet Polska nie dołączyła do bojkotu tej firmy i to mimo aresztowania przez nasze służby jednego z jej dyrektorów. Ale czy wobec wspomnianej, globalnej samotności Amerykanie mieli inne wyjście? Zwłaszcza, że amerykańskie korporacje bardzo naciskały na deeskalację. Na razie powrócono do dalszych negocjacji z Chinami. Pekin zgodził się wrócić do stołu rozmów, choć nie wykonał żadnych ustępstw w stosunku do nakreślonej przez siebie czerwonej linii.

Premier Theresa May wita się z Władimirem Putinem. Osaka, Japonia, 28.06.2019 (foto: Carl Court/Getty Images)

Podobnie było z Rosją. Władimir Putin z trudem opanowywał cisnący się na usta uśmiech. Ledwie kilka dni wcześniej jego kraj ponownie został dopuszczony do głosu w ramach Rady Europy. Relacje z Niemcami mają się znakomicie. Potwierdzono porozumienie z Chinami i Indiami co do wykorzystania technologii 5G, obrony multilateralizmu i konieczności reformy WTO (Światowej Organizacji Handlu), co idealnie wpisuje się w politykę rosyjskiego balansowania i mieszania szyków (wcześniejsze obrócenie Turcji przeciw USA, powtarzane teraz wobec Indii). Putin przetrwał kolejny kryzys wewnętrzny (społeczny), a Krym nadal pozostaje w rosyjskich rękach. Kreml nie uczynił absolutnie żadnych ustępstw i nie zmienił swojej agresywnej polityki, a mimo to coraz śmielej wraca „do Europy”. Spora część Zachodu jest o krok od względnej normalizacji relacji z Federacją Rosyjską, mimo że na Ukrainie codziennie giną ludzie. Putin coraz częściej znajduje sojuszników przeciwnych amerykańskiej polityce. Wysoko licytuje w kwestii Arktyki i atomu. Przecież dopiero co definitywnie ogłosił zakończenie obowiązywania traktatu INF rozpoczynając nuklearny wyścig zbrojeń. Rosjanie osiągnęli także niespodziewane sukcesy i to za zgodą USA oraz Unii Europejskiej, doprowadzając do korzystnych dla siebie rozstrzygnięć w Mołdawii i Gruzji (przesilenie polityczne). Amerykanie nawet nie kryją swojej chęci do współpracy z Kremlem, głośno i wyraźnie namawiając wszystkich do normalizacji stosunków z tym krajem. Na razie jeszcze, dzieje się to pod pewnymi warunkami względem Kremla wedle znanej metody Trumpa – może być wspaniale, ale musicie najpierw z czegoś zrezygnować. Spornymi kwestiami pozostają sprawa Ukrainy czy traktatu denuklearyzacyjnego. Na dwustronnym spotkaniu z Władimirem Putinem, Donald Trump miał domagać się uwolnienia ukraińskich marynarzy z rosyjskiej niewoli. Pytanie, co zrobią Amerykanie gdy Rosja się nie podporządkuje? I czy w ogóle coś zrobią?

Nie wszystkim takie kokietowanie Rosjan wizją wspaniałej współpracy się podoba. Obecna w Osace premier Theresa May podnosiła sprawę otrucia Sergieja Skripala. Jej niechętny uścisk dłoni z prezydentem Putinem był tylko publicznym odzwierciedleniem tego co dzieje się za kulisami. W tym samym czasie, gdy trwało spotkanie G20, BBC współpracujące z grupą Bellingcat opublikowało raport stawiający tezę o udziale trzeciej (wcześniej nieznanej) osoby w próbie zabójstwa Skripala. Postacią tą miał być Siergiej Fedotow (prawdziwe nazwisko: Denis Sergiejew), oficer GRU, dowodzący całą akcją. Dokument podawał konkretne fakty, układające się w spójną całość. Publikacja raportu stanowiła alibi dla premier May unikającej porozumienia z Rosją, mimo amerykańskich nacisków. Londyn nie może tolerować na swoim terytorium szpiegowskich zabójstw z użyciem tak niebezpiecznych środków jak budzący strach bojowy środek trujący typu „nowiczok”. Żądała więc wydania przez Rosję wszystkich podejrzanych w sprawie. Jednak Władimir Putin, na ile to można stwierdzić, pozostał niewzruszony. Nic dziwnego, premier May jest już na politycznej emeryturze. Wkrótce zakończy sprawowanie urzędu i to w niesławie. A sama Wielka Brytania jest w głębokich tarapatach związanych z Brexitem i nie jest w stanie adekwatnie reagować na zewnętrzne zagrożenia, zwłaszcza jeśli mają one tak nieuchwytny charakter.
Dlatego rosyjski prezydent okazywał uprzejmą obojętność, bezczelnie wyrażając nadzieję na poprawę relacji z Brytanią. Humor May popsuł też zapewne wywiad, jakiego na chwilę przed szczytem, udzielił dziennikowi „The Financial Times”. Putin krytykował w nim liberalizm, mówiąc że został on odrzucony przez większość światowej populacji. Zdecydowanie zaprzeczał, by Rosja miała cokolwiek wspólnego ze sprawą Skripala, ale jednocześnie wyraził pełne przekonanie, iż „zdrajcy muszą ponosić karę”. Powiedział to przywódca, który na uroczystej kolacji z dziewiętnastoma innymi liderami oraz szefami instytucji międzynarodowych pił z przywiezionego ze sobą kubka z nałożonym wieczkiem, podczas gdy pozostali korzystali z kieliszków do wina.

Takich dziwnych, obrażających inteligencję i poczucie przyzwoitości momentów było zresztą sporo. Jeden z nich to eksponowany udział saudyjskiego krwawego księcia, Mohammeda ibn Salmana. Mimo ciążącego na nim zarzutu zlecenia brutalnego zabójstwa saudyjskiego dziennikarza w stambulskim konsulacie, brał on udział w spotkaniu niczym uśmiechnięty Stalin w Teheranie.

Bo też cały anturaż tego wydarzenia budził we mnie skojarzenia właśnie z tamtym sprzed siedemdziesięciu trzech lat, które ustaliło porządek światowy na lata po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ale to zwodnicze podobieństwa związane jedynie z przemożnym pragmatyzmem dzisiejszej polityki. Z tym, że przywódca hegemonicznego państwa przewodzącego do niedawna tzw. Zachodowi, niemalże brata się z rosyjskim autokratą i saudyjskim krwawym despotą. A brytyjska premier krzywi się na tę scenę niczym Winston Churchill i tak samo, podążą za nakazem dyktującego kierunki polityki Amerykanina. Wszystko po to, by na nowo ułożyć światowy porządek.

Na tym jednak koniec podobieństw. Tak naprawdę bowiem, osiągnięcia szczytu są nader skromne. Wbrew tyleż licznym co pustym zapewnieniom o poszanowaniu multilateralizmu i instytucji międzynarodowych oraz woli globalnej współpracy, każdy z uczestników grał wyłącznie do swojej bramki. Forum G20 miało być miejscem wspólnego ustalania stanowiska wszystkich uczestników, ale tegoroczna edycja udowodniła tylko, że wszystko co ważne omówiono na spotkaniach bilateralnych, w kuluarach. Uzasadnionym staje się pytanie, czy dotychczasowa formuła spotkań ma w ogóle szansę przetrwać w przyszłości?

Jedynym bezspornym osiągnięciem szczytu było porozumienie pochodzące jeszcze z dawnego, opartego o globalny, wolny handel świata. Chodzi o umowę podpisaną w Osace przez Unię Europejską i Mercosur – związkiem państw Ameryki Południowej. Dzięki niej, UE uzyskała pełen dostęp do tamtejszego ogromnego rynku dla swoich produktów przemysłowych i technologii, w zamian dopuszczając do wspólnoty bezcłowy import produktów spożywczych. Porozumienie negocjowano jednak od dwudziestu lat, a jego podpisanie nastąpiło w chwili, gdy nieograniczony transfer towarów drogą morską wydaje się odchodzić do przeszłości. I to pomimo zawieszenia amerykańsko-chińskiej wojny handlowej i wspólnego oświadczenia wszystkich państw, które streścić można tym oto cytatem:

„Dążymy do osiągnięcia wolnego, uczciwego, niedyskryminującego, przejrzystego i stabilnego środowiska handlowego i inwestycyjnego, oraz do utrzymywania otwartych rynków”

Słowa te nie mogłyby być dalsze od rzeczywistości. Bo co ważne, w końcowym oświadczeniu uczestników nie wspomniano o odrzuceniu protekcjonizmu handlowego (czyt. wojny celnej), a same USA nie poparły zobowiązań wynikających z tzw. paryskiego szczytu klimatycznego. Nie było jednomyślności, poza tą, że wszystkie państwa nadal będą rozmawiać o dzielących ich różnicach.

Koniec końców Waszyngton nie zmienił swojego stanowiska ani w kwestii klimatu, ani w gruncie rzeczy w żadnej innej. Zdjęcie Huawei z czarnej listy może mieć jedynie chwilowy charakter (naciskały na to firmy amerykańskie, które nie dostały wystarczająco dużo czasu, by dostosować się do nowej sytuacji). Już wcześniej mówiono przecież o trzymiesięcznym moratorium, które na szczycie sprzedano Xi Jinpingowi jako coś nowego, co Chińczycy uzyskali swoją stanowczością, amerykańskie ustępstwo. Być może chodzi właśnie o powrócenie do rozmów by spokojnie ułożyć sytuację na Bliskim Wschodzie i dać szansę planom Jarreda Kushnera? Być może Trump chciałby kolejnego rekordu na nowojorskiej giełdzie? Jakby nie było, taka pauza odpowiada też Chinom, konsekwentnie realizującym swój wielki plan Made in China 2025 oraz BRI. Z każdym dniem chiński smok staje się przecież silniejszy i bardziej niezależny od światowego handlu. A i Rosja, może tylko zacierać ręce na taki obrót spraw, ponieważ cały czas zyskuje na starciu dwóch większych od siebie sił.

Wydaje się jednak pewne, że ta przerwa nie potrwa długo, a zamiast marchewki, znów ujrzymy sękaty kij w ręku Wujka Sama.

———————————————————————————

Jeśli powyższy artykuł ci się podobał, proszę rozważ czy nie warto mnie wesprzeć.

Zostając Patronem dostajesz zaproszenie na zamkniętą grupę FB, na bieżąco rozmawiamy o wydarzeniach. Masz okazję wpływać na temat jakim się zajmę w następnej kolejności, a wybrane artykuły czytasz przed wszystkimi innymi. Otrzymujesz też dostęp do mojej „roboczej tabelki” przedstawiającej chronologię czekających nas wydarzeń – a dzieje się teraz bardzo dużo! Co jeszcze? To zależy od spełnienia celów! Sprawdź:

http://patronite.pl/globalnagra

Możesz też skorzystać z możliwości przekazania jednorazowej darowizny za pośrednictwem systemu PayPal.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie paypal-784404_640-e1551689206666.png



Data: 30-06-2019