Afrin. Gałązka oliwna.

Ruszyła ofensywa wojsk tureckich na Afrin (Efrin), północno-zachodni rejon Syrii, jedną z trzech składowych kurdyjskiej Rożawy. Kanton ten, od początku utworzenia autonomii, pozostaje odcięty od reszty tzw. Zachodniego Kurdystanu. Wcześniej, położone na wschód tereny wokół miasta Al-Bab zajmowało ISIS ale po operacji „Tarcza Eufratu” kontrolę nad nimi przejęła proturecka FSA (pro-Turkish Free Syrian Army, nie myląc z FSA z początku wojny). Kurdyjskie próby ominięcia miasta lub zdobycia go przed Turkami tak by połączyć się z resztą Rożawy, nie powiodły się. Stąd ten widoczny na załączonymi poniżej obrazku ‚cypelek’ na południowym wschodzie.

Inwazję rozpoczęto po długich przygotowaniach, konsultacjach i zakulisowych, politycznych targach. W tej chwili na wojnie z Rożawą nie zależy bowiem nikomu poza Turcją. Z tego powodu na styku YPG/SDF i TFSA stacjonowały posterunki tak rosyjskie jak i amerykańskie, skutecznie zniechęcając potencjalnych agresorów (kończyło się na strzelaniu na postrach). Erdogan wielokrotnie odgrażał się, że tak czy siak, zrobi porządek z Kurdami. Koncentracja wojsk oraz próby przebicia się przez granicę poszczególnych tureckich/rebelianckich oddziałów trwały już od tygodni na całej długości granicy. Ale propaganda turecka (obliczona na użytek wewnętrzny) mogła sobie trąbić o krwiożerczych terrorystach PKK i ISIS, a okoliczności ‚przyrody’ były inne. SAA (Syryjska Armia wierna władzom w Damaszku) oświadczyła nawet, że wszelkie naruszenie syryjskiego terytorium spotka się ze zbrojną odpowiedzią (chodziło o strzelanie do tureckich samolotów). Amerykanie poinformowali o zamiarze utworzenia 30 tyś. korpusu granicznego z sił kurdyjskich. A Rosjanie nijak nie chcieli ułatwić zadania.

Erdogan znalazł się w trudnym położeniu, z jednej strony rozkręcone neoimperialne emocje w społeczeństwie tureckim, z drugiej groźba dozbrojenia Kurdów przez Amerykanów. Musiał działać, by nie stracić twarzy. Na Jazirę i Kobani (pozostałe kantony) Turcja nie ma siły. Co innego otoczony przez nią z trzech stron Afrin.

Na razie wiemy stosunkowo niewiele. Atak rozpoczął się z trzech kierunków, po przygotowaniu artyleryjskim i bombardowaniu lotniczym. W szpicy idą siły TFSA, które po pierwsze stanowią listek figowy dla faktycznej tureckiej okupacji, a po drugie ich wykrwawienie jest Ankarze na rękę. To także są dżihadyści (tyle, że na razie przyjaźni), element dość kłopotliwy. Z wojskowego punktu widzenia, siły kurdyjskie liczące circa 10 tyś. żołnierzy nie są tak zupełnie skazane na porażkę jak to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Afrin to teren górzysty, łatwy do obrony. TFSA liczy zaś ponoć zaledwie ok. 5 tyś. ludzi, a ich niska wartość bojowa widoczna była jeszcze podczas „Tarczy Eufratu”. W dodatku, oficjalnie Rożawa zamierza pozostać częścią Syrii, stąd możliwe wsparcie ze strony Damaszku. Wszystko zależy od tego jak bardzo Ankara chce się zaangażować w tę wojnę. Czy chodzi tylko o zdobycie kilku wiosek i ogłoszenie „pokonania terrorystów” czy o zajęcie całego kantonu.

Jest jeszcze coś. Spore siły SDF zaangażowane są wzdłuż Eufratu na południowym-wschodzie kraju. Kalifat nadal posiada swoje enklawy, które sukcesywnie rozbudowuje. Turecka inwazja ten fakt wykorzystuje, ale przecież nie jest powiedziane, że w nowej sytuacji SDF nie przerzuci sił. To da oddech ISIS i może zrodzić bardzo ciekawą sytuację w rejonie Al-Bab.

P.S.  Cała operacja nosi kryptonim „Gałązka Oliwna”.

mapka z: http://syria.liveuamap.com